22 grudnia 2016

157. "Harry Potter i Przeklęte Dziecko" J. Thorne, J. Tiffany, J. K. Rowling


Pamiętam jak lata temu wystawałam po nocach w księgarni, aby odebrać nowe części Harry’ego Pottera. Musiałam mieć książki od razu, żeby bezzwłocznie zabrać się za czytanie. Uwielbiałam wracać do świata pełnego magii. Gdy usłyszałam o tym, że pojawi się Harry Potter i Przeklęte Dziecko, znów poczułam lekki dreszczyk emocji. To jak powrót do czasów dzieciństwa. Ale czy na pewno udany?

Zacznę od tego, że do lektury podchodziłam z dystansem. I to podwójnym. Po pierwsze jest to zapis scenariusza, a nie klasyczna powieść. Po drugie – i chyba najważniejsze – autorką nie jest J. K. Rowling, ona tylko czuwała nad pracą Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego (nie dajcie się zwieść temu, iż jej nazwisko podane jest większą czcionką). I chociaż pragnęłam wrócić do zaczarowanego świata, wiedziałam że rzeczywistość może mnie łatwo dogonić. Stwierdziłam, że będzie fajnie, jak nie będę oczekiwała rowlingowego Harry’ego to się nie zawiodę. Mniejsze oczekiwania, mniejszy upadek.

Tymczasem zostałam ogromnie rozczarowana. Wiedziałam, że to nie będzie to samo, ale zupełnie abstrahując od faktu, że nie jest to książka napisana przez Rowling, była ona słaba. Serce mnie boli pisząc to, gdyż kocham Pottera, ale taka jest brutalna prawda. Autorzy ani trochę nie oddali magii, którą posiadała pisarka. Nie czułam ekscytacji, nie miałam ochoty rozsiąść się wygodnie i zaczytać, przenieść do świata czarodziejów, nie czułam takiego ciepła i fantastycznego klimatu.

Bohaterowie byli drętwi, sztuczni. I okropnie infantylni. Miałam wrażenie, że z przyjaźni, która wytworzyła się lata temu, nie zostało nic. Nie czułam łączącej ich więzi, miłości. A przecież tyle przeszli razem. Ich zachowanie było momentami dziecinne, podobnie jak dialogi. Za proste jak na dojrzałe osoby, które wiele w życiu doświadczyły. Wszystko było takie… płytkie. Thorne i Tiffany nie tylko nie wykreowali postaci na miarę Rowling, co nie stworzyli ciekawych i wartościowych bohaterów na własny użytek.

Książkę czytało mi się szybko, dzięki formie w jakiej jest podana. Chociaż bohaterowie mnie rozczarowali, to byłam zainteresowana fabułą. Pomysł sam w sobie był dobry, chciałam wiedzieć jak zakończą się poczynania młodego Albusa i jego przyjaciela Scorpiusa. Podróże w czasie, maczanie palców w przeszłości i pokazanie jak drobna zmiana może wpłynąć na bieg wydarzeń i jak czasem niewiele może brakować, by przyszłość wyglądała inaczej. Czytałam lepsze historie, ale ten pomysł nie był zły.

Nie radzę myśleć o Harrym Potterze i Przeklętym Dziecku jako kontynuacji kultowego cyklu Rowling, bo mocno się zawiedziecie. Cieszcie się powrotem do tego zaczarowanego (chociaż kompletnie odmiennego) świata, potraktujcie to jako krótką odskocznię, alternatywną „rzeczywistość”. W ten sposób może nie poczujecie się jak małe dziecko, które z niecierpliwością czeka na ulubiony deser, a w zamian dostaje zupełnie coś innego. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf

12 grudnia 2016

156. "Czerwone złoto" Tom Hillenbrand


Czerwone złoto to drugi tom kryminalnej serii Toma Hilldenbranda. I jest to nie byle jaka seria, bowiem przy okazji wcześniejszego tomu, po raz pierwszy usłyszałam o kryminałach kulinarnych! Diabelski owoc zaintrygował mnie, był idealną przystawką do kolejnej części. Czy Czerwone złoto okazało się równie ciekawe?
Podczas wystawnej kolacji organizowanej przez burmistrza Paryża, umiera mistrz sushi Mifune. Policja uznaje, że jego śmierć była przypadkowa, jednak burmistrz prosi o pomoc Xaviera Kieffera. Za namową przyjaciółki mężczyzna podejmuje się prywatnego śledztwa. Jako kucharz wie, gdzie i kogo pytać. Czy uda mu się jednak rozwiązać zagadkę? Czy sam nie stanie się przy tym ofiarą? A może trafi na znacznie większą sprawę niż początkowo przypuszczał?
Po przeczytaniu pierwszego tomu, byłam pozytywnie nastawiona do całej serii. Z ciekawością zabrałam się do kolejnej części, oczekując od niej lekkiej rozrywki, wciągającej akcji i... mocno podrażnionego podniebienia! Zdecydowanie nie zawiodłam się. Czytając powieść miałam przed oczami wspominane potrawy, a ślinka aż mi ciekła na myśl o specjałach, którymi zajadali się bohaterowie. Autor sprytnie wplatał w fabułę opisy dań, tak iż stanowiły smakowity dodatek, a nie główną treść książki.
O kulinarnych walorach powieści mogę mówić w samych superlatywach. Jak sprawa się ma z wątkiem kryminalnym? Dotyczy on śmierci mistrza sushi, ale po nitce do kłębka dotarłam do grubszej sprawy - niebotycznie drogich ryb, handlu i hodowli tuńczyków. Co lepsze i smaczniejsze gatunki są na wymarciu, coraz mniej się ich łowi, przez co ich ceny rosną. Ale niektórzy widzą w tym swoją szansę i okazję na zarobienie sporej gotówki. Gdzie pieniądze, tam i niebezpieczeństwo. Chociaż pojawia się ofiara śmiertelna, powieść nie jest krwawa i brutalna, jak oczekiwalibyśmy po kryminale. Podczas lektury nie miałam wrażenia, iż zapadam się w mrok i otacza mnie pewnego rodzaju napięcie. Kryminały Hillenbranda są lekkie, ale nie mniej wciągające niż dotychczas mi znane historie.
Plusem Czerwonego złota ponownie są bohaterowie. Xavier Kieffer nie jest ani trochę wyidealizowany: ma lekką nadwagę, nie wie co to wifi. Zawsze może liczyć na swojego fińskiego przyjaciela Vatanena, który jest wyjątkowo wyluzowany jak na urzędnika. Do tego towarzystwo pięknej Valerie Gabin, posiadaczki wielkiego majątku, która woli trampki i podróż rowerem niż elegancką limuzyną.
Powieść Hillenbranda to idealna odskocznia od szarości za oknem. Kryminał, w którym można się rozsmakować niczym w naszym ulubionym deserze. Już teraz czekam na kolejne przygody kucharza!
 Za możliwość przeczytanie książki dziękuję Wydawnictwu Smak Słowa.

Recenzja znajduje się również na:

14 listopada 2016

155. "Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści" H. P. Lovecraft


Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści H. P. Lovecrafta to moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora. Chociaż nigdy nie czytałam jego opowiadań, nie był mi on zupełnie obcy. Lovecraft należy do takich autorów, o których się mówi, miałam więc okazję słyszeć opinie innych osób. I to właśnie te opinie zachęciły mnie do sięgnięcia po nowe wydanie opowiadań mistrza grozy, w tłumaczeniu Macieja Płazy.
W tym tomie można znaleźć 15 opowiadań. Nie będę oceniać każdego pojedynczo, a skupię się na nich jako całości. Wszystkie mają w sobie tę nutkę grozy, element budzący w czytelniku napięcie, wyczekiwanie na najgorsze. Każde z nich jest mroczne, a czytając je, miałam wrażenie jakby dookoła mnie zaczynała panować ciemność, przygnębiająca mgła. Są one ponure, mroczne. Już sama ta ciemność sprawia, że odczuwa się nadchodzące niebezpieczeństwo.
Wizje autora są naprawdę szokujące, mroczne i przerażające, ale też bogate w szczegóły. Dokładnie opisywał dziwne istoty, które zaczynały nękać ludzi, ich zachowanie i wygląd, a nawet pochodzenie niektórych. Miasta wybudowane przez monstra, tak rozbudowane, iż znacznie przerastały lata, w których istniały. Stwory stworzone przez pisarza nie były bezmózgimi kreaturami, ale często przewyższały inteligencją ludzi, posiadały większą wiedzę na temat wszechświata, budownictwa, tworzyły sztukę.

Opowiadania Lovecrafta nie były dla mnie łatwe. Ta przytłaczająca atmosfera panująca w opowieściach sprawiała, że czytałam je naprawdę powoli. Nie są to lekkie czytadełka, które pochłania się w ekspresowym tempie. Do tego styl autora jest trudny, wymagający skupienia. Nie mogłam ich czytać w tramwaju podczas jazdy, nie czerpałam wtedy z lektury wszystkiego. Słyszałam opinie, że dzięki tłumaczeniu Macieja Płazy język Lovecrafta jest przystępniejszy niż we wcześniejszych wydaniach. Nie mam porównania, ale muszę przyznać, że tłumacz nie miał łatwego zadania, ale spisał się dobrze.
Świetnym dodatkiem są rysunki ozdabiające to wydanie Zgrozy w Dunwich. W pełni oddawały okropieństwa przedstawiane w opowiadaniach Lovecrafta, dodatkowo rozbudzając wyobraźnię.
Chociaż lektura zajęła mi dużo czasu, jestem zadowolona z niej i cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po opowiadania Lovecrafta. Była wymagająca, ponura, a po niej musiałam sięgnąć po coś lżejszego, ale tak właśnie miało być, w końcu to mroczne opowieści grozy. 
 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Vesper.

Recenzja znajduje się również na:

31 października 2016

154. "Diabelski owoc" Tom Hillenbrand


Lubię jedzenie. Uwielbiam kryminały. Dlatego gdy usłyszałam o kryminale kulinarnym, wiedziałam że muszę go mieć. Byłam ciekawa jaki będzie, nie mogłam się doczekać lektury. To miało być moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem, nie miałam pojęcia czego się spodziewać. W ten oto sposób w moje ręce wpadł Diabelski owoc Toma Hillenbranda.

Xavier Kieffer to były mistrz kuchni, któremu wszyscy wróżyli ogromną karierę, a on wybrał małą lokalną restaurację, w której mógł spokojnie oddawać się swojej pasji. Pewnego dnia w jego lokalu umiera paryski krytyk kulinarny, a Xavierowi bacznie przygląda się policja. Mężczyzna zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, w międzyczasie trafiając na nieznany owoc, który może okazać się źródłem problemów.

Wydawnictwo reklamuje książkę tekstem „To nie jest kolejny krwawy kryminał”. Zgadzam się z tym zdecydowanie. Oczywiście pojawiają się ofiary, jednak ich śmierć nie jest opisana ze szczegółami, krew nie tryska na ściany, nie odrzucała mnie brutalność morderców, ich brak zahamowań. Głównym wątkiem była sprawa diabelskiego owocu, próba rozwikłania zagadki jego pochodzenia i działania, a także fakt jakie korzyści mógł przynieść dla wielkich koncernów spożywczych.

W swojej książce Hillenbrand porusza temat modyfikowania jedzenia przez wielkie koncerny spożywcze, oszukiwania klientów, sztucznej produkcji jedzenia. Konsumenci często są nieświadomi co jedzą, nie czytają opisów na opakowaniach, ślepo wierzą firmom. A te bezlitośnie podają nam śmieciowe papki, tnąc koszty, idąc na ilość, a nie jakość. Główny bohater Diabelskiego owocu sprzeciwia się takiemu postępowaniu, chcąc zachować wysoki standard swoich potraw, nawet jeżeli gotuje w małej lokalnej restauracji, która nie ma na swoim koncie nagród i prestiżowych gwiazdek.

Diabelski owoc to pierwsza powieść Toma Hillenbrada, zapalonego kucharza hobbysty. Uważam jego debiut za całkiem niezły. Książka stanowiła dla mnie idealną odskocznię po wcześniejszej mrocznej lekturze. Napisana w lekkim stylu, bez pompatyczności, zawierająca opisy pysznych dań – istny smaczek dla poszukiwaczy przyjemnej, niewymagającej lektury, wciągającego kryminału, jednak pozbawionego krwawych detali. Druga część już czeka na mojej półce!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Smak Słowa oraz Business&Culture.

http://smakslowa.pl/


Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf

18 września 2016

153. "Wzburzenie" Philip Roth


Philip Roth uznawany jest za jednego z najlepszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Dla mnie był dotąd autorem znanym wyłącznie z opowiadań innych. Już przy okazji premiery kolejnego wydania Konającego zwierzęcia byłam zainteresowana lekturą jego twórczości. Gdy pojawiło się wznowienie Wzburzenia, stwierdziłam że to dobry czas, abym wreszcie i ja poznała pisarza.

Marcus jest jedynym synem państwa Messnerów, którzy prowadzą koszerną rzeźnię. Szczęśliwe życie chłopaka z dnia na dzień zmienia się w udrękę, gdy przerażony ojciec zaczyna go kontrolować do granic wytrzymałości. Strach przed utratą syna sprawia, iż mężczyzna staje się nerwowy i z ukochanego ojca zmienia się w męczącego, zupełnie innego człowieka. Marcus wyprowadza się z domu, aby studiować w odległym Ohio. Niestety, rygor uczelni sprawia, że w młodym Messnerze budzi się gniew...

I to gniew w pełni zrozumiały, wytłumaczalny. Chłopak jest pracowity, głodny wiedzy, jego pęd do zdobycia wykształcenia jest ogromny. Nie szwęda się po nocach, nie pije alkoholu w knajpach. Sumiennie pomagał rodzicom, poświęcał się nauce. Co w zamian dostał? Zamknięte drzwi, gdy wrócił chwilę później z biblioteki, nadopiekuńczego ojca i - na dobicie - wykazującego kompletny brak zrozumienia dyrektora Winesburg College. Liczne apele, konieczność ukrywania swoich poglądów, posądzanie o brak współpracy i szacunku dla tradycji - w każdym narosłoby wzburzenie. A co dopiero w młodym chłopaku, zupełnie niewinnym, chcącym jedynie w spokoju oddawać się nauce.

Roth przyciągnął moją uwagę od pierwszych stron powieści. Czyta się go z prawdziwą przyjemnością, delektując się stylem, który utrzymany jest na wysokim poziomie. Pisarz stworzył bohatera, który wzbudzał we mnie emocje. Rozumiałam jego złość i bezsilność, która tylko pogłębiała ten rodzący się gniew. Jego logiczne argumenty były przekręcane i obracane przeciwko niemu. Każdy domagał się zrozumienia, ale nikt nie udzielił go Marcusowi. Więc i ja denerwowałam się na zupełny brak empatii dyrektora czy współlokatorów studenta, na zaborczość rodziców.

