8 stycznia 2016

123. "Niepokorna" S. C. Stephens


Niepokorna to trzeci tom trylogii S. C. Stephens. O wcześniejszych częściach również pisałam dla Was tutaj – Bezmyślna [recenzja] i Swobodna [recenzja]. Jeżeli pamiętacie, to uznawałam te książki za lekturę lekką, przyjemną, niezbyt wymagającą. Za największy minus podałam postać głównej bohaterki Kiery, który został w drugim tomie lekko zniwelowany. Dało mi to nadzieje na dosyć ciekawe zakończenie mojej przygody z tą historią.

Niestety okazało się, iż były to marzenia, które nie znalazły pokrycia w rzeczywistości. Nigdy nie twierdziłam, że powieści Stephens są lekturą wysokich lotów. Miała być ona odskocznią od szarej rzeczywistości, a tymczasem okazało się, iż ta rzeczywistość była znacznie ciekawsza niż książka. Męczyłam się niemiłosiernie, nie mogąc przebrnąć przez 652 strony Niepokornej, a moje dość dobre wrażenie po poprzedniej części poszło w kompletne zapomnienie.

Dlaczego? Otóż miałam wrażenie, że z każdej karty książki wylewa się słodycz, zbyt duża dawka słodyczy, idealnej miłości i zapatrzenia głównych bohaterów w siebie nawzajem. Kiera jak zwykle zachwycała się swoim cudownym partnerem – albo mężem, jak lubiła go nazywać – który był doskonały aż po same końce włosów na głowie. Stający się gwiazdą rocka Kellan był uosobieniem marzeń każdej kobiety, a ona, jego skromna, szara myszka, nie pasowała do świata, w którym przyszło im teraz żyć. O ile jako reprezentantka płci pięknej jestem w stanie zrozumieć jej brak pewności siebie czy zazdrość o ukochanego, o tyle przedstawiane z tak wielką częstotliwością, staje się denerwujące.

Długo zbierałam się do napisania recenzji, prawie tak długo jak męczyłam się z samym czytaniem książki. Sięgając pamięcią wstecz staram się przypomnieć fabułę, jednak przed oczami mam tylko rzucane ciągle kłody pod nogi naszym bohaterom bądź ich rozmowy o głębi uczucia, które ich łączy. Wiem, taki jest zamysł literatury kobiecej, jednak nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Chciałam lekkiej historii, a otrzymałam lukier w papierowej postaci. Co za dużo, to niezdrowo. A żeby być jeszcze bardziej czepialską, to kompletnie nierealna była dla mnie przyjaźń Kiera – Kellan – Denny (dla przypomnienia: były chłopak Kiery, którego zdradziła z jego najlepszym przyjacielem, wyżej wymienionym Kellanem, a panowie dali sobie po twarzy, przypadkiem uszkadzając również Kierę). Wiem wiem, dojrzałość. Potrafili odciąć się od przeszłości, zrozumieć, że wiele dla siebie znaczą, ale jako przyjaciele. Pewnie mało wiem o życiu, ale taka sytuacja wydaje mi się ciężka, zwłaszcza w tak krótkim czasie po zdradzie. Jak się mylę – mea culpa.

Jeżeli już zaczęłyście czytać trylogię Stephens, to pewnie dobrniecie do samego końca. Jeżeli jest dopiero przed Wami – chyba mogę powiedzieć, że możecie się wstrzymać z sięgnięciem po tę historię. Nie powiem, iż żałuję czasu spędzonego nad powieściami autorki. Mogę jednak powiedzieć, że gdybym przypadkiem nie spotkała jej na swojej drodze, nie czułabym się poszkodowana. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Patrycji i Wydawnictwu Akurat.
https://www.facebook.com/wydawnictwoakurat/

Recenzje znajdziecie również na:

4 komentarze:

  1. Pół roku temu odłożyłam na półkę tom II i tak czeka niedoczytany..;/ Nie podchodzi mi ta seria. Jak już sięgnę po II to i na III przyjdzie pewnie kolej...;/

    OdpowiedzUsuń
  2. "Bezmyślna" już za mną. Dwie kolejne części na mnie czekają.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam - fajna książka, ale teraz muszę nadrobić dwa wcześniejsze tomy i poznać początek historii :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie to najlepsza część:) Na pewno też najbardziej przesłodzona, ale jednak najlepiej mi się czytało:)

    OdpowiedzUsuń