14:24:00

177. "W lesie" Nele Neuhaus

177. "W lesie" Nele Neuhaus

Nele Neuhaus jest jedną z moich ulubionych autorek, tworzącą ciekawe, wielowątkowe kryminały. Czytałam kilka jej książek i zawsze byłam zadowolona. Jej najnowsza powieść, W lesie, to ósmy tom z serii o Oliverze von Bodensteinie oraz Pii Kirchhoff.

Na leśnym kempingu wybucha pożar, a policja znajduje spalone zwłoki. Niedługo po tym wydarzeniu dochodzi do kolejnego morderstwa. Bodenstein jest przekonany, że morderstwa te łączą się ze sprawą sprzed czterdziestu lat, kiedy zaginął jego najlepszy przyjaciel Artur. Aby rozwiązać współczesne zbrodnie, komisarze będą musieli zagłębić się w przeszłość i skonfrontować mieszkańców Ruppertshain z bolesną prawdą. Wkrótce jednak giną kolejne osoby…

W lesie to istny grubasek, ma dużo więcej stron niż poprzednie części. Zastanawiałam się czy autorce uda się utrzymać poziom przez cały czas i mogę powiedzieć, że zdecydowanie stanęła na wysokości zadania. Od początku do końca byłam zaintrygowana historią, starając się w głowie połączyć wszystkie fakty i ułożyć z nich spójną całość. Neuhaus zawsze wprowadza dużo wątków, miesza czytelnikowi w głowie, sprawiając iż co chwilę myślałam „to na pewno będzie morderca, są solidne dowody na jego winę”, aby kilkanaście stron później zwątpić w swoją teorię. Na plus dla pisarki jest to, że chociaż wątków i motywów jest sporo, każdy z nich jest logicznie wytłumaczony, żaden nie jest dodany tylko po to, aby skomplikować opowieść.

Muszę przyznać, że w porównaniu do innych książek, które miałam okazję czytać, W lesie jest wyjątkowo brutalne i pojawia się w nim więcej ofiar. Mimo to nie jest to książka, w której krew leje się strumieniami, a żołądek wywraca się do góry nogami ze zgrozy i obrzydzenia. Sprawa była bardziej skomplikowana, gdyż komisarze musieli połączyć ze sobą kilka zbrodni, a także rozwiązać zagadkę sprzed wielu lat. Jako iż Bodenstein znał zarówno zmarłych, jak i świadków, był mocno powiązany ze sprawą, która mogła stać się dla niego zbyt osobista. Musiał odłożyć na bok swoje subiektywne opinie i spojrzeć na całą sytuację z odległości, w czym na szczęście pomogła mu zarówno Pia, jak i pozostali współpracownicy.

W tej części pojawiło się bardzo dużo nowych postaci. Początkowo miałam duży problem z zapamiętaniem nazwisk, łączeniem ich z konkretną historią. Musiałam czasem wracać kilka stron wcześniej, aby upewnić się kim była dana osoba, jak była powiązana z ofiarami. Z biegiem czasu jednak ten problem zanikał, a ja mogłam się skupić tylko i wyłącznie na lekturze, nie zaś na przewracaniu kartek do tyłu.

Polecam wszystkim W lesie, a także pozostałe książki Nele Neuhaus. Nie trzeba ich czytać w kolejności, ja sama tego nie robiłam, a spokojnie odnalazłam się w fabule. Każdy tytuł dotyczy innej zbrodni, a całość łączą tylko główni bohaterowie. Tylko wątki z ich życia prywatnego będą się przeplatać we wszystkich tomach, co może stanowić delikatny spoiler. Nie jest to jednak przeszkodzą, nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf  

17:54:00

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain to popularna autorka powieści dla kobiet, pisarka która w swoich książkach porusza ważne tematy, podając je w przystępnej formie. Nie inaczej jest w przypadku Jak gdybyś tańczyła, która została wydana w Polsce w tym roku.

Molly ma dobrą pracę, kochającego męża, z którym stara się o adopcję. Ma też głęboko skrywane sekrety, które boi się wyjawić. Jej małżonek nie wie, że kobieta udaje sierotę, a tak naprawdę ma rodzinę i dwie matki – biologiczną i adopcyjną. Kiedy dwadzieścia lat wcześniej straciła ukochanego ojca, odeszła z domu i nigdy nie wybaczyła swoim bliskim kłamstw. Teraz Molly obawia się, że będzie musiała wyznać prawdę mężowi; prawdę którą starannie ukrywała; prawdę która może go do niej zrazić. Czy tajemnice z przeszłości poróżnią Molly i jej wybranka w teraźniejszości? Czy zaprzepaszczą ich szanse na posiadanie dziecka?

Chamberlain znów podjęła się trudnego tematu, właściwie dwóch. Adopcji oraz choroby bliskiej osoby, jej straty. Nigdy nie miałam do czynienia z osobami, które są adoptowane bądź adoptowały dziecko. Domyślam się jednak, że chociaż kocha się takie dziecko i wychowuje jak swoje, to często mogą pojawiać się problemy. Zwłaszcza, gdy biologiczna matka jest znana i pojawia się w życiu dziecka. Autorka ukazała dylematy takiej rodziny. Z jednej strony wielką miłość i troskę, z drugiej lęk adopcyjnej matki o bycie mniej kochaną niż rodzicielka. Pobłażać pociesze, by była wiecznie zadowolona i faworyzowana, by nie czuła się gorsza, czy jednak wychowywać w zgodzie z własnymi poglądami dla jej dobra? Powieść naładowana jest jeszcze większymi emocjami, gdyż Molly przeżywa śmierć ojca, z którym była blisko związana. Dorastała z wiedzą, iż jej ojciec cierpi na stwardnienie rozsiane. Od kiedy tylko sięgała pamięcią, jeździł na wózku. Wraz z upływem czasu choroba postępowała, zabierając mu zdolność poruszania rękami, pogarszając wzrok. Nie była jednak gotowa na jego śmierć, o którą obwiniała swoją adopcyjną matkę. Jego odejście było niczym punkt zapalny w jej życiu. Uciekła od bliskich, nie mogąc pogodzić się z tym, iż nie okazują należnego smutku, że okłamują ją. Tymczasem sama budowała swoje nowe życie na kłamstwie…

W powieści poruszane są naprawdę ważne i ciężkie wątki, jednak całość nie przytłacza, nie przygnębia, nie ma się poczucia, jakby zawisły nad tobą ciemne chmury. Jak gdybyś tańczyła to nie tylko dylematy, ale również historia o miłości i poszukiwaniu szczęścia, dzieleniu się uśmiechem. W retrospekcjach, które są przytaczane, widziałam jak Molly stara się uprzyjemnić życie choremu ojcu, wywołać radość i śmiech. Jej rodzice kochali ją i każde na swój sposób to okazywało.

Jak gdybyś tańczyła to poruszająca historia o tym, jak wielką siłą destrukcyjną ma kłamstwo, jak wiele serca i troski trzeba włożyć w szczęście rodziny. To również opowieść o wybaczaniu i dojrzewaniu, gdyż nigdy nie jesteśmy za starzy, aby nauczyć się nowych rzeczy. Jak zawsze Diane Chamberlain stanęła na wysokości zadania, nie zawiodłam się na lekturze. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

20:40:00

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

Ostatnia arystokratka i Arystokratka w ukropie Evzena Bocka, to hity moich ostatnich czytelniczych miesięcy. Dałam się porwać autorowi, śmiejąc się w miejscach publicznych, a opowieść Marii Kostki stała się dla mnie rozweselającym narkotykiem, w dodatku w 100% zdrowym i dostępnym bez recepty. W oczekiwaniu na trzecią część przygód czeskiej arystokratki, sięgnęłam po inną powieść Bocka, Dziennik kasztelana.

Wiktor jest zmęczony mieszkaniem w wielkim mieście. Zostawia Pragę, aby zostać kasztelanem w morawskim zamku. O nowej pracy nie wie nic, ale z dala od zgiełku chce odpocząć, odnaleźć wewnętrzną równowagę, a także naprawić swoje małżeństwo. Los jednak chce inaczej, a kasztelan musi zapomnieć o swoich planach. Na zamku nawiedzają go bowiem duchy przeszłości, a dziwne wydarzenia zaburzają wymarzony spokój.

Wiedziałam, że nie ma co porównywać Dziennika kasztelana do Arystokratki w ukropie. To dwie inne historie, zupełnie inne klimaty. Gdzieś jednak w głębi serca liczyłam na podobną rozrywkę, dawkę czeskiego humoru. Owszem, wciąż dało się wyczuć ten porywający styl, jednak w mniejszym stopniu. Chociaż opowieść o Wiktorze ma swoje dobre, zabawne momenty, to jednak nie bawiła mnie tak mocno, jak inne opowieści Bocka.

Opis historii intrygował. Myślałam, że będzie to czeski humor wpleciony w powieść z nutką grozy (duchy przeszłości, straszny zamek, tajemniczy mieszkańcy). Ani razu nie czułam dreszczyku, ani napięcia. Miejsce akcji było mroczne, dziwne i niewyjaśnione zjawiska były tam na porządku dziennym, jednak nie wzbudzały one we mnie żadnych emocji. Przyznaję, że powieść Bocka traktuję w tym wypadku jako lekką historię z małą tajemnicą w tle i nutką humoru.

Widzicie, miało być groźnie, miały być duchy przeszłości, a tymczasem było więcej potworów z teraźniejszości. Wiedziałam, że Wiktor chce odpocząć od wielkiego miasta i naprawić małżeństwo, ale nie spodziewałam się, że wątek ten będzie stanowił aż tak mocny punkt powieści. Historia jego wzlotów i upadków w związku stanowiła sporą część książki. Dodając do tego troskę o ukochaną córkę. Zatem mało duchów, a sporo zwykłych codziennych niesnasków.

Nie zawiodłam się jednak na autorze. Jego styl sprawia, że książki czyta się w ekspresowym tempie. Dziennik kasztelana nie jest gruby, więc jego lektura zajmuje tylko kilka godzin, których – pomimo drobnych uwag – nie uznaje za zmarnowane. Uważam, że jest to kolejny punkt na mojej drodze do poznania czeskiej literatury.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf

18:21:00

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

Quidditch przez wieki to jeden z podręczników Hogwartu, cudowny dodatek do świata Harry’ego Pottera, który opowiada o najpopularniejszym sporcie wśród czarodziejów. Zawsze chciałam mieć go na półce, jednak pierwsze polskie wydanie rozeszło się, zanim zdążyłam je zakupić. Jestem szczęśliwą posiadaczką wersji anglojęzycznej, jednak nie mogłam się oprzeć i nowe wydanie w wersji polskojęzycznej musiałam mieć u siebie.

Dzięki książce mogłam dowiedzieć się, jak ewoluowały miotły i w jakich grach brali udział ich właściciele, gdyż quidditch wcale nie był pierwszą grą miotlarską. Jego pierwotne początki zaobserwowano już w XI wieku, chociaż prezentował się on wtedy zdecydowanie inaczej. Same zmiany jakie zaszły od tamtej pory w przepisach, stylu gry, a także niezbędnym ekwipunku (tłuczki, złoty znicz czy kafel) również są opisane w podręczniku. Niektórzy na pewno zdziwią się, czytając historię o początkach złotego znicza. Zainteresowani znajdą także rozdział o zabezpieczeniach, które stosują organizatorzy zawodów, aby zapobiec przed odkryciem przez mugoli. Chyba wszyscy pamiętają wielki zjazd czarodziejów na Mistrzostwa Świata, o którym można było przeczytać w Czarze Ognia. Tak duża impreza potrzebuje świetnej organizacji, ale te pomniejsze rozgrywki, również muszą być pilnie strzeżone w tajemnicy przed mugolami.

Książka stanowi świetne źródło wiedzy dla fanów quidditcha. Dzięki niej poznałam najlepsze drużyny brytyjskie i irlandzkie, m.in. uwielbiane przez Rona Weasleya Armaty z Chudley. Wspomniane są również drużyny spoza kraju, gdzie ponownie możemy cieszyć się polskim akcentem. Gobliny z Grodziska szczycą się bowiem jednym z najlepszych szukających, Józefem Wrońskim. Skąd wzięły się nazwy drużyn? Jakie sukcesy osiągnęły i z czego są znane? Wszystko to można przeczytać w tym tomie.

Quidditch przez wieki to malutka książeczka, którą połyka się w godzinkę, dwie. Jest fenomenalnym dodatkiem dla każdego Potteromaniaka. Napisana prostym językiem, daje wiedzę o sporcie, który stanowił nieodłączny element magicznego świata Rowling. Gdy czytałam książki z serii o Harrym, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak bardzo autorka skupiła się na uwielbianym przez czarodziejów sporcie. Teraz wiem i cieszę się, że mogłam spędzić czas z tym podręcznikiem (szkoda, że swoich w szkole nie pochłaniałam z takim entuzjazmem). Polecam. Nie tylko da Wam chwilę rozrywki i pozwoli wrócić do ulubionego świata, ale również pięknie prezentuje się na półce.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.




Recenzja znajduje się również na:

11:31:00

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

Co kryją jej oczy Sarah Pinborough było przesyłką-niespodzianką. Lubię thrillery, a skoro ten wpadł w moje ręce, czym prędzej zabrałam się do jego lektury.

David i Adele są idealnym małżeństwem. A przynajmniej takie stwarzają pozory. On jest cenionym psychiatrą, ona swoją urodą i dobrocią wzbudza zachwyt nawet w kobietach. Jednak za zamkniętymi drzwiami uśmiechy znikają, a pojawiają się tajemnice, kłótnie… Louise jest nową sekretarką Davida, a jednocześnie jego kochanką. Równocześnie jest przyjaciółką Adele i jej głęboko skrywanym sekretem. Nieświadoma kobieta daje się wciągnąć w dziwną relację małżeństwa, nie mogąc zakończyć związku z żadnym z nich. Nie wie jednak, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla miłości…

Zaczynając książkę nie miałam w stosunku do niej żadnych oczekiwań. Jedyne czego chciałam, to dreszczyka emocji – w końcu tego powinno się wymagać od thrillera, prawda? Według mnie początek powieści był jej słabym punktem. Czułam się, jakbym czytała zwykły romans, zakazany trójkąt, niewierny mąż i jeszcze ta przyjaźń Adele i Louise. Na szczęście z każdą kolejną stroną coś zaczynało się zmieniać. Powoli pojawiały się zgrzyty w tym pozornie szczęśliwym małżeństwie, wspomnienia z przeszłości tylko dodawały smaku, podobnie jak niedopowiedzenia, którymi posługiwali się bohaterowie. Na kilometr zaczynało śmierdzieć! Zacierałam więc ręce z radości, czekając na punkt kulminacyjny. Przez pewien czas byłam równie zagubiona jak Louise, nie wiedząc komu można ufać i kto jest mniej szurnięty.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Adele oraz Louise. Z jednej strony powinno dać nam to szerszy pogląd na sprawę, z drugiej trochę mąci w głowie. Niby wiemy co czuje każda z nich, co robi, ale wciąż istnieją pewne nieodkryte sekrety, jakby nie wszystkie puzzle pasowały do układanki. Dodatkowo wprowadzane są wydarzenia z przeszłości Adele, które trochę wyjaśniają jej obecną sytuację.

Jako że nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do Co kryją jej oczy, nie mogę czuć się rozczarowana. Ani też powiedzieć, że książka jest lepsza niż oczekiwałam. Na pewno czytałam lepsze, ale miałam też do czynienia z gorszymi historiami. Według mnie powieść Pinborough mieści się w środkowej części tabeli. Wciągnęła mnie, czytało się ją szybko, a zakończenie – tak moi drodzy, czas na najważniejszą rzecz w tej recenzji – TOTALNIE MNIE ZASKOCZYŁO. Koleżanka potwierdzi, że po wszystkim odłożyłam książkę i stwierdziłam, że mój mózg został pokrojony na kawałeczki i ostro wstrząśnięty. Za zakończenie tej historii autorka ma plusa. Było ono dla mnie kompletnie niespodziewane, a patrząc wstecz, wiele wyjaśniało w całej opowieści. Pamiętajcie więc – jeżeli początek lektury nie będzie Was satysfakcjonował, dajcie jej chwilę. Im dalej, tym lepiej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

09:32:00

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

Strażnicy światła to debiut Abby Geni, nowość na naszym rynku. Jeszcze przed premierą słyszałam wiele pozytywnych opinii i to właśnie one sprawiły, że zwróciłam uwagę na ten tytuł. Opis mnie zaintrygował, skojarzył mi się z I nie było już nikogo Agathy Christie. Stwierdziłam, że to jest to, to będzie wciągająca lektura, która powali mnie na kolana (zgodnie z zapowiedziami).

Miranda jest fotografem przyrody. W ramach swojej pracy przenosi się na rok na Wyspy Farallońskie, aby robić zdjęcia dzikiej przyrody. Wprowadza się do małej chatki, gdzie za współlokatorów ma kilku naukowców, pasjonujących się w badaniach nad ptakami morskimi oraz rybami zamieszkującymi pobliskie wody. Wkrótce Miranda zostaje zaatakowana przez jednego z uczonych, który kilka dni później zostaje znaleziony martwy…

Czytając opis książki, a zwłaszcza fragment, w którym zapowiadane są kolejne akty przemocy, podejrzenia Mirandy w stosunku do swoich towarzyszy i jej brak zaufania, spodziewałam się sporej dawki emocji, napięcia, dreszczyku. Jak pisałam wcześniej, od razu miałam skojarzenia z kryminałem Christie. Tymczasem dostałam coś zupełnie innego. Nie tylko od I nie było już nikogo (co oczywiście jest plusem), ale również od moich oczekiwań. Myślałam, że zagrożenie będzie rosnąć, główna bohaterka będzie drżeć o swoje życie, uwięziona na odludziu z grupą zbzikowanych naukowców. Pod tym względem zawiodłam się, a moje nadzieje nie zostały spełnione. Miranda owszem, żyła na skalistym archipelagu, gdzie czekały na nią liczne niebezpieczeństwa, ale głównie związane z dzikimi zwierzętami i trudnym terenem. Ponurego charakteru historii dodawało otoczenie, w którym rozgrywała się akcja.

Brawa dla autorki za oddanie klimatu wyspy. Czytając mogłam sobie doskonale wyobrazić opisywane miejsce. Przed oczami stało mi skaliste wybrzeże, otoczone gęstą mgłą. Aż miałam ochotę mocniej opatulić się kocem. Słyszałam krzyk ptaków zataczających koła na niebie i szukających swojej ofiary. Widziałam czające się w głębinach rekiny, a także majestatyczne wieloryby. Wyobrażałam sobie dzikość krajobrazu, jego surowość, nieskażoną przez człowieka. Chociaż sama nie mogłabym żyć w takim oddaleniu od cywilizacji i bliskich, a także klimat Wysp Farallońskich nie przypadłby mi do gustu, mogłam po części zrozumieć, dlaczego Miranda zakochała się w tym miejscu.

Akcja powieści toczy się powoli, jest leniwa i jakby trochę ospała, senna. Może to klimat wyspy, może inne czynniki. Duża część książki poświęcona jest zwierzętom, które badają naukowcy. Miranda ogląda je, fotografuje, jest biernym obserwatorem pierwotnych instynktów, nietkniętej przyrody. Podczas wielu godzin spędzonych na obserwacjach, Miranda wspomina swoje pracę, rodziców. Strażnicy światła to analiza uczuć bohaterki, jej charakteru i doświadczeń, które wpłynęły na jej życie. Abby Geni pokazuje również, jak ludzie uczą się nie ingerować w naturę, a także w życie swoich współtowarzyszy. Tutaj również stają się biernymi obserwatorami, prawie jakby badali ludzką naturę.

Dopełnieniem powieści, a zarazem wytłumaczeniem skąd się wziął tytuł, jest legenda o poprzednich mieszkańcach wyspy; legenda, w której przewija się nazwa Wyspa Umarłych.

Strażnicy światła mieli być olśniewającym debiutem. Przyznaję, że dostałam ciekawą lekturę, wciągającą pomimo swojej spokojnej narracji i powolnej akcji. Książka jest dobrze napisana, bohaterowie są interesujący, ale odczuwam niedosyt. Nie zachwyciłam się nią tak, jak tego oczekiwałam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

 Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf || Wydawnictwo Kobiece || Tania Książka || Granice || Illuminatio || Czary Mary

21:04:00

171. "Podarunek" Cecelia Ahern

171. "Podarunek" Cecelia Ahern

Przy okazji każdej recenzji książki Cecelii Ahern wspominam, jak bardzo ją lubię, więc tym razem mogę chyba pominąć tej fragment. Podarunek to kolejny tytuł tej autorki, który wpadł w moje ręce. Ponownie dostałam powieść, która mnie wzruszyła, a także w lekki sposób podała jakże ważne wartości.

Lou to biznesmen, mąż i ojciec dwójki dzieci. Odnosi coraz większe sukcesy, coraz więcej czasu poświęca pracy, coraz mniej ma go dla rodziny. Gdyby tak mógł się rozdwoić… Pewnego mroźnego poranka, przed zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia, Lou poznaje bezdomnego Gabe’a i – sam nie wie czemu – zatrudnia go w swojej firmie. Wkrótce okazuje się, że Gabe potrafi być w dwóch miejscach jednocześnie.

Cecelia Ahern często porusza ważne dla czytelnika tematy, pod postacią przyjemnej i lekkiej opowieści. Tak samo czyni i tym razem. Lou to pracoholik, im więcej posiada, tym więcej chce osiągnąć. Denerwuje go, że rodzina wymaga od niego czasu i nie rozumie, że przecież on pracuje dla nich, aby zapewnić im dobre życie. Kocha swoją piękną żonę i dzieci, jednak brak czasu sprawia, że ich uczucie jakby wymarło, powodując częste kłótnie i spięcia. Umiejętność Gabe’a do przebywania w dwóch miejscach, to prawdziwy dar losu, najlepszy podarunek dla Lou. Teraz może piąć się w górę w firmie, a także na nowo budować relacje z najbliższymi. Wszyscy są zadowoleni. A przynajmniej powinni.

Czy zawsze jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być? A może chcielibyśmy się sklonować, aby w pełni czerpać korzyści z życia? Czy wiemy, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze? Kiedy będziemy mogli usiąść spokojnie w fotelu, uśmiechnąć do siebie i powiedzieć „teraz mogę odpocząć i cieszyć się rodziną, mam wszystko, czego potrzebuję”? A może zawsze będziemy chcieć więcej, wyznaczać sobie nowe cele, wyższe stopnie, większe zarobki, poświęcając wszystko pracy, a zapominając o najbliższych?

Podarunek to sympatyczna historia o tym, co w życiu najważniejsze, co powinniśmy cenić najbardziej. Daje do myślenia, zmusza do refleksji. Zanim się obejrzałam, powieść już dobiegła końca, a ja ocierałam łzy ze wzruszenia. To chyba najlepsza rekomendacja książki, jaką mogę wystawić. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat.

 Recenzja znajduje się również na:

13:55:00

170. "Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?" Nora Fraisse

170. "Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?" Nora Fraisse

Wydawnictwo Amber wydaje serię książek Moja historia, która oparta jest na faktach autentycznych. Nigdy wcześniej nie sięgałam po ten cykl, jednak gdy dostałam propozycję przeczytania Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?, postanowiłam zmienić ten stan.

Nora Fraisse to matka trzynastoletniej Marion, która odebrała sobie życie. Dziewczynka była dręczona w szkole, a także poza nią. Nie radziła sobie z tą sytuacją, nie poprosiła rodziców o pomoc, zamiast tego ostatecznie zakończyła sprawę i powiesiła się. Pani Fraisse postanowiła walczyć o prawdę i sprawiedliwość, nie mogąc pogodzić się ze stratą ukochanej córki. Ta książka to historia opowiedziana przez zrozpaczoną matkę, która po śmierci dziecka, wciąż musiała walczyć z systemem.

Czytając książkę byłam wielokrotnie oburzona. Nie byłam w stanie – i wciąż nie jestem – pojąć, jak szkoła mogła w taki sposób potraktować rodziców zmarłej Marion. Dyrektor placówki zabronił nauczycielom kontaktu z rodziną Fraisse, sam również długo nie mógł zdobyć się na rozmowę. Panią Fraisse traktowano jako namolną kobietę, która oszalała po stracie dziecka. Tymczasem ona była w żałobie, jednak szukała tego, co się jej należało – prawdy. Prawdy o tym dlaczego jej córka, która zawsze dobrze się uczyła, była szczęśliwa i rozmawiała z nią o wszystkim, nagle postanowiła odebrać sobie życie. Czy nie powinna otrzymać wsparcia? Czy szkoła nie powinna za wszelką cenę zadbać o rozwiązanie tajemnicy? Dyrektor postanowił jednak odciąć się od sprawy, zamieść ją pod dywan. Lepiej było przemilczeć niż przyznać się, że dzieje się coś złego. Jeszcze przed samobójstem Marion unikał kontaktu, chociaż jej rodzice prosili o spotkanie, prosili o przeniesienie córki do innej klasy, w której czułaby się lepiej. Jednak on nie widział żadnego problemu, a przecież miał już pełne klasy, miał związane ręce…

Współczesne dzieci narażone są na wiele niebezpieczeństw. Tak łatwo jest zostać wyśmianym, odepchniętym. Masz dobre stopnie? Kujon. Nie przeklinasz? Nie chodzisz na wagary? Lizus. Ciamajda. Tchórz. Nudziarz. Nie nosisz markowych ciuchów? Nie masz szpanerskiego telefonu? Nie jesteś wart niczyjej uwagi. Jesteś gorszy. Szkoła często przestaje być miejscem, gdzie uczeń czuje się bezpiecznie i może rozwijać swoje zainteresowania. Zamienia się w piekło, do którego boi się przyjść, bo wie, że będą go wyśmiewać, popychać. Powrót do domu wcale nie wiąże się ze spokojem. Telefony komórkowe, Internet, media społecznościowe. To idealny sposób na uprzykrzenie życia. Niekończące się smsy z nienawistną treścią. Złośliwe komentarze i zdjęcia wrzucone na Facebooka, które widzą wszyscy. Takie tam żarty, przyjacielskie zaczepki… A tak naprawdę ktoś cierpi.

To właśnie odkryła mama Marion. Falę wrogości w stosunku do swojej córki, która płynęła do niej przez media społecznościowe. W tej ciemności natknęła się jednak na drobne światełko, nieśmiałe, ale jakże prawdziwe. Marion nie była bowiem sama w swoim cierpieniu. Inne dzieci również były wyśmiewane, i tak jak ona, bały się przyznać i szukać pomocy. Byli też uczniowie, którzy potępiali zachowanie prześladowców dziewczyny, jednak bali się otwarcie postawić, nie chcąc stać się nowymi ofiarami.

Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli? to historia, która wzbudziła we mnie wiele emocji. Złość na bezsilność rodziców; gniew na szkołę i przedstawicieli miasta, którzy nie zareagowali na wyrządzoną krzywdę; niechęć do mieszkańców, którzy uważali panią Fraisse za szaloną. To krótka lektura, ale zapada w pamięć. Oby przedstawiciele szkół otworzyli oczy i starali się zapobiegać takim wydarzeniom, żebyśmy nie musieli chować kolejnych przedwcześnie zmarłych dzieci. 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber.

Recenzja znajduje się również na:

17:18:00

169. "Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling

169. "Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling

Moje wewnętrzne dziecko zacierało ręce z radości, gdy dostałam przesyłkę z ilustrowaną wersją Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic. Już dawno planowałam wrócić do świata wykreowanego przez Rowling, a te cudowne wydania stały się idealną okazją, aby wreszcie słowa zamienić w czyny. Zabrałam się za lekturę i chociaż drugą część przygód młodego czarodzieja czytałam już wielokrotnie, nie mogłam się od niej oderwać.

Po bardzo udanym roku w Hogwarcie, Harry musiał wrócić do Dursleyów na wakacje. Kiedy wystraszony skrzat domowy składa mu niespodziewaną wizytę i ostrzega przed powrotem do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, Harry podejrzewa swego nieprzyjaciela, Draco Malfoya o niemiłe żarty. Uwolniony od towarzystwa swojej rodziny, Potter spędza resztę lata z przyjaciółmi. Ciesząc się na powrót do szkoły, nie spodziewa się niebezpieczeństw, które czyhają w zamku…

W porównaniu z poprzednią częścią, w Komnacie Tajemnic jest trochę mroczniej. Napaści na niewinnych uczniów budzą grozę i popłoch, zwłaszcza iż nikt nie wie kto jest ich sprawcą. Po raz pierwszy nauczyciele i sam Dumbledore nie wiedzą co czynić, jak zapewnić bezpieczeństwo uczniom. Legendarna Komnata Tajemnic budzi zarówno ciekawość, jak i strach. Na szczęście w powieści można znaleźć też zabawne momenty, nie zapominajmy, że nie jest to straszna historia. Mnie osobiście zawsze bawił fragment o treningu quidditcha, w którym Wood ma bardzo długie przemówienie, a reszta drużyny przysypia. Do tego lęk Rona przed pająkami (który doskonale rozumiem), czy Percy, tak bardzo skrywający swój sekret przed wszystkimi. I Zgredek, postać która w przyszłości wielokrotnie będzie wzbudzać moją sympatię.

Jestem zachwycona ilustracjami Jima Kaya. Odwalił kawał dobrej roboty, pracując nad powieściami Rowling. Pisałam to przy okazji recenzji pierwszej części, ale wspomnę o tym ponownie. Cieszę się, że artysta nie opierał się na filmowej adaptacji, a dał się ponieść własnej wyobraźni i indywidualnej interpretacji książek. Jego odzwierciedlenie tajemniczych zakątków Hogwartu czy Ulicy Pokątnej jest pełne magii i uroku, spoglądając na rysunki naprawdę czułam klimat historii. Do tego wielkooki Zgredek, rozkoszne gnomy i przerażający bazyliszek. I pająki… Okropnie boję się tych zwierząt, a jak wiadomo „idź za pająkami” to prawie że motto przewodnie tej części. Rysunki Kaya były tak realistyczne i - dla mnie – koszmarne, że nie mogłam na nie patrzeć! To się nazywa mistrzostwo ilustracji.

Lata temu, kiedy jeszcze zdarzało mi się wracać do książek Rowling i wyrywkowo czytać fragmenty, po Komnatę Tajemnic sięgałam rzadziej. Nie to, że jej nie lubiłam. Uwielbiam całą serię, i każdą część darzę wielkim sentymentem. Może po prostu inne tomy wolałam bardziej? Teraz, po latach, stwierdzam że Komnata Tajemnic jest równie ciekawą historią, jak pozostałe. Doskonale wiedziałam jak potoczą się losy bohaterów, a mimo to znów wciągnęłam się w opowieść, cieszyłam się mogąc towarzyszyć trójce przyjaciół i wraz z nimi rozwiązać zagadkę legendarnego potwora. Według mnie książki o Potterze są idealnym prezentem dla dzieci, a te cudowne ilustrowane wydania ucieszą również starszych czytelników. Świetnie wyglądają na półce, a do tego pozwalają znów poczuć się dzieckiem. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf  

14:39:00

168. "Andumenia. Przebudzenie" Monika Glibowska

168. "Andumenia. Przebudzenie" Monika Glibowska

Monika Glibowska to laureatka I edycji konkursu Czwarta Strona Fantastyki, organizowanego przez wydawnictwo Czwarta Strona. Jak napisano na okładce, jury doceniło rewelacyjną kompozycję, świetnie przemyślane intrygi i język godny światowych bestsellerów. Czy faktycznie książka jest tak dobra, a może to tylko czcze gadanie?

Po 120 latach generałowie Andumenii zostają wybudzeni ze snu, w który zostali wprowadzeni po ostatniej zwycięskiej bitwie. Teraz, gdy kraj znów znajduje się w niebezpieczeństwie, społeczeństwo zwraca się o pomoc do doświadczonych wojowników. Ci, którzy powinni stanowić zgrany zespół i walczyć w obronie kraju, toczą swoje własne spory na dworze. Nie wiadomo, z której strony może nadejść zagrożenie…

Skrzydlatym generałom Andumenii daleko do aniołów, nie należy ich mylić. Stanowią barwną mieszankę bohaterów, którzy są zaskakująco przyziemni. Konkurują ze sobą, knują, czują zazdrość i zmęczenie, strach i ból, flirtują, pożądają, żartują i upijają się. Każdy z nich ma swoje własne zainteresowania, każdy z nich jest inny, chociaż wiele ich również łączy. W takim towarzystwie nie może być nudno. Zwłaszcza gdy dwoje generałów chce sprawować władzę, a jedno z nich zostaje oskarżone o zdradę stanu.

Czytając książkę zdarzało mi się zapominać, iż jest to debiut pisarki. Owszem, wcześniej publikowała swoje opowiadania, jednak to jej pierwsza wydana powieść. Jury zachwyciło się stylem Glibowskiej, a ja muszę przyznać, że stoi on na naprawdę dobrym poziomie. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, dając się wciągnąć w przedstawioną historię. To nie była naiwna, banalnie napisana opowiastka, tylko kawałek dobrej fantastyki, dający spore nadzieje na przyszłość.

Często zdarza mi się czuć lekkie zagubienie, gdy rozpoczynam nową lekturę, gdzie od razu wprowadzonych zostaje dużo bohaterów. Tak miałam przy Andumenii, jednak szybko udało mi się odnaleźć w nowym świecie i przyzwyczaić do postaci. Spodobał mi się pomysł autorki na usypianie generałów po bitwach, gdy przestają być potrzebni. Ich zadaniem jest walka i pomoc w kryzysowej sytuacji, nie zaś stałe sprawowanie rządów. Główna bohaterka, May Verteri, to dynamiczna i potężna kobieta, prowokowała wiele sytuacji, przez co nie mogłam się nudzić. Świat stworzony przez Glibowską również przypadł mi do gustu. Miejsca, tradycje, postaci (nawet te poboczne), wszystko było dopracowane i przemyślane.

Powieść jest naprawdę obszerna. Jest to grubaśna książka, w której autorka umieściła wiele wątków, postaci i intryg. Glibowska z pisania opowiadań przerzuciła się na bogatą i długą historię, która w żaden sposób nie jest przydługawa czy nużąca. Czasem te opasłe tytuły mogłyby być skrócone, jednak podczas lektury Andumenii. Przebudzenia nie odniosłam wrażenia nadmiernych opisów czy zbyt dużej treści. Ba, kończąc powieść czułam pewien niedosyt, a wszystko to przez otwarte zakończenie. Mam nadzieję, iż w planach jest wydanie kolejnego tomu, inaczej będę rozczarowana. Nie wiem jaką konkurencję miała Monika Glibowska w konkursie, ale uważam, że słusznie otrzymała wyróżnienie od wydawnictwa. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona

Recenzja znajduje się również na:

08:44:00

167. "Babski wieczór" Mary Kay Andrews

167. "Babski wieczór" Mary Kay Andrews

Która z nas nie lubi spotkać się z koleżankami przy winie, kawie, ciastku, aby porozmawiać, pośmiać się, poplotkować i wyżalić w kobiecym gronie. Takie spotkania pań są relaksujące i mają swój urok, w końcu jest to czas tylko dla płci pięknej, gdzie wreszcie można porzucić bycie idealną gospodynią domową albo zabieganą businesswoman i odprężyć się. Kto nas, drogie czytelniczki, zrozumie lepiej niż druga kobieta? Bohaterki Babskiego wieczoru również mają swoje spotkania, chociaż doszło do nich z zupełnie innych powodów.

Nic nie zapowiadało burzy, która nagle wpadła do życia Grace. Miłość w domu, sukcesy w pracy, bogate plany na przyszłość… Aż jednego wieczoru Grace wjechała do basenu nowiutkim kabrioletem męża, w którym przyłapała go na zdradzie z asystentką. Swoją asystentką. Sędzia wysyła ją na terapię dla eksmałżonków, a spotkania szybko zamieniają się w rozmowy przy margaricie i pomagają bardziej, niż niejedna sesja.

Babski wieczór skusił mnie swoim opisem, czekałam na książkę pełną humoru, przy której będę mogła się nieźle zabawić i pośmiać. Dostałam coś innego, ale równie dobrego. Nie była to powieść, przy której zrywałam boki ze śmiechu, ale miała swoje momenty. Była za to bardzo pozytywna, czułam przy niej lekkość i miałam wrażenie, jakby wszystko w życiu dało się zrobić, nie było rzeczy niemożliwych, a każda przeszkoda była tylko motywatorem do cięższej pracy i kolejnym doświadczeniem. Grace straciła męża, poczucie własnej wartości, ukochaną pracę, dom. A jednak odnalazła w sobie nowe pokłady energii, wyciągnęła z tej gorzkiej lekcji nauczkę i wyszła na prostą. Ba! Poczuła się nawet lepiej w swojej skórze.

Powieść Mary Kay Andrews jest świetną propozycją dla czytelniczek. Lekka, dobrze napisana historia o kobietach, o pokonywaniu zakrętów na drodze, o sile przyjaźni i drugich szansach. Dałam się porwać od początku, poprzez prosty i przyjemny styl autorki, ciekawą postać Grace, którą polubiłam od pierwszej chwili – trzeba mieć charakter, żeby wjechać ukochanym samochodem męża do basenu! - a także samą historię, która wzbudzała we mnie emocje. Nie chciałabym spoilerować i zabierać Wam radości z czytania, ale zdarzało mi się odkładać książkę na bok w przypływie złości. Tak bardzo wciągnęła mnie opowieść, tak dopingowała Grace, że przeżywałam jej losy i autentycznie denerwowałam się przy niektórych wątkach.

Książka podobała mi się tym bardziej, że jej główna bohaterka to znana blogerka lifestylowa. I chociaż nie czytam takich blogów, to już sam fakt, iż Grace również publikowała w internecie, dzieląc się swoją pasję, a także pracując w ten sposób, był dla mnie interesujący. Byłam pod wrażeniem tego jak bardzo Grace angażuje się w prowadzenie bloga, ile czasu mu poświęca i – co najważniejsze – że sprawia jej to autentyczną przyjemność, a nie jest tylko żmudnym obowiązkiem, źródłem utrzymania.

Babski wieczór to jedna z ciekawszych propozycji z literatury kobiecej, którą miałam przyjemność ostatnio czytać. Na pewno polecę ją mojej mamie i koleżankom, myślę że będą zadowolone z lektury.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.




Recenzja znajduje się na:
Lubimy czytać 

21:29:00

166. "Skaza" Cecelia Ahern

166. "Skaza" Cecelia Ahern

Cecelia Ahern należy do grona moich ulubionych autorek. Kiedy tylko mam okazję, bez wahania sięgam po jej książkę. Jest jedną z lepiej znanych pisarek literatury kobiecej, dzięki PS. Kocham Cię czy Love, Rosie. Tym razem Ahern pokusiła się o powieść młodzieżową. Nie mogłam odpuścić sobie przyjemności czytania, będąc tym bardziej ciekawa, jak sprawdzi się w nowym dla siebie gatunku. Już na wstępie mogę powiedzieć, że dałam się porwać historii.

17-letnia Celestine, wzorowa obywatelka i uczennica, zostaje ukarana przez Trybunał. Cierpiąc w bólu, czując się osamotniona i zagubiona, kiedy jej dotychczasowe ideały upadają, dziewczyna staje się ikoną rewolucji. I chociaż sama nie chce być z nią utożsamiana, jej odwaga otworzyła innym oczy na postępowanie Trybunału, narzucającego ludziom wartości i postawy moralne. Czy napiętnowanej nastolatce uda się uciec i obalić rząd?

Wciągnęłam się, naprawdę wciągnęłam się w historię, którą stworzyła Ahern. Książkę połknęłam w ekspresowym tempie, bo nie mogłam się od niej oderwać. Tak, jest to młodzieżówka. Tak, już dawno skończyłam naście lat. Ale czy to ważne, kiedy trafia Wam w ręce ciekawa opowieść, która umila Wam czas? Według mnie nie. Tym bardziej, że Skaza nie jest wcale głupiutką i naiwną historyjką. Autorka bowiem jak zwykle poruszyła ważne tematy, podając je czytelnikowi w ładnym i przyjemnym opakowaniu. Czy można wyznaczyć twarde i nienaruszalne zasady moralne, a może czasem trzeba być elastycznym i dopasowywać się do otoczenia? Nie wszystko zawsze jest czarno-białe, świat ma wiele odcieni, trzeba poszerzyć swoją perspektywę patrzenia.

Główną bohaterką powieści jest Celestine, która była dumna z tego, że postępuje według zasad i jest wzorem do naśladowania. Niespodziewanie dla niej samej, zaczęła dostrzegać drobne rysy na obowiązujących zasadach, zupełnie nie mogąc zrozumieć, dlaczego nikt jej nie rozumie. Czy to ona stała się zła, czy też może to świat nie jest tak idealny, jak wcześniej się jej wydawało? Ta młoda dziewczyna dojrzewa na łamach powieści, nie tylko otwiera szerzej oczy, ale również rozwija w sobie wcześniej nieznane cechy. Celestine to idealistka z pozytywnym nastawieniem, której nagle podcięto skrzydła.

Skaza to kolejna powieść, w której pojawia się motyw złego rządu, który sprawuje pełną kontrolę nad społeczeństwem. Jednak sposób, w który pilnuje dyscypliny i czego dotyczy, jest dla mnie nowy i ciekawy. Czytanie o środkach stosowanych przez Trybunał budziło we mnie emocje, niekoniecznie te pozytywne.

Kiedy skończyłam ostatnie strony lektury, odłożyłam ją z wielkim hukiem. Nie tak miała zakończyć się ta historia! Co to za zakończenie! Odetchnęłam z ulgą, widząc że drugi tom już wkrótce będzie miał premierę, tylko czekać jak przetłumaczą go na język polski. Nie mogę się bowiem doczekać dalszej akcji, koniecznie muszę poznać losy Celestine. Myślę, że Ahern świetnie spisała się w roli autorki powieści dla młodzieży. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat.


Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf

21:55:00

165. "Pieśń królowej" Elizabeth Chadwick

165. "Pieśń królowej" Elizabeth Chadwick




Książki historyczne nigdy specjalnie mnie nie interesowały. Jestem – co tu dużo ukrywać – beznadziejnie słaba z historii, więc szerokim łukiem omijałam wszystko, co było z nią związane. Do tego często miałam wrażenie, że wiele z nich – zwłaszcza z powieści skierowanych do kobiecego grona – to po prostu tanie romansidła. Teraz zaczynam pluć sobie w brodę, bo mogło mnie tak wiele ominąć! Niespodziewana przesyłka z Pieśnią królowej Elizabeth Chadwick zaskoczyła mnie, a jeszcze bardziej byłam zdumiona, gdy książka autentycznie przypadła mi do gustu.

Eleonora Akwitańska, Alienor, była królową Francji i Anglii, żyjącą ponad osiemset lat temu. Jej odwaga, ambicja i mądrość, a także upór sprawiły, że stała się jedną z ważniejszych kobiecych postaci w historii. Po śmierci ojca, trzynastolatka została zmuszona do ślubu z księciem Ludwikiem, przyszłym królem Francji. Młodziutka Alienor szybko zasiądzie na tronie u boku niewiele starszego męża, a przyszłość która miała być tak spokojna i kolorowa, zaczyna być coraz trudniejsza.

Jak wspominałam wcześniej, jestem słaba z historii. Nie kojarzyłam postaci Eleonory Akwitańskiej, więc jej losy były dla mnie tajemnicą. Mogłam czytać książkę i przeżywać wydarzenia, które były w niej opisane. Polubiłam rezolutną dziewczynę, wciągnęłam się w opowieść o jej życiu, nie chciałam odrywać się od lektury. I nie ma w tym ani krzty kłamstwa czy koloryzowania. Naprawdę zaciekawiły mnie jej dalsze losy. Była taka młoda, a tak szybko musiała dojrzeć. Jej małżeństwo nie należało do udanych, jej mąż był dewocyjnie pobożny, nieprzygotowany do bycia królem. Obsesyjnie pragnął mieć syna, swojego spadkobiercę, a także dowód na to, iż jest prawdziwym mężczyzną (wierzono, iż mężczyzna, który nie jest w stanie spłodzić syna, jest słaby). Dopingowałam królowej, moje wewnętrzne ja głośno tupało nogą na głupotę i bezczelność Ludwika. Dlatego też nie mogłam oderwać się od Pieśni królowej. Ja po prostu musiałam się dowiedzieć, czy uda się jej wreszcie wyplątać z tego nieszczęśliwego związku.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Elizabeth Chadwick. Jest cenioną brytyjską pisarką powieści historycznych, których ma na swoim koncie blisko dwadzieścia. Jest członkinią Regia Anglorum, wczesnośredniowiecznej grupy rekonstrukcyjnej. Przeprowadza swoje własne badania, które służą jej jako materiały do książek. Pieśń królowej oparta jest na zdobytej przez nią wiedzy, na informacjach ze źródeł, do których udało się jej dotrzeć. Przedstawia rzeczywiste postaci tak, jak utrwaliły się na łamach historii. Pewne wątki to czyste spekulacje autorki, domysły, które powstały po przeczytaniu annałów.

Książkę czytało mi się niezwykle szybko i przyjemnie. Alienor okazała się być barwną postacią, wartą uwagi, a jej losy zaintrygowały mnie i wciągnęły. To silna kobieta, która zna swoją wartość. Dobrze wykształcona, potrafiąca też czytać zachowania ludzi. Do tego styl Chadwick jest dobry, tylko ułatwia czytanie. Prawdziwe dzieje potrafiła przekształcić w interesującą powieść, która mnie trzymała w napięciu. Pieśń królowej to również kopalnia wiedzy na temat dawnych obyczajów, etykiety, tradycji. Mogłam się z niej dowiedzieć jak traktowano kobiety, jaką odgrywały one rolę w życiu swoich partnerów, a także w społeczności.

Po skończeniu lektury miałam zamiar sięgnąć do źródeł i poczytać o królowej. Zmieniłam jednak zdanie, gdy dowiedziałam się, że w przygotowaniu jest już drugi tom cyklu. Nie chciałabym psuć sobie przyjemności czytania. Mogę polecić Wam Pieśń królowej z czystym sumieniem. Cieszę się, że książka tak nieoczekiwanie trafiła w moje ręce i mogłam ją przeczytać. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyńskiemu.




Recenzja znajduje się również na:

08:48:00

164. "Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth

164. "Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth

Naznaczeni śmiercią to nowa książka Veronici Roth, autorki bestsellerowego cyklu Niezgodna. Poprzeczka była postawiona wysoko, gdyż wcześniejsza seria osiągnęła ogromny sukces, pokochały ją miliony czytelników na świecie, doczekała się ekranizacji. Najnowszy tytuł został świetnie rozreklamowany. Czy słusznie?

Akos należy do ludu Thuvhe. Ceni swój kraj, a ponad wszystko liczy się dla niego rodzina.

Cyra to młodsza siostra okrutnego władcy Shotet. Po śmierci rodziców skazana jest na posłuszeństwo bratu.

Ona zadaje ból, on może go powstrzymać. Ich losy splotą się ze sobą, gdy Akos i jego brat zostaną porwani przez Shotet. Czy dwójka tych młodych ludzi odnajdzie wspólny język? Czy będą w stanie pomóc sobie nawzajem, a może ulegną wpływom swojego ludu i popadną w nienawiść?

Miałam przyjemność czytać Niezgodną. Książka podobała mi się, stąd też miałam pewne oczekiwania w stosunku do Naznaczonych śmiercią. Chciałam równie wciągającej historii, czegoś co mnie porwie od początku do końca. No cóż… Początek mnie nie oczarował. Po kilku pierwszych stronach myślałam tylko o tym, żeby później było lepiej, bo inaczej byłabym zawiedziona. Na szczęście szybko moje prośby zostały spełnione, coś zaczęło się dziać. A dalej poszło już z górki. Akcja wciągnęła mnie, bohaterowie zaintrygowali, chciałam znać ich dalsze losy, dlatego też nie mogłam oderwać się od książki i szybko ją skończyłam.

Fabuła rozciągnięta jest w czasie, tak że miałam możliwość oglądać dojrzewanie bohaterów, ich przemianę. Akos z drobnego, nieśmiałego dzieciaka wyrósł na dobrze zbudowanego, przystojnego młodego mężczyznę. Nie tylko jego wygląd uległ zmianie, ale również charakter. Stał się silny, twardy, a zarazem inteligentny i otwarty. Cyra dalej była piękną dziewczyną, znacznie mądrzejszą niż inni przypuszczali. Pod twardością i oziębłością, kryła swoje wrażliwsze oblicze. Z biegiem czasu oboje uczyli się czegoś o sobie nawzajem, ale również o własnych słabościach i mocnych stronach.

W książce pojawiają się ciekawe elementy, jak wizje Wyroczni, dary czy losy, które otrzymują wybrani. Wyrocznie widzą przyszłość, jednak dostrzegają wiele jej wariantów. Podobnie bywa z losem, który przepowiadają ludziom. Niektóre osoby mogą poznać jeden aspekt ze swojego, który – niezależnie od tego co uczynią, jak bardzo będą chcieli zmienić swoje życie – wydarzy się w przyszłości, do którego nieuchronnie zmierzają. Bohaterowie posiadają również dary, każdy w jakiś sposób powiązany z ich charakterem.

Naznaczeni śmiercią to science fiction skierowane do młodzieży, jednak ja – pomimo skończenia dwudziestu paru lat – dobrze bawiłam się przy lekturze. Język jest prosty, ale nie infantylny, przyjemny w odbiorze. Bohaterowie są młodzi, jednak trudy życia szybko sprawiły, że dojrzeli, nie są więc naiwni i dziecinni. Sama historia jest wciągająca. Zanim się obejrzałam, obróciłam ostatnią stronę i nie kryję ciekawości w związku z kontynuacją. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf  

14:20:00

163. "Mnich" Matthew Gregory Lewis

163. "Mnich" Matthew Gregory Lewis

Matthew Gregory Lewis napisał Mnicha, gdy nie miał skończonych 20 lat. Opublikował książkę w 1796 roku, a samo napisanie historii zajęło mu 10 tygodni. Chociaż od jej premiery minęło już tyle lat, wciąż budzi emocje i kontrowersje.

Mnich to opowieść o młodym mnichu, pobożnym i bardzo szanowanym Ambrozjo, wzorze dla innych, który zbierał tłumy wyznawców podczas swoich przemówień. Ta idealna postać zaczyna jednak mieć rysę, a spokój mężczyzny zostaje gwałtownie zburzony. Rozbudzona żądza szuka ujścia, dąży do rozkoszy za wszelką cenę.

Lewis był pierwszym, który przedstawił postać mnicha jako osoby złej, złoczyńcy, grzesznika. Po wielu latach życia w złotej klatce, Ambrozjo wychodzi do ludzi i zaczyna rozumieć, że jest tylko człowiekiem, że nie posiada wystarczającej siły, aby oprzeć się pokusom prawdziwego świata. Po zaznaniu pierwszych przyjemności cielesnych, pragnie więcej. Szybko traci dla niego swą powabność kochanka, tak oddana i wierna. Chce nowej, czystej, niewinnej duszy. W napadzie egoizmu i emocji nie dba o uczucia „wybranki”. Liczy się jego satysfakcja, święcie wierzy, że i jego luba zatraci się w miłości, gdy tylko pozna jego zamiary. W końcu która odmówi wielkiemu Ambrozjo?

Nie czułam się zgorszona faktem, iż młody mnich odczuwał pożądanie. To tylko mężczyzna i jego prawdziwe oblicze, tak stworzyła go natura. Byłam jednak oburzona obłudą Ambrozja, tym że innym grzechy wypominał, a sam w swojej celi zażywał cielesnych rozkoszy, wbrew regułom zakonu i wiary. Potępiałam jego występki, ślepe dążenie do spełnienia swoich celów, zignorowanie próśb i błagań niewinnej niewiasty. Kimkolwiek Ambrozjo by nie był, spotkałby się z taką samą wzgardą z mojej strony. To już nie było czyste pragnienie, a chore skrzywienie!

W powieści występują również inne wątki, które wzbudziły we mnie ciekawość, jak chociażby losy Agnes, oddanej przez rodzinę do zakonu w ramach dziękczynienia. Jej brat, Lorenzo, również ma swój wkład w historię. Ich dzieje przeplatają się z główną fabułą, uzupełniając się i dodając książce pełni.

Mnich jest powieścią transgresywną, przekracza pewne granice moralne, wzbudza w czytelnikach emocje. Pokazuje jak łatwo można spaść z piedestału, gdy człowiek ślepo oddaje się swoim popędom, traci głowę i rozsądek. Dotyka pewnej prawdy o człowieku, o jego prawdziwej naturze i pragnieniach. Delikatnie drga erotyczną nutkę, jednak nie rozpalił moich fantazji. Autor wzbudził moją ciekawość, zaintrygował losami bohaterów, tak że z zainteresowaniem oddawałam się lekturze.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Vesper

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf

15:58:00

162. "Księga snów" Nina George

162. "Księga snów" Nina George

PRZEDPREMIEROWO (1 luty 2017)

Nina George to autorka bestsellerowego Lawendowego pokoju i Księżyca nad Bretanią. To właśnie pierwszy z tych tytułów sprawił, że kobieta zyskała popularność. Pamiętam pochlebne opinie od znajomych, a także postronnych czytelników. Już dawno miałam ochotę zapoznać się z książką, jednak ciągle było mi nie po drodze. Teraz wychodzi trzecia powieść pisarki, Księga snów, i to dobre skojarzenia z wcześniejszymi dziełami Niny George sprawiły, że zdecydowałam się sięgnąć po najnowszy utwór.

Trójka bohaterów. Henri, reporter wojenny, uciekający przed stabilizacją. Ratuje dziewczynkę przed utonięciem, jednak sam zapada w śpiączkę. Eddie, była dziewczyna Henriego, właścicielka małego wydawnictwa. Po rozstaniu z mężczyzną układa sobie życie od nowa, jednak wypadek byłego ukochanego wywraca jej życie do góry nogami. Sam, wybitnie mądry trzynastolatek, marzący o poznaniu swojego ojca, którego wcześniej znał tylko z gazet. Losy trojga ludzi splotą się na jawie i we śnie…

Księga snów łączy w sobie przeszłość i teraźniejszość, rzeczywistość oraz krainę snów. Wspomnienia bohaterów pozwalają czytelnikowi na poznanie ich życia, a także ich samych, poprzez decyzje, które podjęli w życiu. Eddie i Sam czuwają przy Henrim, który leży w śpiączce. Oboje starają się, aby powrócił do ich świata, opuścił mroczną krainę, w której się znalazł.

Autorka skupiła się na losie osób w śpiączce, a także ich najbliższych. Czy osoba, która znajduje się w komie, odczuwa obecność ludzi? Czy słyszy ich, czuje ich dotyk? Czy przebywa w innym świecie, a może znajduje się w pustce? Henri śni, przeżywa swoje życie od początku, mogąc kolejny raz płakać, ale też cieszyć się i kochać. Może odnaleźć w sobie siłę, która pomoże mu obudzić się. Księga snów to również opowieść o życiu tych, którzy czekają na najdrobniejszą oznakę polepszenia, którzy walczą o każde drgnięcie palca czy skupione spojrzenie. Najmniejsza rzecz może rozbudzić nadzieje, która może równie szybko upaść i pogrążyć w rozpaczy.

Powieść Niny George to bardzo osobista historia. Autorka straciła ukochanego ojca, a jego śmierć naznaczyła jej twórczość. Strach przed utratą najbliższej osoby, uczucia, które towarzyszą nam podczas walki o życie rodziny, przyjaciół. Siła, którą musimy w sobie odnaleźć, aby iść dalej, nie poddawać się. I odwieczne pytanie, czy przeżyliśmy swoje życie dobrze?

Księga snów to dojrzała powieść, która poruszyła mnie i sprawiła, że na chwilę usiadłam i zamyśliłam się. To historia o błędach, które popełniamy i które kształtują nas, ale nie zamykają drogi powrotnej. To opowieść o dojrzewaniu, otwieraniu oczu na rzeczy ważne i cenne. To także książka o miłości, nie tylko tej prostej, ale trudnej i wymagającej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf  

20:02:00

161. "Mimo twoich łez" Tarryn Fisher

161. "Mimo twoich łez" Tarryn Fisher

Mimo twoich łez to drugi tom trylogii Tarryn Fisher, Mimo moich win. Pierwsza część opowiedziana była z perspektywy Olivii, teraz towarzyszymy Leah. Kobieta właśnie urodziła córeczkę, owoc miłości z Calebem. Nie może się jednak odnaleźć w roli matki, a w jej głowie i sercu wciąż czai się strach. Nienawiść do Olivii tętni w niej mocno, boi się, że będzie chciała odebrać jej męża. Jednak Leah nie zamierza być słodką dziewczynką. Będzie bronić swojego związku za wszelką cenę.

Dosyć często miałam przyjemność czytać podobne historie. Trójkąt miłosny, pożądanie, pragnienie. Byłam już trochę zmęczona powtarzalnością tematu. Ciągle dostawałam to samo, tylko ubrane w inne słowa. Cykl Mimo moich win jest jednak inny, wyróżnia się na tle pozostałych powieści. Czym? Przede wszystkim bohaterkami. Żadna z nich nie jest mimozą mdlejącą na widok faceta, wyblakłą postacią, mdłą. Zarówno Olivia, jak i Leah, mają swoje za uszami i są silnymi charakterami. Owszem, ich miłość do Caleba jest ogromna i zrobią dla niej wszystko, ale robią to z przytupem. Przy okazji recenzji Mimo moich win nazwałam Olivię zimną suką. To samo mogłabym powiedzieć o Leah. Ta kobieta ma pazurki, a jej rude włosy mogą razić gorącym ogniem. Wyrachowana, potrafi świetnie grać na uczuciach innych osób i nie cofnie się przed niczym.

Nie tylko bohaterki nie są idealne. Miłość między bohaterami również nie jest lukrowaną, ckliwą historyjką. Kłótnie, kłamstwa i łzy dopełniają obrazu, sprawiają że uczucia wydają się prawdziwsze, a cały związek nabiera barw i temperamentu. Rysa na idealnym szkle, ale dla mnie jest to plus powieści. Nigdy nie mogłam być pewna tego co się stanie, bo pomimo spięć między małżonkami, wciąż się kochali, łączyły ich gorące wspomnienia.

Tarryn Fisher nie bała się też poruszyć tematu rodzicielstwa, który czasem przerasta ludzi. Nie każdy rodzi się do tego, aby być wspaniałą matką i troskliwym ojcem od pierwszych sekund życia dziecka. Zdarzają się potknięcia, czasem nawet upadki z wysokości.

Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę lekturę ostatniej części. Trylogia przypadła mi do gustu i jestem ciekawa jak zakończy się cała historia. Już teraz czytam opinie, że jest świetnym dopełnieniem poprzednich tomów. Jeżeli macie ochotę na książkę o miłości, uczuciach, po prostu kobiecą powieść, myślę że cykl Mimo moich win będzie dobrym wyborem. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.
 Recenzja znajduje się również na:
Copyright © 2016 Licencja na czytanie , Blogger