Wzburzenie to historia o nieświadomym dążeniu do tragedii. Cokolwiek chłopak robi, każdy krok, który podejmuje, zbliża go do klęski. W tej historii dobra decyzja jest złą, gdyż przeciwności losu wpływają negatywnie na życie bohatera. Zakończenie mnie zaskoczyło, jakkolwiek po czasie myślę, iż nie mogło być inaczej... 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.
http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf

11 września 2016

152. "Miasto glin" Karin Slaughter


Jakiś czas temu miałam przyjemność sięgnąć po książkę Karin Slaughter, autorki która długo chodziła mi po głowie. Byłam z niej naprawdę zadowolona, więc gdy znów nadarzyła się okazja, aby przeczytać jej thriller, nie wahałam się ani sekundy. Miasto glin to zupełnie nowa powieść, która nie należy do żadnego z wcześniej znanych cykli Slaughter.

Ameryka, początek lat siedemdziesiątych. W Atlancie coraz więcej do powiedzenia mają czarnoskórzy, wcześniej mocno dyskryminowani. Komendantem zostaje Afroamerykanin, co nie podoba się wielu starym wyjadaczom. Mężczyźni pozują na twardych macho, a kobiety są przez nich traktowane przedmiotowo, zaś policjantki muszą znosić liczne przytyki. Słabsza płeć, gorsza, głupsza, a jej miejsce powinno być w kuchni lub za biurkiem i maszyną do pisania. Gdy w mieście zaczyna grasować zabójca policjantów, mężczyźni wyruszają na łowy, aby pomścić swoich kolegów. Maggie Lawson i świeżo upieczona funkcjonariusz, Kate Murphy, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć mordercę. Czy uda im się odnaleźć dowody, które umknęły bardziej doświadczonym śledczym? Czy zniechęcana i poniżane przez facetów, będą w stanie przedstawić im swoją wersję zdarzeń? 


Autorka ponownie porwała mnie od pierwszych stron. Udało się jej zaintrygować mnie wątkiem kryminalnym, nieuchwytnym zabójcą policjantów, który nie zostawia śladów i pozostaje bezkarny. Czekałam na kolejne ciała, wiedząc że dopóki nie uda się go zatrzymać, wciąż będą ginąć funkcjonariusze. Co kieruje strzelcem? Jak wybiera swoje ofiary? Kto będzie następny? Takie pytania ciągle krążyły mi po głowie podczas lektury. Śledziłam poczynania policji, wraz z nimi poszukiwałam jakichś znaków, poszlak.

Oprócz tego śledztwa, dodatkowym wątkiem był tajemniczy mężczyzna, który obserwował Kate Murphy. Notował każdy jej krok, każde wyjście z domu, odwiedziny u rodziców, spacer po mieście. Kim jest ten prześladowca? Dlaczego chce skrzywdzić niewinną kobietę?

Slaughter stworzyła nie tylko ciekawy wątek kryminalny, ale również interesujące postaci, osadzone w czasach kultu macho, homofobii, rasizmu i mizoginii. Niesamowitą radość sprawiało mi czytanie o kobietach, które postanowiły walczyć z upartymi mężczyznami, pokazując iż nie są gorsze, że nadają się do pracy w policji i mogą działać na równi z facetami. Krajobraz, w którym osadzona została historia jest dodatkowym atutem powieści.

Jeszcze przed lekturą wcześniejszej książki Karin, słyszałam wiele o tym, że autorka nie boi się używać mocnych opisów, pełnych krwi, brutalności. Tym razem również można było to dostrzec. Chociaż główne bohaterki to kobiety, powieść wcale nie jest lekka i delikatna. Widać tu zdecydowaną i silną rękę.

Miasto glin spełniło moje oczekiwania. Utwierdziłam się w przekonaniu, że Karin Slaughter jest autorką, która potrafi wykreować mocną intrygę, barwne postaci. Przykuwa uwagę, intryguje. Slaughter wyrasta powoli na autorkę, po którą będę mogła sięgać bez wahania, chcąc przeczytać porządny thriller. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business&Culture oraz Wydawnictwu Muza.
http://muza.com.pl/


Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf  

3 września 2016

151. "Czcij ojca swego" Ela Sidi


Ela Sidi to autorka bestsellerowej książki Izrael oswojony, Polka mieszkająca od 1991 roku w Izraelu. Nakładem wydawnictwa Smak Słowa pojawiła się jej najnowsza powieść, Czcij ojca swego.

Kilkuletnia Ania traci matkę, zostaje więc pod opieką ojca - alkoholika. Wraz ze starszym bratem, który jest dla niej wzorem i opiekunem, starają się stawiać czoła przeciwnościom losu i trudom codziennego życia. Częsty brak pieniędzy, jedzenia, zmiany miejsca zamieszkania, a także uroki życia w czasach PRLu - nic nie jest im obce. Zahartowane od najmłodszy lat, uczą się dbać same o siebie.

Historia opowiadana jest przez siedmioletnią Anię, a więc z perspektywy zaledwie kilkuletniego dziecka. Nie czuć jednak infantylności, jakiej można by się spodziewać po tak młodej narratorce. Owszem, widać że Ania nie zawsze wszystko rozumie, nie zna wszystkich słów, których używają przy niej dorośli, a jednak jest dojrzała jak na swój wiek. Zbyt wczesna utrata matki, problemy z ojcem alkoholikiem, konieczność zatroszczenia się o samą siebie, niechęć ze strony rówieśników, sprawiły, iż dziewczynka musiała szybko dorosnąć.

Powieść napisana jest językiem prostym, dziecięcym, więc nie ma w niej zbytniej koloryzacji, nawarstwienia epitetów, trudnych słów. I to właśnie ta prostota sprawia, że historia wydaje się rzeczywista, jakby mogła spotkać - a niestety spotyka - każdą osobę obok nas, jakby była opowiadana przez młodą dziewczynę, która naprawdę doświadczyła takich nieszczęść. Tym intensywniej działała ona na moje emocje, gdyż wyobrażałam sobie tę biedną bohaterkę, kulącą się w swoim pokoju ze strachu przed brutalnym ojcem.

Głównym wątkiem tej opowieści jest relacja ojca z dziećmi. Mężczyzna ma problemy z piciem, na wódeczkę wydaje większość wypłaty, pijany opiekuje się swoimi dziećmi, a prezentami stara się wynagrodzić im częsty brak jedzenia i swoje zachowanie, gdy sprawia im ból, nie tylko ten fizyczny, ale również psychiczny. I chociaż jest to ponura historia, w której dzieci ciągle doznają zawodu, są rozczarowane postawą swego opiekuna, jest to też opowieść o nadziei. W tych trudnych czasach rodzeństwo kocha się, wspiera. Często kłócą się ze sobą, ale są dla siebie opoką, wsparciem w ciężkich chwilach. To opowieść o ciągłej wierze w to, że będzie lepiej, że dadzą sobie radę.

Każdy z nas ma swój własny krzyż, który musi nieść, a który może odbić się na naszym charakterze i przyszłości. Może być lepiej, może być gorzej. Ważne jest by mieć wsparcie drugiej osoby. Miłość i przyjaźń mogą osłodzić ból, złagodzić nasze smutki. Ela Sidi napisała książkę, przedstawiającą historię tak prawdziwą, iż mogła wydarzyć się naprawdę. Mnie wciągnęła od początku, mocno dopingowałam dzieci i wraz z nimi przeżywałam niepowodzenia. Wnętrze książki przyciągnie zatem tak samo, jak prosta i pasująca do treści okładka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business&Culture oraz  Wydawnictwu Smak Słowa
http://sklep.smakslowa.pl/
 

Recenzja znajduje się również na:

26 sierpnia 2016

150. "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów" Bartłomiej Sala


Wampiry. Obecnie kojarzą mi się one głównie ze Zmierzchem i innymi powieściami (bądź serialami, filmami), w których to ten mrożący krew w żyłach stwór nawiązuje romans z biedną śmiertelniczką, która absolutnie nie przejmuje się tym, co jej ukochany pija przed snem. Tak jakoś wampiry straciły swoją mroczną otoczkę, gdyż częściej wykorzystywane są w powieściach romantycznych niż grozy.

Bartłomiej Sala postanowił przywrócić należne im miejsce w kulturze, zaprezentować nieświadomym czytelnikom początki legend o wampirach. Przyznaję, iż sama jestem taką czytelniczką, gdyż z przedstawionych historii słyszałam tylko tę o Władzie Palowniku, i to zdecydowanie okrojoną. Autor zebrał 28 postaci, do których przylgnęła opinia wampira i na łamach pięknie ilustrowanej książki, przedstawił je w kolejności chronologicznej, tak aby czytelnik mógł zwrócić uwagę na ewolucję legend i cech charakterystycznych dla upiorów.

Początkowe opowieści są krótkie, każda kolejna jest bardziej rozbudowana, gdyż jest młodsza i można było dotrzeć do większej ilości faktów. Autor przedstawiał daną postać przed jej przemianą, a także po niej, ukazując nam jej drogę do ponownej śmierci. Nie zawsze znane nam najlepiej wbicie osinowego kołka w serce było wystarczające. Niektóre upiory drwiły sobie z takich przesądów i wciąż nawiedzały okolice, dając się we znaki miejscowej ludności. Oprócz krwiożerczych bohaterów, można w tej książce znaleźć również inne, o których sama zapewne nie pomyślałabym w kontekście typowego wampira. Weźmy na przykład taką hrabinę Elżbietę Batory, która zabijała dziewice, aby kąpać się w ich krwi i zachować młodość swej skóry. Wedle zapisków, które prowadziła, umierając w wieku pięćdziesięciu czterech lat, miała na swoim koncie sześćset pięćdziesiąt ofiar!

Niektóre postaci inspirowały twórców do pisania książek, jak chociażby najpopularniejsza powieść Brama Stokera, Dracula, bądź do nakręcenia filmu, m.in. Krwawej Hrabiny Julie Delpy, poświęconego wspomnianej wcześniej Elżbiecie Batory. Przyznaję szczerze, iż większości wymienionych przez Bartłomieja Salę dzieł nie znałam, a nawet o nich nie słyszałam. Z pewnością jednak zdecyduję się sięgnąć po któryś z tytułów (powieść Stokera mam już na półce), a dla fanów wampiryzmu jest to ciekawy dodatek, dzięki któremu będą mogli rozbudować swoją filmotekę i bibliotekę.

Autor wciągnął mnie w swój świat, dałam się porwać jego opowieściom i z zaciekawieniem śledziłam losy postaci, a także ewolucję legend i wampirów. Dodatkowo Sala ukazał tło historyczne, geograficzne i kulturowe dla każdego z bohaterów, często nie szczędząc szczegółów. Jakkolwiek doceniam, iż pokusił się on o tak dogłębne zbadanie tematu, bywało iż zaczynały mnie nudzić zbyt obszerne opisy wojen toczonych na danym terenie. Jako przeciętna czytelniczka byłam bardziej zainteresowana samym upiorem, niż tłem historycznym bądź geograficznym.

Książka wzbogacona jest ciekawymi ilustracjami Justyny Sokołowskiej, które dodają charakteru i tworzą klimat. Mroczny, krwawy, idealnie oddający treść prezentowanych historii. Całość przyciąga oko, cieszy czytelnika.

W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów Karpat i Bałkanów to kopalnia wiedzy na temat wampirów. To legendy przekazywane ustnie przez pokolenia, które stanowią podłoże dla popularnego nurtu w literaturze oraz filmie. Nosferatu było, jest i będzie wdzięcznym tematem dla opowiadań grozy, o czym możemy się dowiedzieć z książki Bartłomieja Sali. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bosz
http://www.bosz.com.pl/

Recenzja znajduje się również na:

23 sierpnia 2016

149. "Pamiętnik z przyszłości" Cecelia Ahern


Wyobraźcie sobie, że odnajdujecie zaczarowaną księgę, która okazuje się być pamiętnikiem. Waszym pamiętnikiem, a do tego z przyszłości. Na pewno początkowo myślelibyście, że to jakiś żart, potem zaczęli się denerwować, bo jak to możliwe, że w notatniku opisane są wydarzenia, które dopiero będą mieć miejsce. A potem, może zdecydowalibyście się zmienić bieg wydarzeń na lepszy?

W takiej sytuacji znalazła się Tamara, główna bohaterka Pamiętnika z przyszłości Cecelii Ahern. Dziewczyna miała wszystko, markowe ubrania, najnowsze gadżety, wielki dom i swobodę działania. Jak się można jednak spodziewać, była rozkapryszonym dzieckiem, które popadało w kłótnie z rodzicami. Gdy ojciec Tamary popełnia samobójstwo, ona i jej matka muszą sprzedać cały dobytek i przenieść się na wieś do rodziny. Wydarzenia, które mają tam miejsce zaczynają nastolatce otwierać oczy na przeszłość. Czy uda jej się zatem zmienić przyszłość?

Powieść Ahern jest o popełnianiu błędów i czerpaniu z nich lekcji. Nikt z nas nie jest idealny, każdy robi głupoty, które są nietolerowane przez innych, a czasem nawet krzywdzą drugą osobę. Sztuką jest to zrozumieć i przeprosić, szukać przebaczenia i wspólnie dążyć do poprawy. Jest to również opowieść o dojrzewaniu, gdyż główna bohaterka bardzo się zmieniła. Tamara zrozumiała, że rodzina jest ważna i trzeba jej bronić, troszczyć się o bliskich. Pieniądze i szpanerskie ciuchy nie są najważniejsze.

Pamiętnik z przyszłości zdecydowanie mi się podobał. Jak zwykle styl autorki sprzyjał szybkiemu czytaniu, przez co lektura była przyjemna. Tym razem Ahern poruszyła problem błędów młodości, które często mają wpływ na naszą przyszłość i kształtują nasz charakter, pokazują kim będziemy lub do jakich zmian musimy dążyć. W swoją lekką historię wplotła przesłanie dla czytelnika, uwagi które można zaczerpnąć i przemyśleć, zastanowić się chwilę nad nimi.

Gdy mam okazję, bez wahania sięgam po książki Cecelii Ahern. Polubiłam tę autorkę i jej książki, które zawsze szybko się czyta, można przy nich odpocząć, zrelaksować się. Nie są to ambitne powieści, wysoka literatura, którą czyta się i zachwyca wybitnym stylem i głębią spostrzeżeń. Są to przyjemne czytadła, stanowiące idealne rozwiązanie na wieczór, gdy chcemy w spokoju odetchnąć przy lekturze. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business and Culture i Wydawnictwu Akurat
http://muza.com.pl/2_wydawnictwo-akurat

Recenzja znajduje się również na:

19 sierpnia 2016

148. "Okrążyć słońce" Paula McLain


Okrążyć słońce Pauli McLain to historia oparta na autentycznej postaci, Beryl Markham. To opowieść o kobiecie, która wyprzedziła swoje czasy, odważnie patrzyła w przyszłość i nie bała się stawiać pierwszych kroków na terenie wcześniej niedostępnym dla płci pięknej.

Autorka przywołuje w swojej książce osobę Beryl, zaczynając jej historię we wczesnych latach dzieciństwa. Opuszczona przez matkę, pozostawiona pod opieką ojca, znajduje ukojenie w przyjaźni z afrykańskim chłopcem. Wraz z nim uczy się polować, biegać, skakać, śmiało patrzeć w przyszłość. Pozbawiona bliskości matki, nie ma z kim rozmawiać o trudach dojrzewania, stawaniu się kobietą. Lęk przed miłością jest większy niż przed lataniem.

Powieść McLain jest napisana lekko, a zarazem wyraziście. Czuć słońce upalnej Kenii, żar lejący się z nieba, zapach koni otaczających bohaterkę. Mogłam zobaczyć z łatwością tereny przedstawiane przez pisarkę, wyczuwać emocje targające Beryl. Na czas lektury przeniosłam się do Afryki, gdzie młoda Markham poznawała życie, stawiała pierwsze kroki w dorosłość.

Beryl Markham to inspirująca postać. Od dziecka hartowała się przebywając wśród plemienia Kipsigis, ucząc się od nich, czerpiąc wiedzę o dzikiej stronie Kenii. Od ojca pilnie słuchała o koniach, dzięki czemu mogła stać się pierwszą trenerką kobietą i zwyciężać na zawodach, zdobywając szacunek mężczyzn. Nie poddawała się, była odważna i dawała z siebie wszystko, poświęcając się zawsze swojej pracy. Stała się pionierką lotnictwa, pokazując kolejny talent. Pokazała, że kobiety są zdolne pokonywać trudności i wcale nie są słabszą płcią, gorszą.

Na kartach powieści pojawia się również wątek romantyczny. Beryl uwikłała się bowiem w miłosny trójkąt, który na zawsze odcisnął na niej ślad. Długo szukała szczęścia w miłości, ucząc się jej krok po kroku, dojrzewając do niej. Każda chwila spędzona z ukochaną osobą to moment, który powinniśmy doceniać, bo nie wiemy ile tych chwil będzie nam dane.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Pauli McLain i zaliczam je do udanych. Autorka wykorzystała postać zdolnej kobiety, którą – wstyd się zapewne przyznać – poznałam dopiero dzięki tej książce. Napisana w dobrym stylu, przybliża ciekawą historię, która na pewno wielu zainteresuje. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.
http://www.znak.com.pl/wydawnictwo-Znak-Literanova

Recenzja znajduje się również na:

9 sierpnia 2016

147. "Poskromienie złośnicy. Dziewczyna jak ocet" Anne Tyler


Dziewczyna jak ocet Anne Tyler to powieść zainspirowana Szekspirem i jego Poskromieniem złośnicy. Hogarth Press, brytyjski wydawca, postanowił uczcić przypadającą w tym roku 400. rocznicę śmierci Szekspira. Zaprosił do współpracy bestsellerowych pisarzy, którzy podjęli się opowiedzenia na nowo najbardziej znanych utworów dramaturga. Projekt Szekspir to polska nazwa serii, którą można zakupić dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu.

Doktor Battista samotnie wychowuje dwie córki. A właściwie to jego prawie trzydziestoletnia córka opiekuje się nim i swoją młodszą, piętnastoletnią siostrą Bunny. Naukowiec jest bliski przełomowego odkrycia, ale sytuacja komplikuje się, gdy jego asystent może zostać deportowany z kraju. Zwraca się więc z prośbą o pomoc do Kate, która znów musi pomóc swojemu ojcu. Czy zgodzi się wziąć ślub bez miłości, z obcym człowiekiem, aby nie musiał wyjeżdżać?

Kate jest około trzydziestki, nie była w poważnym związku, jest pomocnicą w przedszkolu, mieszka z ojcem i młodszą siostrą. Nie interesuje jej życie towarzyskie, czuje się względnie szczęśliwa. Do momentu, w którym zdaje sobie sprawę, że jej własny ojciec nie widzi dla niej szans na zamążpójście z miłości i chce zeswatać ją ze swoim asystentem z egoistycznych pobudek. Wtedy kobieta czuje się poniżona i to przez najbliższą osobę. Do tego ktoś chce jej odebrać niezależność, coś bardzo ważnego dla Kate. 

Książkę przeczytałam w ekspresowym tempie. Jest napisana lekkim, ale dobrym stylem, przez co czyta się ją z przyjemnością, odprężając się. Historia nie jest też długa, obszerna i nafaszerowana opisami czy rozbudowanymi dialogami. Domyślałam się jak zakończy się opowieść, nie było w niej żadnego elementu zaskoczenia, mimo to czytałam ją z zainteresowaniem.

Autorka zastanawia się, czy niezależna kobieta ma prawo funkcjonować we współczesnym świecie, a także jak wiele jest gotowa poświęcić dla mężczyzny. Okazuje się, iż nawet przystając na czyjąś propozycję, mamy prawo nadawać jej własny kształt, nie dając się stłamsić i wciąż posiadać prawo głosu. Tyler pokazała to w humorystyczny sposób, dzięki kreacji głównej bohaterki.

Nigdy nie czytałam Poskromienia złośnicy, sięgnęłam tylko po obowiązkowe lektury szkolne autorstwa Szekspira. Uważam, że Projekt Szekspir jest świetnym pomysłem i cieszę się, że będzie wydawany w Polsce. Jest to sposób, aby przyciągnąć uwagę młodych czytelników, zainteresować klasyką i dziełami dramaturga. Ja sama postaram się zapoznać z pierwowzorem, który zainspirował Anne Tyler do napisania Dziewczyny jak ocet

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
https://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie




Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf  

30 lipca 2016

146. "Maluchem przez Afrykę" Arkady Paweł Fiedler


Arkady Paweł Fiedler to wnuk znanego polskiego przyrodnika, podróżnika i literata, Arkadego Fiedlera. Mężczyzna pracował w Wielkiej Brytanii w sieci kin Showcase Cinemas, gdzie odnosił sukcesy. Z biegiem czasu poczuł się jednak wypalony zawodowo. Postanowił przenieść się wraz z rodziną do Polski. Po pewnym czasie w jego głowie zrodził się pomysł, który wielu osobom wydał się szalony i niewykonalny: zapragnął przejechać Fiatem 126p przez Afrykę, trzymając się jej wschodniej strony.

Nikt nie wierzył w powodzenie tej wyprawy. Jak samochód z takim podwoziem może poradzić sobie na wymagających afrykańskich drogach, gdzie często brakuje asfaltu, trzeba walczyć z szutrem, błotem i nierównościami terenu? Ludzie wyśmiewali go, nie wykazywali zainteresowania jego projektem. Arkady uparł się jednak, zebrał ekipę – Kubę, odpowiadającego za sprawność samochodów, Alberta (Czosnka) i Krisa, którzy mieli robić zdjęcia i filmować podróż – i wyruszył w drogę swoją Zieloną Bestią.

Ekipa miała okazję spotkać na swojej drodze wiele interesujących osób, poznać tubylców na ich terenie, pozbyć się stereotypów. Spotykali się z przychylnością, serdecznością. Widok małego samochodu wzbudzał uśmiech w każdej napotkanej wiosce, otwierał drzwi do serc mieszkańców, zdobywał sympatię najmłodszych, a także tych starszych. Nie przestawał zadziwiać swoimi skromnymi rozmiarami (zwłaszcza przy tankowaniu, gdzie obsługa stacji benzynowej zawsze przelewała bak), ale jakże dzielnie walczącymi z trasą.

Przeglądając książkę zachwyciłam się zamieszczonymi w niej zdjęciami. To właśnie one skusiły mnie do sięgnięcia po ten tytuł. Widoki był piękne, a do tego nasz rodowity kaszlak walczący z trudną drogą, przejeżdżający przez błoto widowiskowo rozpryskujące się na boki. Spodziewałam się naprawdę dobrej historii, porywającego reportażu, a tymczasem zawiodłam się.

Nie wiem czy to przez styl autora czy też monotonię trasy. Zapewne dla Fiedlera miała ona swój urok, a krajobraz był piękny – tego nie można mu odebrać. Ja jednak miałam przed oczami tysiące kilometrów niekończącej się afrykańskiej drogi, a do tego problemy z członkiem zespołu, Krisem. Często pojawiały się między nimi spięcia, nieporozumienia. Arkady nie koloryzował rzeczywistości, otwarcie przedstawił swój stosunek do towarzysza podróży.

Podróż musiała być rewelacyjna i jestem pod jej wrażeniem. Przejechanie samochodem z północy na południu Afryki jest nie lada wyczynem, zwłaszcza maluchem, który jest kompletnie nieprzystosowany do jazdy terenowej, mi. in. ma niskie, sztywne podwozie, małe opony, trudno też wspiąć się nim pod bardziej stromą górę, zwłaszcza gdy nie ma na niej asfaltu. Arkady Fiedler spełnił swoje marzenie, czego mu ogromnie zazdroszczę. Zaimponował mi swoim uporem, tym jak mocno dążył do wyznaczonego sobie celu, nawet gdy przeszkody piętrzyły się przed nim coraz bardziej. Mimo to książka nudziła mnie, nie porwała mnie jego historia. Możliwe, że gdyby opowiadał mi swoją drogę na żywo, byłabym bardziej zafascynowana.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business&Culture i Wydawnictwu Muza.  
http://muza.com.pl/

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf

22 lipca 2016

Trzecie urodziny bloga! + Wyniki konkursu


Dzień dobry Kochani!

Wczoraj mój blog obchodził swoje trzecie urodziny. Strasznie się cieszę, że kiedy trzy lata temu postanowiłam go założyć, zrobiłam to, a później prowadziłam i poświęcałam mu czas. Dalej cieszy mnie każdy pojedynczy komentarz, każde kliknięcie "Lubię to!", każde Wasze dobre słowo i opinia na temat książki. Bo tego bloga prowadzę właśnie po to, aby dzielić się z Wami swoją pasją i jedną z największych miłości - uwielbieniem do czytania. 
Nie będę Was zamęczać jakimiś statystykami, bo to nie o to chodzi. Nie będę też poświęcać miejsca w tym poście na więcej wspomnień, gdyż robiłam to poprzednio. Za to pozwolę sobie przejść do czegoś, na co na pewno najbardziej czekać (ja bym tak robiła) - wyniki konkursu!

Nagrodzeni:
(nagrody przypisane losowo)

- An Na - Tylko ty Federico Moccia
- Angelika Akk - Moja Ananke Ewa Nowak
- Ewa Ruda - Weneckie lato Nicky Pellegrino
- Paulina Bednarek - Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda Lucyna Olejniczak
- Małgorzata Wlazło - Śnieżka musi umrzeć Nele Neuhaus
- Agnieszka Maniak - Moje serce należy do Ciebie Allesio Puleo
- Kasia Krawczyk - Moja Ananke Ewa Nowak
- Agnieszka Monika - Ulubione momenty Adriana Popescu
- anies2 - Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy Patrycja Pelica
- Joanna Zieleniecka - Przebudzenie Arkadii Kai Meyer
- Dorota Domino - Tylko ty Federico Moccia

Poproszę o adres do wysyłki w wiadomości prywatnej na Facebooku bądź maila na licencja.na.czytanie@gmail.com. Serdecznie gratuluję! 

Jeszcze raz dziękuję sponsorom nagród: Business&Culture, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Media Rodzina i Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Jesteście wspaniali, a dzięki Wam mogłam uszczęśliwić kilka osób :) 

Miłego dnia!

15 lipca 2016

Konkurs urodzinowy!!!


Kochani,

już 21 lipca będę świętowała trzecie urodziny mojego bloga. Właśnie wtedy pozwolę sobie na odrobinkę wspomnień i poopowiadania, jakie to dla mnie ważne. Wielu z Was obchodziło już takie dni, dlatego wiecie, że są to dni radosne. A ja lubię dzielić się swoim szczęściem! Dlatego postanowiłam wywołać na twarzach paru osób szerokie uśmiechy, obdarowując je książkami. Moi drodzy (werble proszę) będzie konkurs!

KONKURS URODZINOWY

1. Do wygrania same wspaniałości, ufundowane przez wydawców. Oto lista nagród, które możecie zgarnąć:

Business&Culture
- Moje serce należy do ciebie Allesio Puleo
- Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy Patrycja Pelica
- 2x Tylko ty Federico Moccia

Wydawnictwo Literackie
- 2x Moja Ananke Ewa Nowak

Wydawnictwo Media Rodzina
- Przebudzenie Arkadii Kai Meyer
- Śnieżka musi umrzeć Nele Neuhaus
- Ulubione momenty Adriana Popescu

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
- Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda Lucyna Olejniczak
- Weneckie lato Nicky Pellegrino

Bardzo dziękuję za ufundowanie nagród. Niezmiernie się cieszę, że mogę przekazać je dalej szczęśliwcom.

2. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.
3. Czas trwania konkursu: 15.07 – 20.07. Ogłoszenie wyników nastąpi 21.07.
4. Zwycięzców wybiorę na dwa sposoby (pół na pół): poprzez subiektywny wybór najlepszej odpowiedzi oraz losowanie. Nagrody zostaną przypisane do laureatów drogą losowania.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy zostawić komentarz pod postem na Facebooku [klik] i odpowiedzieć na zadanie konkursowe:

Krótko zachęć mnie do przeczytania Twojej ulubionej książki.

6. Aby wziąć udział w konkursie nie trzeba obserwować profilu na Facebooku, Instagramie bądź bloga, jednak będzie mi miło, jeżeli to zrobicie.
7. Zapraszam również do obserwowania sponsorów całej zabawy: Business&Culture, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo MediaRodzina oraz Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Do dzieła!!!

12 lipca 2016

145. "Droga do domu" Yaa Gyasi


Uwielbiam ten moment, kiedy trafiam na książkę tak dobrą, tak pyszną, że pochłaniam ją bez reszty. Zatracam się w niej, ciesząc się z wspaniałej lektury. I mam dylemat: chcę czytać ją, ale nie chcę skończyć. Tak właśnie miałam w przypadku Drogi do domu Yaa Gyasi, niesamowicie udanego debiutu tej młodej autorki.

Podobnie jak w przypadku kilku poprzednich powieści, o Drodze do domu było wszędzie głośno. Pozytywne recenzje, setki zdjęć na Instagramie i Facebooku (bądźmy szczerzy, już sama okładka przykuwa uwagę). Tak bardzo rozpalono moją ciekawość, że gdy koleżanka z pracy poleciła mi ją, stwierdziłam, że to ten moment, odpowiednia chwila by złapać ją w swoje ręce i już nigdy nie oddać.

Effia i Esi, dwie siostry, które nigdy się nie poznały. Jedna zostaje wydana za białego mężczyznę, handlarza niewolnikami, druga zaś zostaje niewolnicą i płynie statkiem do Ameryki. One same, a następnie kolejne pokolenia będą wiodły życie w dwóch różnych miejscach świata, a jednak wiele będzie je łączyć.

Yaa Gyasi oczarowała mnie już od pierwszych stron. Jej styl jest lekki, naturalny, wciągający. Czułam się porwana do gorącej Afryki, do drugiej połowy XVIII wieku, gdzie osiadają biali ludzie i wprowadzają zamęt w spokojnie żyjących rdzennych mieszkańcach. Autorka wyprawiła mnie w daleką podróż, abym mogła poczuć na swojej skórze żar lejący się z nieba, suchość otaczającej gleby, bezlitosny bat na plecach i zapach potu, strachu i bezradności.

Każdy rozdział poświęcony jest innej postaci. Stanowi on przeskok o jedno pokolenie, na przemian ukazując losy potomków Effi i Esi. Przenosząc się w czasie, zawsze bardzo żałowałam, iż to już koniec historii o poprzednim bohaterze. Każdy z wykreowanych charakterów był wyjątkowy, zapadał głęboko w pamięć, odciskał swoje piętno w tej opowieści i żył dalej we wspomnieniach dzieci. Chociaż smuciłam się, że muszę opuścić dopiero co polubioną postać, już byłam zaintrygowana losami kolejnej, czekając z niecierpliwością na poznanie jej życia. Gyasi stworzyła wielu fascynujących bohaterów, każdemu dając ciekawą, barwną historię, a także ukazując jak przeszłość odbija się na przyszłości.

Droga do domu to losy czarnoskórych kobiet i mężczyzn, którzy trafili do niewoli i musieli służyć białym ludziom. To trudna opowieść o tym, że nie mieli nic, żadnych praw, nawet do miłości i opieki nad własnymi dziećmi. Zabierano im wolność, godność, prawo do bycia szczęśliwymi. Nawet kilka pokoleń po zniewoleniu, wciąż nie byli bezpieczni, musieli walczyć o swoje życie, uciekać i chować się. Długo nie czuli się równi, dostawali gorsze prace, mieszkali w brzydszych, niebezpieczniejszych okolicach. Mieli zakorzenione w naturze poczucie niższości.

Jestem kompletnie zachwycona lekturą tej książki, a autorka postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. W jej debiucie nie było słabszych momentów, całość stała na równym, wysokim poziomie. Cieszę się, że mogłam udać się w tą podróż pełną magii życia, tradycji, wierzeń. Już nie mogę się doczekać, gdy przekażę mamie tą powieść, aby i ona mogła się z nią zapoznać. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu
http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

 Recenzja znajduje się również na:

7 lipca 2016

144. "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" Caitlin Moran


Każdemu z nas zdarzyło się zapewne czasem grać, udawać kogoś kim nie jesteśmy, chociażby przez chwilę. Dla zabawy, dla pieniędzy albo dopasowując się do grupy. Nastoletnia Johanna, główna bohaterka powieści Caitlin Moran, Dziewczyna, którą nigdy nie byłam, miała dokładnie takie doświadczenia.

Johanna pochodziła z wielodzietnej rodziny, utrzymującej się głównie z zasiłku ojca, niespełnionego muzyka. Zmuszona sytuacją, rozpoczyna pracę jako krytyk muzyczny. Początkowo nieśmiało stawia pierwsze kroki, później zaczyna coraz mocniej zaznaczać swoją obecność. Tylko czy czuje się przez to szczęśliwa?

Książka Moran zaskoczyła mnie już od pierwszych stron. Autorka nie bawi się z czytelnikiem, używa mocnych słów, częstych przekleństw i wulgaryzmów. Oprócz tego wielokrotnie przewija się element seksu, masturbacji, erotycznych myśli. Wszystko to sprawia, że chociaż jest to historia nastolatki, ja sama nastolatce bym jej nie sprezentowała. Wiem, że młodzież szybko dojrzewa, a to jest właśnie opowieść o dojrzewaniu, ale wydaje mi się ona jednak zbyt bezpośrednia.

Nastolatka chciała dopasować się do grupy, wreszcie być kimś, być zauważaną i lubianą, popularną. Od zawsze miała rozbudzoną fantazję erotyczną, a wraz z biegiem czasu tylko jej się ona pogłębiła. Chciała być Poszukiwaczką Seksualnych Przygód, dobrze się bawić. Gdzieś po drodze, zapomniała jednak o tym, że chciałaby też być szanowana. Dopiero po mocnym kopniaku w tyłek, doszła do tego. Chciała też być dobrym krytykiem muzycznym, ale za bardzo skupiła się na krytyce, przestała czerpać przyjemność z pracy, zagubiła się.

Dziewczyna, którą nigdy nie byłam to mocna historia o tym, że człowiek uczy się na błędach, wiele rzeczy musi sam zrobić, sparzyć się, aby zrozumieć. To książka o poszukiwaniu siebie, prawdziwej tożsamości, odrzuceniu wszelkich gier i przybierania ról, a zaakceptowaniu swoich wad, ale też rozwijaniu tych dobrych cech. Ważne jest, aby w każdej sytuacji być sobą, nie myśleć o zaspokajaniu potrzeb innych ludzi, jeżeli oni wcale nie myślą o nas. Starając się być kimś, kim tak naprawdę nie jesteśmy, ranimy siebie i tak okazujemy słabość, brak pewności siebie i poczucia własnej wartości.

Autorka starała się wiernie oddać Wielką Brytanię z przełomu lat 80. i 90., sytuację rodzinną skromnie żyjącej rodziny, niespełnione muzyczne marzenia dorosłego mężczyzny, a także próby bycia kimś – lepszym, popularniejszym – przez młodą dziewczynę, dopiero uczącą się życia. Książka momentami zbyt wulgarna, naładowana przygodnym seksem, ale mimo to dająca do myślenia, poruszająca jakąś wewnętrzną nutę w czytelniku. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.
http://www.czarnaowca.pl/

Recenzja znajduje się również na:

2 lipca 2016

143. "Big Red Tequila" Rick Riordan


Rick Riordan to autor popularnego cyklu o Percym Jacksonie, nawiązującego do mitologii greckiej. Dotychczas pisał głównie dla dzieci i młodzieży, teraz zdecydował się na powieść dla dorosłego czytelnika. Big Red Tequila to jego pierwszy kryminał, pachnący gorącym Teksasem. Jest to również moja pierwsza przygoda z tym bestsellerowym pisarzem.

Tres Navarre wraca po dziesięciu latach do rodzinnego San Antonio. Jest gotów stawić czoła przeszłości, tajemniczemu zabójstwu ojca, nieprzychylnym władzom oraz byłej dziewczynie, która niespodziewanie nawiązuje z nim kontakt. Nie jest mile widziany w mieście: policja szybko staje w progu jego mieszkania, telefony z groźbami przerywają jego drzemki, a ochroniarze kilku lokalnych rodzin tylko czekają, aby móc go brutalnie wyrzucić za bramę posiadłości. Dzień jak co dzień. Nic nie jest jednak w stanie przekonać Tresa do wyjazdu z miasta, tym razem postanawia doprowadzić sprawę śmierci ojca do końca.

Big Red Tequila nie jest mocnym kryminałem, brutalnym. Krew nie tryska po ścianach, psychopata nie kryje się w cieniu z nożem w kieszeni, aby oskórować swoją ofiarę. Tutaj prywatny detektyw – bez uprawnień, ale kto by się tym przejmował – stara się rozwiązać zagadkę zabójstwa swojego ojca, dokopując się do dowodów z przeszłości. W sprawę palce maczali bogaci i wpływowi biznesmeni, których upadek może wiele kosztować. Policja nie chce udostępnić akt sprawy, tuszując ją i utrzymując, iż została zamknięta, a mężczyzna odpowiedzialny za śmierć pana Navarre zamordowany w dziwnych okolicznościach. Powrót Tresa do San Antonio powoduje, iż misternie zbudowane pozory zaczynają się walić jak domek z kart.

Nie mam pojęcia jak pisze Riordan dla młodzieży, ale Riordan piszący kryminał jest jak najbardziej pożądany. Dzięki jego lekkiemu stylowi dosłownie pochłonęłam książkę. Nie było momentów nudnych, które spowalniałyby akcję, wprowadzały mnie w stan letargu. Tres ciągle działał – za wyjątkiem momentów, gdy leczył kaca po zimnych piwach albo tequili – i intensywnie myślał nad sprawą. W spokojniejszych momentach, w których nie włamywał się do domów i nie bił z ochroniarzami, i tak nie wiało nudą. Wątek morderstwa sprzed lat mnie zaciekawił, dopingowałam Tresa w jego dążeniu do odkrycia prawdy, dając się porwać biegowi wydarzeń.

Oprócz wątku kryminalnego, mamy do czynienia z wątkiem osobistym, uczuciem między Tresem a jego byłą dziewczyną Lilian. I drugą byłą dziewczyną, Maią. Na szczęście nie jest to cukierkowa historia, która popsułaby całą książkę. Problemy tej trójki wplecione są w fabułę, powoli syciły moją ciekawość (jak typowa kobieta, byłam zainteresowana z którą z kobiet Navarre zdecyduje się związać swoją przyszłość). W tym miejscu muszę dodać, że Tres jest bohaterem wzbudzającym moją szczerą sympatię. Mistrz tai-chi, ze stoickim spokojem kopiący innym tyłki, żyjący w zgodzie – albo i nie – ze swoim kotem Robertem Johnsonem, lubujący się w tequili i szukaniu kłopotów, a wszystko doprawione szczyptą humoru. Czuję, że to będzie dłuższy związek.

Ten teksański kryminał stanowił świetną lekturę na dwa dni. Wciągnął mnie i zabrał z dusznego Krakowa do gorącego Teksasu, w sam środek intrygi pośród wyższych sfer. Mnie Rick Riordan kupił swoją opowieścią, dlatego czekam już na zapowiadany drugi tom – Taniec wdowca.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki.

https://galeriaksiazki.pl/

Recenzja znajduje się również na:

25 czerwca 2016

142. "Królowie Dary" Ken Liu


O Królach Dary Kena Liu usłyszałam nagle, ale z ogromną intensywnością. Wszyscy chwalili, czekali na polską premierę, a ja – skuszona dobrymi opiniami – powiedziałam sobie: chcę ją przeczytać! Tak, zdecydowałam się być followersem, pójść za wszystkimi. I to był świetny krok!

Kocham fantastykę, od dziecka był to jeden z moich ulubionych gatunków. Chętnie sięgam po tytuły polecane przez innych czytelników, aby poznać ciekawe pozycje. Jakieś dwa lata temu zaczęłam Pieśń lodu i ognia Martina, jednak mój entuzjazm osłabł po trzecim tomie i póki co nie powróciłam do przerwanej serii. Coś jednak pamiętam z tych książek i Królowie Dary trochę mi przypomnieli tamtą historię. Dlaczego? Królestwa żyjące pod wodzą jednego cesarza, powstają przeciwko niemu. Zaczyna się rebelia trwająca latami, a wielu dąży do zdobycia władzy. Każdy obwołuje się królem, księciem, markizem, hegemonem, rozdaje tytuł na prawo i lewo. Walka o władzę jest brutalna, często nie zna litości.

Na początku miałam problem z odnalezieniem się w historii, gdyż szybko wprowadzono wielu bohaterów. Później jednak nadążałam za fabułą, a do wielu bohaterów zaczęłam czuć szczerą sympatię, trzymając kciuki za ich losy, ciesząc się, gdy wychodzili cało z walk. Oczywiście bywali tacy, których straty nie opłakiwałam, wzbudzali we mnie złość. Niektórzy zmieniali się wraz z biegiem czasu, a ja nie potrafiłam ocenić ich jednoznacznie. Pełna paleta postaci, a wszyscy ciekawi i różni, każdy wydaje się wart zapamiętania. Brawo Kenie Liu za wykreowanie charakterów, przez których głupotę pukałam się w czoło bądź szczerzyłam w uśmiechu do książki, czytając o szczerości i pomysłowości innych.

Autor stworzył swój własny świat, siedem królestw połączonych w jedno Królestwo Dary. Każde miało swoje tradycje, zwyczaje; każde wyróżniało się czymś na tle innych. Bardzo lubię czytać książki, w których mogę przemierzać z bohaterami tak bogate krainy, zwiedzać zupełnie nowe dla mnie światy; poznawać nowe religie i filozofie. Zapewne popularny w Darze myśliciel Kon Fiji stwierdziłby, że jestem tylko kobietą i takie przyjemności nie są dla mnie, ale cóż... Nie posłuchałabym go.

Królowie Dary to prawdziwy smaczek dla fanów fantastyki, zwłaszcza wielbicieli akcji. Szala zwycięstwa przechylała się raz na stronę jednego hegemona, raz drugiego księcia. Kiedy już wydawałoby się, że zapanuje pokój i mieszkańcy wysp wreszcie odpoczną od ciągłych bitew, ktoś znów podnosił swój miecz w kierunku wroga i wszystko zaczynało się od początku. Do samego końca nie mogłam być pewna ostatecznego wyniku tej wojny. Mam wrażenie, że jeszcze wiele rzeczy może mnie zaskoczyć w tej historii, a nowy władca wcale nie będzie żył długo i szczęśliwie.

Chociaż miałam swojego ulubieńca, któremu mocno dopingowałam, potrafiłam widzieć również jego wady i potępiać negatywne zachowania. W książce Liu nikt nie był idealny, krystalicznie czysty. Niektórzy jednak starali się jak mogli, aby czynić dobro i słuchali rad, które pomagały im poszerzać swoje spojrzenie na świat. Bohaterowie zmieniali się, dojrzewali, nabierali doświadczenia, nawiązywali nowe znajomości lub odcinali się od starych.

Jeszcze w tym roku planowana jest premiera kolejnej części cyklu Pod Sztandarem Dzikiego Kwiatu, Ściana burz. Już nie mogę się jej doczekać! Jestem pewna, że to będzie kolejny tom obfitujący w bitwy, epickie zwycięstwa, kolosalne klęski, spiski i nowe, niezwykłe sojusze.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

http://www.wsqn.pl/

Recenzja znajduje się również na: