11:11:00

20. "Misery" Stephen King

Hej :)
Zaczęła się piękna polska jesień. Co prawda ostatnie dwa dni raczyła nas deszczem, ale liście przybrały piękne kolory złota i czerwieni, więc za oknem krajobraz wygląda cudownie!
Jak zauważyliście, zmieniłam - znowu - szablon bloga. Ten jest bardziej minimalistyczny niż poprzednie, ale wiem że są jeszcze prostsze szablony. Co jednak sądzicie o tym wyglądzie? ;> Zastanawiam się również nad wyglądem postów: zwijać je czy pozostawiać w całości na stronie głównej. Liczę na Wasze opinie :)
I ostatnia rzecz przed recenzją - zapraszam gorąco na stronę tego bloga na facebooku! Jest tam już 84 lajki, więc dla mnie pełen sukces, ale nie można poprzestawać na tym, prawda? :) Możecie klikać prosto z bloga (po lewej stronie macie "Lubię to!") albo wchodząc na FB: www.facebook.com/LicencjaNaCzytanie :)
A teraz, specjalnie dla Was, recenzja "Misery" Stephena Kinga!

"Paul Sheldon jest autorem poczytnych tandetnych romansideł. Jego cykl o Misery Chastain zdobył ogromną popularność. Autor miał jednak już dość swojej bohaterki i w ostatniej powieści ją uśmiercił. Teraz postanowił zająć się pisaniem poważniejszych książek. Pewnego razu podczas zamieci śnieżnej jadąc po pijanemu samochodem uległ poważnemu wypadkowi. Odzyskał przytomność dopiero w stojącym na odludziu domu Annie Wilkes, byłej pielęgniarki uwielbiającej jego książki o Misery. Pobyt w domu Annie zamienia się w prawdziwy koszmar, gdy kobieta wraca z miasta z ostatnią książką Paula..."
Jest to druga książka Stephena Kinga, którą miałam okazję przeczytać. Zdecydowanie różni się ona od "Miasteczka Salem" [recenzja], ponieważ akcja toczy się w jednym pomieszczeniu - pokoju gościnnym Annie Wilkes. Biję tutaj pokłony w kierunku Kinga, który zdołał stworzyć ciekawą fabułę, parę razy przyprawić mnie o nerwy, podczas gdy jego bohater spędził kilka miesięcy zamknięty na klucz w pokoju. Dzięki temu możemy poznać, że King jest mistrzem. Nie sztuką jest napisać porywającą powieść, gdy akcja skacze z miejsca na miejsce, ciągle coś się dzieje, a do tego przewija się mnóstwo intrygujących bohaterów.

W przypadku "Misery" mamy do czynienia z dwójką głównych bohaterów i kilkoma epizodycznie pojawiającymi się postaciami, którzy nie są ważni w tej powieści, ponieważ najczęściej nie wchodzą nawet do domu Annie, szybko przepędzani przez kobietę. Och Annie, Annie... Była pielęgniarka, kobieta po czterdziestce. Postawiona przed sądem w Denver, jednak dopiero później dowiadujemy się za co - i wcale nie poprawia to nastroju głównego bohatera. Od samego początku wiemy, że coś z nią jest nie tak. Bo czy normalna osoba wyciąga rannego z samochodu po wypadku? Pewnie tak. Ale czy ta normalna osoba weźmie tego rannego do siebie do domu i ukryje przed światem? Raczej nie. A już na pewno nie zacznie mu aplikować leków, kroplówek i nie spróbuje sama złożyć mu połamanych nóg. Jednak Annie nie jest normalna, a w dodatku doskonale wie kim jest Paul. Jej ukochanym autorem, stwórcą Misery Chastain. Ów stwórca jest coraz bardziej przerażony zachowaniem kobiety, która w miarę upływu czasu zaczyna zachowywać się coraz dziwniej, jej problemy psychiczne stają się ogromnym niebezpieczeństwem dla mężczyzny. Czy miłość Annie do książek o Misery Chastain pomoże uratować Paula? No cóż, na to pytanie Wam nie odpowiem :)
Paul Sheldon to popularny pisarz, zaszufladkowany jednak przez swoje powieści o Misery. Postanawia on uśmiercić swoją bohaterkę, aby móc zacząć pisać poważniejsze historie niż romansidła. Chce być doceniany przez środowisko pisarskie, a nie tylko kobiety pragnące miłości i odnajdujące ją w książkach o Misery. Z całym szacunkiem do bohatera, jest on mniej wyrazisty niż Annie Wilkes. To ona sprawia, że zaczyna się Wam podnosić ciśnienie, że zastanawiacie się jaki będzie następny krok.
"Pochyliła się nad nim jak monolit, kubeł przechylił się nieznacznie. Widział ścierkę, obracającą się w mrocznych odmętach niczym topielec; widział kilka mydlanych baniek na powierzchni wody. Całym sobą czuł obrzydzenie, ale nie zawahała się żadna jego cząstka. Popił szybko pigułki i poczuł w ustach taki smak jak wtedy, gdy matka kazała mu umyć zęby mydłem."
Dodatkową zaletą książki jest fakt, iż tak naprawdę mamy w niej dwie historie: Paula i Annie oraz Misery Chastain. Śledzimy bowiem fikcyjną (fikcja w fikcji) bohaterkę powieści Paula, czytamy strony pisane przez mężczyznę, ale również poznajemy jego tok myślenia podczas pracy na książką. Chciałam wiedzieć jak skończy się historia nie tylko Paula, ale również Misery. Takie 2 w 1.

