15 stycznia 2016

124. "Manitou" Graham Masterton


Tajemnicą nie jest, że Masterton należy do moich ulubionych autorów. Jego książki może i nie są ambitne, nie należą do literatury wysokich lotów, ale mnie wciągają i chętnie widziałabym na swojej półce wszystkie tytuły tego autora. Tym razem sięgnęłam po Manitou, jeszcze w starym wydaniu (1989), zakupione w super taniej cenie.

Spodziewałam się dobrego horroru, który przyprawi mnie o dreszcze i sprawi, iż wychodząc nocą z pokoju, będę bała się spojrzeć w lustro albo ciemny kąt mieszkania. Z przykrością stwierdzam, że nie odczuwałam żadnego niepokoju podczas lektury, nawet w chwilach – teoretycznie – największego napięcia i grozy. Dużo krwi i brutalnych obrazów, jak to bywa u Mastertona. Człowiek obdarty ze skóry, kobieta z olbrzymim guzem, odgryzione palce. Gdyby do tych strasznych wydarzeń dodać odrobinę więcej działania na psychikę, pobudzenia mojej wyobraźni, byłoby naprawdę fajnie. To jak z filmami – kiedy za dużo krwi i flaków lata po ekranie, niekoniecznie budzi to strach. Więcej emocji wzbudza powolne budowanie nastroju, kiedy to mimowolnie napinamy mięśnie, czekając na drastyczne rozwiązanie akcji.

Nie ma co patrzeć na książkę pod względem realności sytuacji, bo jest to totalna abstrakcja. Niejednokrotnie zadaję sobie pytanie co autor bierze, bo jego pomysły wydają mi się czasem kompletnie szalone. W przypadku Manitou można byłoby uwierzyć, iż historia jest – lekko - zainspirowana wierzeniami Indian, ich magią. Oczywiście odrodzenie się szamana w ciele nieznanej osoby jest krótko mówiąc niemożliwe, ale sama wiara w reinkarnację jak najbardziej powszechna.

Czytając książkę jedna rzecz siedziała w mojej głowie. Dotyczyła ona głównych bohaterów i ich oddania sprawie. „Jasnowidz” Harry Erskine poświęcał swój czas, aby ratować zupełnie obcą kobietę. Ryzykował przy tym życie, stracił przyjaciół, a mimo to nie poddał się, nie odpuścił. Nie oczekiwał w zamian nagrody. I to mnie właśnie intrygowało. Bądźmy szczerzy... Ile osób postąpiłoby w ten sposób? Oczywiście nie liczę zawodowych żołnierzy czy lekarzy (kolejną postać z powieści, doktora Hughesa), którzy decydują się na taką drogę życiową. Jednak przeciętny człowiek chyba wycofałby się z akcji, kiedy po drugiej stronie barykady stanąłby wściekły i żądny zemsty szaman, używający magii do przywołania na świat najstraszniejszych demonów.

Przyznaję, że czytałam znacznie lepsze pozycje Mastertona (polecam Zaklętych). Zaczynając lekturę byłam jak najbardziej pozytywnie nastawiona, a tymczasem trochę się rozczarowałam, czuję niedosyt strachu. Nie zmienia to jednak faktu, że kolejne tytuły wciąż przede mną i na pewno po nie sięgnę.

Recenzje można znaleźć również na:

2 komentarze:

  1. Jestem rozczarowana, że ta książka rozczarowuje. Mam ją u siebie na półce i w związku z tym jeszcze poczeka na lekturę. Z książek pana Mastertona czytałam "Ciemnię" i muszę przyznać, że ogólnie pomysł mnie zaskoczył, ale podobnie jak w tym przypadku, nie zachwycił.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam dokładnie to samo wydanie, stara książka. Ja uwielbiam "Manitou".

    OdpowiedzUsuń