24 lutego 2014

47. "Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie" Martin Abram


Szymon i Angel to osoby, które należą do zupełnie innych światów. On to korzystający z życia bogaty ateista, ona to wierna wyznawczyni religii chrześcijańskiej, żyjąca w skromności i według zasad Bożych. Chociaż wydawać by się mogło, że nic ich nie łączy, za to bardzo wiele dzieli - los splótł ich ze sobą i wzbudził w nich wzajemne uczucie.

Książka Martina Abrama to historia miłości Angel i Szymona, którzy wbrew przeciwnościom losu, walczą o swoje uczucie. Chociaż jest to jeden z najważniejszych wątków tej powieści, nie byłam nim zmęczona. Autorowi udało się w rewelacyjny sposób znaleźć umiar w opisywaniu ich namiętności, poprzez występowanie wątków pobocznych, które odrywały nas od Angel i Szymona. Przyznaję, że ich miłość narodziła się bardzo szybko, ale wystawiona była na liczne próby, musiała dojrzeć, aby móc przetrwać. Może i Szymon był zapatrzony w Angel, widział w niej piękno i idealizował, może był przy tym zbyt narwany i emocjonalny; zapewne normalnie denerwowałby mnie swoim zachowaniem, ale nie tym razem. W jakiś magiczny sposób Abram urzekł mnie i sprawił, że nie tylko nie mdliło mnie od zachwytów i tęsknoty do dziewczyny, ale nawet kibicowałam ich związkowi.

"Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie" nie jest jednak tylko książką o miłości. Jest to powieść o chrześcijaństwie, o wierze człowieka i jego miłości do Boga. Autor przedstawił nam swoją wizję przyszłości, w której religia jest zbędna, zamknięta w czterech ścianach, a jej wyznawcy zeszli do podziemi. Wierni nie odeszli jednak od Boga, wciąż żyli według Jego prawa. Wydaje mi się, że byli sobie bliżsi niż obecnie. Stanowili prawdziwą Wspólnotę, która wspierała się w najcięższych chwilach i stała za sobą murem, właśnie dzięki życiu w tajemnicy i zagrożeniu. Wiara była dla nich ratunkiem.

Martin Abram wykreował niesamowitą historię. Akcja toczy się w 2112 roku, jednak autor często dopowiada wątki z przeszłości. Muszę docenić jego pracę, ponieważ przedstawił w ten sposób nie tylko losy chrześcijan i Kościoła, ale również całego świata, gospodarki i polityki, a także poszczególnych bohaterów. Zadbał o szczegóły, a jego powieść zyskała na tym - stała się urozmaicona, bogatsza, pełniejsza.

Wizja autora jest dla mnie przerażająca. Wszystkie kraje połączyły się w jedno supermocarstwo, zwane Stanami Zjednoczonymi Świata, podporządkowane jednemu prezydentowi i jego doradcom. Zepsucie moralne sięga zenitu, coraz mniej ludzi szokuje, stają się znudzeni i zblazowani. Nagość, erotyka, ekshibicjonizm są na porządku dziennym. Głowa państwa ma żonę, a tymczasem zaręcza się ponownie na oczach całego świata ze znanym artystą, nie szczędząc mu przy tym publicznych czułości. Wszystko dzieje się przed kamerami, liczą się tylko statystyki, gromadzenie pieniędzy i przyjemności. Aby zyskać i podporządkować sobie ludzi, rząd jest gotowy wywołać wojnę i kontrolowany kryzys gospodarczy, w którym niewinni stracą najwięcej. Ludzie stali się zimni, nieczuli na cudze nieszczęścia. Najważniejsze jest ich własne dobro, bardzo łatwo jest zasłonić im oczy, aby ślepo podążali za słowami rządzących, którzy bezkarnie nimi manipulują. W 2112 roku nawet śmierć jest pokazywana w telewizji, a widzowie używają pilotów, aby decydować o ludzkim losie.

Na koniec chciałabym wspomnieć o bohaterach. Przewijała się ich pełna gama, od szalonych polityków, ekscentrycznych artystów po spokojnych chrześcijan. Każdy z nich wzbudzał odmienne emocje, każdy miał inną historię. Występowali również bohaterowie dynamiczni, którzy wraz z rozwojem fabuły zmieniali swoje poglądy, dostrzegali problemy współczesnego im świata, dojrzewali. Zdarzały się postacie, które początkowo wzbudzały we mnie czystą niechęć, by później zyskać w moich oczach, a nawet wzbudzić cieplejsze emocje. Na przykładzie kilku z nich autor pokazał nam, że nigdy nie jest za późno na zrozumienie i poprawę swoich błędów, że miłość jest silna i może wiele zwyciężyć, a przyjaźń jest jednym z najcenniejszych darów, jakie możemy otrzymać.

Książka Martina Abrama "Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie" jest naprawdę godna polecenia. Chociaż przedstawiona w niej wizja przyszłości wydaje się być wykreowana przez nadmierną wyobraźnię autora, powoduje moment zastanowienia - czy aby na pewno nie zmierzamy właśnie w tym kierunku? Czy świat nie staje się coraz bardziej skomercjalizowany, a wszystko jest na sprzedaż? Granice przesuwają się nieustannie, zanika poczucie smaku, dobrego gustu i wartości. Ciągle chcemy więcej, stajemy się znudzeni szarą codziennością. Mam nadzieję, że nie sprawdzą się słowa Abrama, a "Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie" pozostanie czystą fikcją, wspaniale przedstawioną przez autora.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Karolinie oraz Wydawnictwu Polwen.

18 lutego 2014

46. "Zaklinacz słów" Shirin Kader

"Każdemu z nas jest coś przeznaczone, coś zapisane, coś, co musi się spełnić. Maktub. Czy jednak każdy z nas potrafi w to uwierzyć?

Gdy Nina wyjeżdża do Londynu, by na prestiżowej uczelni pracować nad doktoratem o sztuce bajarstwa, nie przypuszcza, że właśnie zaczęło się wypełniać jej przeznaczenie. Wkrótce poznaje Gabriela - niezwykłego człowieka, z którym połączy ją pasja do wschodnich opowieści i wyjątkowe uczucie. Razem przemierzają emigranckie dzielnice Londynu, zbierając opowieści ludzi z różnych stron świata. Wraz z każdą nowo zasłyszaną historią Nina uświadamia sobie jednak, że nie są to zwykłe opowiastki, a jej ukochany ma wyjątkowy dar..."
Shirin Kader to polska autorka pisząca pod pseudonimem, zafascynowana kulturą Wschodu. Chociaż przygodę z pisarstwem zaczęła jako nastolatka, to "Zaklinacz słów" jest jej pierwszą dojrzałą powieścią.

Główną bohaterką jest Nina, Polka, która wyjeżdża do Londynu, aby pracować nad pracą doktorancką o sztuce bajarstwa. Od dziecka posiada bujną wyobraźnię, lepiej czuje się wśród książek i baśni niż w rzeczywistości między ludźmi. Za granicą poznaje jednak zupełnie nowy świat, w którym zaczyna coraz lepiej się odnajdywać. Wśród krętych, tłocznych uliczek miasta, tłumu zabieganych ludzi, odkrywa głęboko skrywane sekrety pełne magii. Towarzyszy jej Gabriel, z którym połączyła ją miłość do książek, magicznych opowieści.
"Do miłości, tak jak do życia, trzeba mieć odwagę. Wszyscy jej chcą, wszyscy za nią tęsknią, a gdy przychodzi, zatrzaskują jej drzwi przed nosem, a potem znów płaczą za tym, czego nie mają."
Najbardziej w książce podobały mi się historie opowiadane przez emigrantów, których spotykała Nina wraz z Gabrielem. Każda z nich była unikatowa, każda opowiadała o emocjach, poszukiwaniu szczęścia, miłości bądź nadziei. Można z nich było wyciągnąć coś dla siebie, jak chociażby z historii o dżinnie - nie warto bezwzględnie ufać przyjaciołom, którzy wiele nam dają, ponieważ później mogą wiele odebrać.

Niestety, były to jedynie wątki poboczne, chociaż oczywiście wiele wnosiły do historii. Z przykrością stwierdzam, że “Zaklinacz słów” nie porwał mnie, nie poczułam się oczarowana tą opowieścią. Czytało mi się ją bardzo ciężko. Momentami miałam wrażenie, jakby nic się nie działo, ponieważ występowały długie przemyślenia Niny. Wielokrotnie zachwycała się głosem Gabriela, który otulał ją i przenosił w nieznane. Poświęcała wiele czasu opisom czynności, które wspólnie wykonywali, emocjom i tęsknocie za nim, gdy tylko oddalał się na chwilę. Bywałam zagubiona, nie wiedziałam które historie są prawdziwe, a które dzieją się tylko w głowie postaci.

Autorka ma bardzo bogaty język, często posługuje się długimi, barwnymi opisami, pełnymi wszelakich metafor i porównań. Kontemplowała zwykłe przedmioty, nadawała im znaczenie.  Moim zdaniem na siłę chciała wszystkiemu dodać barw, nadać poetyckiego wydźwięku. Wydaje mi się kompletnie zbędne, aby prawie półtora akapitu opisywać lampę, bądź filiżankę, z którą chce się rozmawiać. Rozumiem ten zabieg, ale w tym wypadku odbierałam go jak nadmiar, nic nie wnoszący do lektury.
"Na Westbourne Grove jako pierwsza zamieszkała ze mną lampa. (...) Dawno temu nauczyłam się z nią rozmawiać. Mówiła różnymi językami: cieniem na ścianie, sykiem spalonej żarówki, bursztynową poświatą wokół abażuru."
Uważam, że autorka ma zadatki na dobrą pisarkę. Widać jej fascynację orientem, co można wykorzystać w ciekawy sposób. “Zaklinacz słów” niestety jednak nie podobał mi się, z niecierpliwością czekałam zakończenia. Byłam zmęczona i znudzona długimi opisami, a także miłością i zapatrzeniem w Gabriela, zaś najwięcej ciepłych emocji wzbudziła we mnie piękna okładka.

Jeżeli ktoś szuka wartkiej akcji, wciągających wątków to raczej nie znajdzie tego w powieści Shirin Kader. Może ona spodobać się wielbicielom delikatnej miłości, bogatych opisów, a także bogatej kultury wschodniej.
"Kiedyś denerwowała mnie ta jego bierność. (...) Teraz uważam, że to nie była bierność. To była życiowa mądrość, głębokie przekonanie, że miłość wymuszona łzami i szantażem, wyproszona na siłę u Boga, taka, o którą trzeba się nieustannie modlić i walczyć, żeby zapewnić jej trwanie, jest bezwartościowa. Prawdziwa miłość to akt wolnej woli."
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Lambook


Bardzo dziękuję za szczere komentarze. Postarałam się do nich dostosować, dlatego recenzja została edytowana, utrzymana jednak w podobnym tonie. Jeżeli dalej jest zła, to również jestem otwarta na krytykę. Wezmę ją sobie do serca, postaram się na przyszłość unikać błędów, chociaż jestem recenzentką pasjonatką i amatorką, więc na pewno będą mi się takie zdarzać. Biorę jednak krytykę na klatę, ponieważ tylko w ten sposób będę mogła się rozwinąć.

8 lutego 2014

45. "Easylog" Mariusz Zielke

"Bez Stiller nazywa się tak, jak słynny komik, ale w życiu nie jest mu do śmiechu. Dziesięć lat temu zaginęła jego ukochana Sally, a on stracił intratną posadę w korporacji SkyCom, najpotężniejszej firmie na świecie. Teraz demony przeszłości powracają, w ciągu jednego dnia zmieniając życie Bena w koszmar pełen emocjonujących zdarzeń i zagadek. Czy policja, która niespodziewanie wróciła do sprawy Sally, działa na zlecenie potężnych wrogów? Czy osoba, którą Ben po latach zobaczył na promenadzie nad brzegiem morza, to rzeczywiście jego dziewczyna? Jak to możliwe, skoro Ben dobrze wie, że Sally wcale nie zaginęła, tylko została zamordowana?"
Mariusz Zielke napisał thriller, który porównywany jest do mistrzów gatunku: Harlana Cobena czy Michaela Crichtona. Drugiego pana nie znam, a Cobena czytałam tylko jedną książkę i jakoś nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Jak jest w przypadku "Easylog"?

Narrację prowadzi główny bohater książki, Ben Stiller, a także Charlie Miranda, morderca do wynajęcia. To jednak historia Stillera jest tutaj najważniejszym wątkiem, a opowieść Charliego jedynie ją uzupełnia, stanowi dodatek do całości. Przeskakiwanie między bohaterami nie jest męczące, nie sprawia kłopotów w interpretacji.

Pierwsza część książki była dla mnie momentami niezrozumiała. Miałam wrażenie niespójności faktów, coś nie pasowało mi w historii przedstawianej przez bohatera. Później okazało się, że Ben naprawdę bawi się naszymi umysłami, ukrywa wiele tajemnic. Przyznaję, że początkowo zastanawiałam się nad logicznością jego zachowania, a także celem do którego tak naprawdę cała fabuła zmierza. Wraz z rozwojem akcji autor podawał szokujące fakty, które wprawiały mnie w zaskoczenie, a już samo zakończenie historii było dla mnie niespodzianką - naprawdę nie spodziewałam się takiego zakończenia, ani odkrycia przeszłości bohaterów.
"Czy gdybym nie był takim cholernym dupkiem, zapatrzonym w siebie draniem,dostrzegłbym, że coś jest nie tak?

Czy mógłbym pomóc Sally i uchronić ją przed śmiercią?"
Główny bohater denerwował mnie. Rozumiem, że chciał rozwiązać sprawę zaginięcia swojej dziewczyny, ale poświęcał przez to swój obecny związek. Poza tym niestety żadna z postaci nie wzbudziła moich emocji, ponieważ nie zostały one mocno nakreślone. Dużo można było dowiedzieć się o Sally, zaginionej przed laty dziewczynie, być może jednak przez wzgląd na to, iż występowała ona tylko we wspomnieniach Bena, jakoś nie przywiązałam się do niej. Ważniejsza w książce była akcja, niż postaci.

Widać, że książka jest nowa, ponieważ nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń, które miały swoje miejsce nie tak dawno. Przez ten fakt można było wczuć się lepiej w historię, jako że mówiła o znanych nam faktach. Do tego książka jest napisana przystępnym językiem, ale nie infantylnym. Styl Mariusza Zielke jest przyjemny w odbiorze, a lekturę naprawdę szybko się dzięki temu czyta.
"Nagle chyba zrobiło jej się niedobrze. Natychmiast zorientowała się, że to nie jest normalna reakcja organizmu na stres czy te wszystkie gwałtowne wydarzenia. Jej organizm nigdy tak nie reagował. (...) Spojrzała na szklankę, doznając olśnienia. Ileż to razy mama powtarzała jej, żeby nie ufać obcym."
"Easylog" jest dobrze napisaną powieścią. Chociaż akcja rozwija się powoli, wraz z biegiem czasu nabiera szybszego tempa i zaskakuje nas wydarzeniami. Mariusz Zielke wykazał się ciekawym stylem, a także pomysłowością. Początkowe wrażenie prostoty, szybko okazuje się być zwykłą grą, a historia zaskakuje, okazuje się być bardziej zawiła i pełna zagadek.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Darii oraz Wydawnictwu Akurat.