Pierwsze (ok, mniejsze) pół książki ciągnęło mi się. Ale im dalej czytałam, tym coraz bardziej wciągała mnie historia. Miałam ochotę opuszczać linijki, aby szybciej dowiedzieć się co jest dalej, bo wydawało mi się, że tak wolno czytam. Na szczęście powstrzymałam się od tego. Warto docenić kunszt pisarski Kinga, o czym wspominałam już na samym początku. Łączyłam się w bólu z głównym bohaterem, kiedy cierpiał przywiązany do łóżka, terroryzowany przez Annie Wilkes. Dopingowałam jego wysiłkom, aby uwolnić się od kobiety. Za wykreowanie takiej bohaterki należą się brawa dla autora. Przerażała mnie jej postawa, pogłębiająca się choroba psychiczna.

Myślę, że warto przeczytać "Misery", aby zobaczyć iż akcja mająca miejsce w jednym pomieszczeniu, tylko z dwójką bohaterów, może być ciekawa. Jest inna niż "Miasteczko Salem", co również zachęca do przeczytania - warto poznać wachlarz możliwości autora. Może nie trzyma w napięciu przez cały czas, ponieważ są spokojniejsze momenty, ale jest dobrze napisana i momentami przyprawiająca o dreszcze. Zdecydowanie polecam.
"Czy wiedział, czy zdawał sobie sprawę, jak bardzo udało się jej go zastraszyć i w jakim stanie znajdowało się jego prawdziwe "ja"? Wiedział, że udało się jej go sterroryzować, ale czy wiedział, ile jego subiektywnej rzeczywistości - niegdyś tak silnej i niewzruszonej, którą przyjmował za rzecz zgoła naturalną - zostało mu przy tym odebrane?"

12 komentarzy:

  1. Przyznam, że tej książki Kinga jeszcze nie czytałam. Ale mam ją w swojej kolekcji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie czytałam Kinga ale widzę że czas to zmienić

    OdpowiedzUsuń
  3. Owszem, Misery jest zdecydowanie bardziej spokojna, a groza - w odróżnieniu do wspomnianego Miasteczka Salem - skupia się na postaci ludzi, nie wymyślnych stworzeń, przez co jest jeszcze straszniejsza. To doskonała książka i każdy fan zarówno Kinga, jak i powieści z dreszczykiem, powinien przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ohoho nareszcie notka! :)
    Hm..hm...hm.. nie pamiętam czy pisałam to już u Ciebie, ale... nie przeczytałam jeszcze nic Kinga :C A wstyd, wstyd, wstyd. Ale, uwaga, uwaga, niedługo się to zmieni, ponieważ moja koleżanka kupuję "Carrie", a mam ochotę na tę książkę, więc niedługo zapewnę jej ją ukradnę, lub pożyczę, nie ważne - muszę przeczytać! Co do "Misery", poszukam w bibliotece jak zapoznam się już z "Carrie" :)
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo się cieszę, że przeczytałaś tę książkę i cieszę się, że Ci się podobała. Honor mistrza uratowany.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałam jeszcze żadnej książki tego autora. Na razie jednak odpuszczę sobie Kinga....

    OdpowiedzUsuń
  7. Dużo słyszałam o Stephenie Kingu, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji przeczytać żadnej jego książki. Twoja recenzja sprawiła, że muszę przeczytać jakąś jego powieść i chyba skuszę się na tą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kinga uwielbiam, chociaż znam go z cyklu Mrocznej wieży i zbioru opowiadań, pomału chciałabym zmierzyć się z jego wszystkimi dziełami :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Okna mi się pomyliły...napisałam tutaj o Martinie zamiast w poprzedniej karcie.:) Misery Kinga oczywiście czytałam, ale nie należy ona do moich najulubieńszych książek mistrza. Kathy Bates jest genialna w AHS:Coven.

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetna, zachęcająca recenzja. Kurcze, King to ma taką banie, że czasami aż się boję sięgać po to, co stworzył. NIe wiem, jak to powiedzieć inaczej, ale ona sam dla mnie musi mieć niezłe haloween pod sufitem, no bo skąd by te pomysły brał. Szablon ok moim zdaniem, chociaż czytając recenzję przestałem go widzieć. Fejsbuka nie polubię, bo z niego nie korzystam i nic by do mnie nie docierało z tego, co publikujesz, ale gratuluję już ponad 1000 fanów, dobry wynik, jak na książkowy blog. Pozdrawiam i dzięki za inspirację:-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetna, zachęcająca recenzja. Kurcze, King to ma taką banie, że czasami aż się boję sięgać po to, co stworzył. NIe wiem, jak to powiedzieć inaczej, ale ona sam dla mnie musi mieć niezłe haloween pod sufitem, no bo skąd by te pomysły brał. Szablon ok moim zdaniem, chociaż czytając recenzję przestałem go widzieć. Fejsbuka nie polubię, bo z niego nie korzystam i nic by do mnie nie docierało z tego, co publikujesz, ale gratuluję już ponad 1000 fanów, dobry wynik, jak na książkowy blog. Pozdrawiam i dzięki za inspirację:-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Licencja na czytanie , Blogger