26 marca 2017

169. "Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling


Moje wewnętrzne dziecko zacierało ręce z radości, gdy dostałam przesyłkę z ilustrowaną wersją Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic. Już dawno planowałam wrócić do świata wykreowanego przez Rowling, a te cudowne wydania stały się idealną okazją, aby wreszcie słowa zamienić w czyny. Zabrałam się za lekturę i chociaż drugą część przygód młodego czarodzieja czytałam już wielokrotnie, nie mogłam się od niej oderwać.

Po bardzo udanym roku w Hogwarcie, Harry musiał wrócić do Dursleyów na wakacje. Kiedy wystraszony skrzat domowy składa mu niespodziewaną wizytę i ostrzega przed powrotem do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, Harry podejrzewa swego nieprzyjaciela, Draco Malfoya o niemiłe żarty. Uwolniony od towarzystwa swojej rodziny, Potter spędza resztę lata z przyjaciółmi. Ciesząc się na powrót do szkoły, nie spodziewa się niebezpieczeństw, które czyhają w zamku…

W porównaniu z poprzednią częścią, w Komnacie Tajemnic jest trochę mroczniej. Napaści na niewinnych uczniów budzą grozę i popłoch, zwłaszcza iż nikt nie wie kto jest ich sprawcą. Po raz pierwszy nauczyciele i sam Dumbledore nie wiedzą co czynić, jak zapewnić bezpieczeństwo uczniom. Legendarna Komnata Tajemnic budzi zarówno ciekawość, jak i strach. Na szczęście w powieści można znaleźć też zabawne momenty, nie zapominajmy, że nie jest to straszna historia. Mnie osobiście zawsze bawił fragment o treningu quidditcha, w którym Wood ma bardzo długie przemówienie, a reszta drużyny przysypia. Do tego lęk Rona przed pająkami (który doskonale rozumiem), czy Percy, tak bardzo skrywający swój sekret przed wszystkimi. I Zgredek, postać która w przyszłości wielokrotnie będzie wzbudzać moją sympatię.

Jestem zachwycona ilustracjami Jima Kaya. Odwalił kawał dobrej roboty, pracując nad powieściami Rowling. Pisałam to przy okazji recenzji pierwszej części, ale wspomnę o tym ponownie. Cieszę się, że artysta nie opierał się na filmowej adaptacji, a dał się ponieść własnej wyobraźni i indywidualnej interpretacji książek. Jego odzwierciedlenie tajemniczych zakątków Hogwartu czy Ulicy Pokątnej jest pełne magii i uroku, spoglądając na rysunki naprawdę czułam klimat historii. Do tego wielkooki Zgredek, rozkoszne gnomy i przerażający bazyliszek. I pająki… Okropnie boję się tych zwierząt, a jak wiadomo „idź za pająkami” to prawie że motto przewodnie tej części. Rysunki Kaya były tak realistyczne i - dla mnie – koszmarne, że nie mogłam na nie patrzeć! To się nazywa mistrzostwo ilustracji.

Lata temu, kiedy jeszcze zdarzało mi się wracać do książek Rowling i wyrywkowo czytać fragmenty, po Komnatę Tajemnic sięgałam rzadziej. Nie to, że jej nie lubiłam. Uwielbiam całą serię, i każdą część darzę wielkim sentymentem. Może po prostu inne tomy wolałam bardziej? Teraz, po latach, stwierdzam że Komnata Tajemnic jest równie ciekawą historią, jak pozostałe. Doskonale wiedziałam jak potoczą się losy bohaterów, a mimo to znów wciągnęłam się w opowieść, cieszyłam się mogąc towarzyszyć trójce przyjaciół i wraz z nimi rozwiązać zagadkę legendarnego potwora. Według mnie książki o Potterze są idealnym prezentem dla dzieci, a te cudowne ilustrowane wydania ucieszą również starszych czytelników. Świetnie wyglądają na półce, a do tego pozwalają znów poczuć się dzieckiem. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf  

5 marca 2017

168. "Andumenia. Przebudzenie" Monika Glibowska


Monika Glibowska to laureatka I edycji konkursu Czwarta Strona Fantastyki, organizowanego przez wydawnictwo Czwarta Strona. Jak napisano na okładce, jury doceniło rewelacyjną kompozycję, świetnie przemyślane intrygi i język godny światowych bestsellerów. Czy faktycznie książka jest tak dobra, a może to tylko czcze gadanie?

Po 120 latach generałowie Andumenii zostają wybudzeni ze snu, w który zostali wprowadzeni po ostatniej zwycięskiej bitwie. Teraz, gdy kraj znów znajduje się w niebezpieczeństwie, społeczeństwo zwraca się o pomoc do doświadczonych wojowników. Ci, którzy powinni stanowić zgrany zespół i walczyć w obronie kraju, toczą swoje własne spory na dworze. Nie wiadomo, z której strony może nadejść zagrożenie…

Skrzydlatym generałom Andumenii daleko do aniołów, nie należy ich mylić. Stanowią barwną mieszankę bohaterów, którzy są zaskakująco przyziemni. Konkurują ze sobą, knują, czują zazdrość i zmęczenie, strach i ból, flirtują, pożądają, żartują i upijają się. Każdy z nich ma swoje własne zainteresowania, każdy z nich jest inny, chociaż wiele ich również łączy. W takim towarzystwie nie może być nudno. Zwłaszcza gdy dwoje generałów chce sprawować władzę, a jedno z nich zostaje oskarżone o zdradę stanu.

Czytając książkę zdarzało mi się zapominać, iż jest to debiut pisarki. Owszem, wcześniej publikowała swoje opowiadania, jednak to jej pierwsza wydana powieść. Jury zachwyciło się stylem Glibowskiej, a ja muszę przyznać, że stoi on na naprawdę dobrym poziomie. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, dając się wciągnąć w przedstawioną historię. To nie była naiwna, banalnie napisana opowiastka, tylko kawałek dobrej fantastyki, dający spore nadzieje na przyszłość.

Często zdarza mi się czuć lekkie zagubienie, gdy rozpoczynam nową lekturę, gdzie od razu wprowadzonych zostaje dużo bohaterów. Tak miałam przy Andumenii, jednak szybko udało mi się odnaleźć w nowym świecie i przyzwyczaić do postaci. Spodobał mi się pomysł autorki na usypianie generałów po bitwach, gdy przestają być potrzebni. Ich zadaniem jest walka i pomoc w kryzysowej sytuacji, nie zaś stałe sprawowanie rządów. Główna bohaterka, May Verteri, to dynamiczna i potężna kobieta, prowokowała wiele sytuacji, przez co nie mogłam się nudzić. Świat stworzony przez Glibowską również przypadł mi do gustu. Miejsca, tradycje, postaci (nawet te poboczne), wszystko było dopracowane i przemyślane.

Powieść jest naprawdę obszerna. Jest to grubaśna książka, w której autorka umieściła wiele wątków, postaci i intryg. Glibowska z pisania opowiadań przerzuciła się na bogatą i długą historię, która w żaden sposób nie jest przydługawa czy nużąca. Czasem te opasłe tytuły mogłyby być skrócone, jednak podczas lektury Andumenii. Przebudzenia nie odniosłam wrażenia nadmiernych opisów czy zbyt dużej treści. Ba, kończąc powieść czułam pewien niedosyt, a wszystko to przez otwarte zakończenie. Mam nadzieję, iż w planach jest wydanie kolejnego tomu, inaczej będę rozczarowana. Nie wiem jaką konkurencję miała Monika Glibowska w konkursie, ale uważam, że słusznie otrzymała wyróżnienie od wydawnictwa. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona

Recenzja znajduje się również na: