29 listopada 2013

28. "Kostka" Iza Korsaj

"Nie jestem chirurgiem-rzeźnikiem. Jestem inżynierem Naprawy. Na razie tej zwykłej, od ciała. To od ciebie rozpocznę przygodę z Naprawą umysłu. Prócz zabijania tylko ona jest w stanie mnie zaspokoić. Musi do niej dojść, abym nie został mordercą. Powinieneś być mi wdzięczny. Chcę ci ofiarować nowe, pozbawione ograniczeń życie."
"Kostka" to thriller, w którym główną rolę odgrywa psychika. Jak głosi napis na okładce, jest to "fascynująca podróż w głąb umysłu rasowego psychopaty". Chociaż czasem opisy na okładkach mijają się z prawdą i treścią, tym razem jest to idealnie trafione hasło.

Biję brawa dla autorki, która stworzyła postać doktora Marvina Crossa. Mężczyzna wyprany z emocji, któremu radość sprawiają tylko cierpienia innych, zwłaszcza gdy może je samodzielnie powodować. Jak to zatem możliwe, że nie wzbudził on we mnie bezwzględnego wstrętu, niechęci? Ba, momentami myślałam nawet o nim cieplej, jako o osobie, która jednak pomaga innym, chociaż tak naprawdę robi to dla własnej satysfakcji. Bądźmy szczerzy, Cross to zdeklarowany egoista, pewny siebie i swoich umiejętności, wiedzy, banalnie łatwo przychodzi mu manipulacja innymi. Jednak czuje się coraz bardziej nienasycony, stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej.
"Zostawmy przeszłość w grobie zapomnienia. Ale nie da się żyć bez tożsamości. Przeszłość zawsze odciska na niej swe piętno. Bez wyjątku, dobra czy zła. Nie można przed nią uciekać. Choć można ją wymyślić od nowa, na swoich zasadach. Można też ją zaakceptować i żyć bez balastu."
Wkradamy się w umysł nie tylko dr Crossa, ale również jego ofiary. Podejrzewam, że autorka musiała spędzić trochę czasu nad zagadnieniami z psychologii, ponieważ stworzyła świetną historię o ludzkich słabościach, ułomnościach, walce z przeszłością i gniewem. Pokazała też, jak wiele zależy od naszych decyzji oraz przeszłości, dzieciństwa. Sam Marvin ukrywa pewne wspomnienie, które być może miało wpływ na jego charakter.

Obiła mi się o uszy opinia, że w "Kostce" są brutalne sceny. Przyznaję, występują takie. Nie odstraszyły mnie one jednak, nie spowodowały niechęci. Chociaż były momenty pełne krwi, tak naprawdę ciągle skupiałam się na tym, do czego one mają prowadzić, jaki efekt mają wywołać. Nie były to tortury bez celu, psychika miała zwyciężyć nad ciałem.
"Trójkę osobiście uznaję za nudną. Ta opcja jest raczej przenośnią niż fizyczną niedogodnością w życiu. Niemniej po jej wyborze Jerry i tak zwracałby powszechną uwagę gawiedzi. Już samo przeprowadzenie trójki byłoby dla niego traumatycznym przeżyciem. Ale to i tak niewiele w porównaniu z czwórką. Tak, przy wymyślaniu czwóreczki byłem po prostu złośliwy."
Książka jest podzielona na trzy części: JERRY, MARVIN i KOSTKA. W pierwszej z nich poznajemy bohatera, który będzie poddawany Naprawie. Kolejna jest cofnięciem się w czasie, gdy Marvin wybiera sobie Jerry'ego na ofiarę, poznajemy doktora i fragmenty jego głębokiej i skrywającej wiele zagadek psychiki. KOSTKA jest już skupiona na samej Naprawie.

Iza Korsaj debiutowała tomikiem opowiadań, teraz napisała thriller, ale równie dobrze spisałaby się w roli poetki. W "Kostce" mamy bowiem możliwość poznania fragmentu jej talentu do rymowanek i wierszy.
"Aniołek jest słaby, do jasnej cholery, 

Aniołek ten ma na imię Jerry!
Aniołek więcej uciekać nie będzie,
Gdy palców się u swych nóżek pozbędzie!"
Jest to kolejna polska powieść, którą w ostatnim czasie miałam okazję przeczytać. Wrażenia mam zdecydowanie pozytywne. Od rewelacyjnej okładki, która przypadła mi do gustu, po samą treść - wszystko jest dopracowane. Iza Korsaj jest zdecydowanie odpowiednią kobietą na odpowiednim miejscu. Cieszę się, że już pracuje nad kontynuacją "Kostki", ponieważ zakończenie dało mi naprawdę sporo nadziei na kolejną część emocjonujących wydarzeń, walki z samym sobą. Przy okazji muszę zaznaczyć, że "Kostka" jest skarbnicą rewelacyjnych cytatów. Zdecydowanie muszę nabrać zwyczaju spisywania takich perełek od razu, ponieważ teraz, przy okazji recenzji, bardzo by się przydały. Cieszę się, że miałam możliwość przeczytania tej książki i to tak szybko. Zdecydowanie polecam!
"Z czego mógłbyś zrezygnować w życiu?"
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Izie Korsaj, Polacy nie gęsi i swoich autorów mają oraz wydawnictwu Novae Res.


______________________________

Mam nadzieję, że zarówno autorka, jak i wydawnictwo wraz z Polacy nie gęsi i swoich autorów mają, będą zadowoleni z recenzji.

Jak się Wam podoba nowy szablon? Wiem, że często zmieniałam go, znowu poczułam taką potrzebę i oto co powstało :) 
Ostatnio na Facebooku przybyło sporo nowych polubień! Bardzo się z tego powodu cieszę, ale nie spoczywam na laurach :) Zapraszam również do obserwowania bloga, w ten sposób na pewno nie ominie Was żadna recenzja :)
Pozdrawiam!

25 listopada 2013

27. "Zabawka Boga" Tadeusz Biedzki

"Autor dostaje list od dawnego przyjaciela, zakonnika z Etiopii, który trafił na ślad pamiątki sprzed dwóch tysięcy lat. Odnalezienie jej - ze względu na pierwszego właściciela - byłoby światową sensacją. Mnich prosi przyjaciela o podjęcie poszukiwań. Autor jedzie do klasztoru św. Katarzyny na Synaju, gdzie odbiera kopertę z wierszem-szyfrem. Wynika z niego, że musi przebyć trasę z Jerozolimy do Efezu. Czyni to, ale dowiaduje się niewiele. Dopiero kolejne podróże w klasztorach Prowansji i w kościołach Lalibeli w Etiopii stwarzają mu szansę na odnalezienie historycznego skarbu. Czy ją wykorzysta?"
Nie jestem fanką książek historycznych, nie przepadam też za wątkami religijnymi. Postanowiłam jednak sięgnąć po "Zabawkę Boga", gdy dostałam taką możliwość. Przyznaję, że miałam problemy z zabraniem się za nią, gdy jednak usiadłam i zaczęłam czytać, wciągnęłam się, a czas zleciał mi niesamowicie szybko.

Powieść Tadeusza Biedzkiego jest niesamowitym połączeniem faktów, przypuszczeń oraz fikcji. Została wymyślona w ciekawy sposób, byłabym w stanie uwierzyć, że czytam prawdziwą historię, w 100% potwierdzoną. Wszystko było połączone, doskonale pomyślane. Momentami zapominałam, że jest to fikcja jedynie oparta na faktach. Była ona podana w przystępny, zachęcający sposób, dzięki któremu moja niechęć do historii została przełamana, a ja wciągnęłam się w przebieg wydarzeń.

Książka podzielona jest na części: te dotyczące Andrzeja w XXI wieku, Jefraima w I, Rajmunda w XII i XIII oraz Frumencjusza w XXI. Dlatego właśnie historia dopełnia się, ponieważ śledzimy losy owego skarbu na przestrzeni wielu wieków. I chociaż wiemy kto jako ostatni miał z nim styczność, dopiero na ostatnich stronach dowiadujemy się gdzie został on schowany. Najbardziej podobała mi się część o losach Jefraima oraz Rajmunda.

Jak już wcześniej wspominałam, nie przepadam za wątkami religijnymi, nie sięgam po takie gatunki książek. Z przykrością przyznaję, że chociaż jestem osobą wierzącą, moja wiedza na temat wydarzeń z tego zakresu jest naprawdę słaba. "Zabawka Boga" zaciekawiła mnie jednak i zachęciła do tego, aby sprawdzić które wydarzenia opisane przez Biedzkiego są prawdą, jak przedstawiały się niektóre fakty. Było rzeczą dziwną, ale ciekawą, czytać o apostołach, którzy wspominali swoje spotkania z Jezusem, starali się krzewić chrześcijaństwo wśród ludzi.

Rzeczą, która podobała mi się bardzo, są zdjęcia dołączone do książki. Były one naprawdę ciekawe, przydatne. Mogłam sobie wyobrazić dane miejsce. Motyw podróży w książce jest ważny, właściwie większość historii się na nim opiera. Bohaterowie zwiedzają wiele miejsc, i to w każdym z przedstawionych wieków. Taki przewodnik po świecie, podany w postaci książki sensacyjno-historycznej.

Wady? Przyznaję, że nie podobało mi się zakończenie. Nie zdradzę go, ale nie tego oczekiwałam. Chociaż, może tak naprawdę było ono dobre, ponieważ gdyby się głębiej nad tym zastanowić, odłożyć na bok pierwsze wrażenie... Nie mogę Wam powiedzieć swoich wniosków, nie zdradzając zakończenia.

Wiem, że w tej krótkiej recenzji niewiele Wam mówię, ale tak naprawdę niewiele jest do powiedzenia. Nie ma w niej mocno zarysowanych postaci, ale na pewno są one interesujące. Fabuła nie ma wielkiego tempa, ale wciąga, chce się znać jej dalszy bieg. Tak naprawdę wszystko toczy się wokół owego skarbu, chociaż poznajemy również historie bohaterów, głównie tych z przeszłości, gdyż obecni służą nam bardziej jako narzędzie do poznania faktów, odkrycia prawdy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że chociaż nie jest to mój gatunek książki, że chociaż miałam ciężki początek, to jestem zadowolona z lektury, uważam że spędziłam naprawdę przyjemnie czas i że mogę Wam z czystym sumieniem ją polecić. Na pewno mam w głowie teraz kilka pytań, nad którymi będę musiała się zastanowić, a to chyba dobrze świadczy o "Zabawce Boga" - nie zniknie tak po prostu z głowy, a pozostanie w niej dłużej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Karolinie oraz Wydawnictwu Bernardinum.


________________________________

Jest to moja pierwsza recenzja "na zamówienie". Mam nadzieję, że spełniłam oczekiwania i nikt nie zawiedzie się na niej :) Była to bardzo ciekawa przygoda, z której mam nadzieję wyciągnąć doświadczenie na przyszłość. 
Tymczasem jutro zacznę czytać "Kostkę" Izy Korsaj, czyli drugiego egzemplarza recenzenckiego w mojej "karierze", a tym samym 3 książki polskiego autora poza lekturami szkolnymi (ewentualnych innych nie pamiętam, we wczesnej młodości mogły jakieś być) :) 
Życzę Wam miłego dnia i jak zawsze zapraszam do lajkowania strony na Facebooku oraz obserwowania bloga! :) 

17 listopada 2013

26. "Starcie królów" George R. R. Martin

"Żelazny Tron jednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta. Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął się królem. Zresztą w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, przynoszący zapowiedź końca lata - najdłuższego lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem będzie jednak zima..."
Drugi tom serii Pieśń Lodu i Ognia George'a R. R. Martina, podobnie jak "Gra o tron" [recenzja] jest grubą książką, której strony są dokładnie zapełnione historią Zachodnich Królestw. Mówiąc dokładnie zapełnione, jest to stwierdzenie dosłowne. Marginesy są naprawdę małe, czcionka drobna, a objętość książki zbliża się do 900 stron. Czytając ją, odnosiłam przez to wrażenie niekończącej się historii. Miałam wrażenie, że wydarzyło się tak wiele, podczas gdy tak naprawdę przeczytałam zaledwie kilka stron.

Na pewno wielkim plusem "Starcia królów", podobnie jak w przypadku poprzedniej części, jest fakt iż wydarzenia śledzimy z perspektywy różnych bohaterów. Podoba mi się to, ponieważ mamy szerszy pogląd na akcję, która toczy się ona w wielu miejscach. Do tego towarzyszymy swoim ulubionym (bądź nie) bohaterom w ich zmaganiach, nie jesteśmy uczepieni tylko jednego.

Jeżeli jest już mowa o bohaterach, to mamy ich pełen wachlarz, bardzo bogaty zresztą. Mamy stare postaci, które poznajemy jeszcze lepiej, często odkrywamy ich nowe twarze. Pojawiają się też nowe osobistości, z których część odgrywa znaczącą rolę w historii. Jedno jest dalej pewne - nie można przyzwyczajać się do nikogo, ponieważ znów musiałam pożegnać się z niektórymi. Na plus jednak przyznaję fakt, iż nawet bohaterowie, których poznaliśmy wcześniej, potrafili mnie zaskoczyć, zmienić coś w sobie, pokonać swoje słabości. Pomijając tutaj mistrza spisków, Tyriona, którego już w poprzedniej części polubiłam, zdecydowanie lepiej wypada Sansa, którą - jeśli pamiętacie z poprzedniej recenzji - miałam ochotę stłuc na kwaśne jabłko za jej naiwność i głupotę. Martin stworzył wielu bohaterów, każdy ze swoją własną historią, niektórzy bardziej lub mniej wielowymiarowi, ale na pewno zasługujący na uwagę.
"W ciemności nie ma cieni. One są sługami światła, dziećmi ognia. Najjaśniejszy płomień rzuca najgłębsze cienie"
Mówiąc o bohaterach ciężko nie przyznać, że czasem gubiłam się w ich relacjach rodzinnych. Zwłaszcza, że niektórzy mieli tak samo na imię bądź ich nazwiska niewiele się od siebie różniły. Dlatego plusem jest dołączony na samym końcu dodatek Królowie i ich dwory. W końcu każdy może się pogubić w tym tłumie, prawda? Pełen szacunek dla Martina, że sam tego nie zrobił. Jestem do tego pewna, że w następnych częściach przybędzie jeszcze wielu bohaterów, chociaż z kilkoma na pewno się pożegnamy.

Martin jest autorem, który nie boi się używać wulgaryzmów. Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ jestem pewna, że rycerze nie posługiwali się tak kwiecistym językiem jak można by przypuszczać po barwnych balladach i pieśniach. Nie bądźmy tak naiwni jak wspomniana wcześniej Sansa. Wulgaryzmy są, często też mamy sceny erotyczne, język jest prosty, ale można się wczuć w przebieg historii.

Historia na pewno jest ciekawa i wciągająca, chociaż przyznaję, że niektóre wątki mnie trochę nudziły, ale inne znowu śledziłam z zapartym tchem. Dlatego jestem pewna, że sięgnę po następne tomy. Czy polecam? Może nie jestem aż tak zachwycona tą serią, jakbym się spodziewała po pochlebnych opinia, nie zajmuje ona u mnie najwyższego miejsca, ale polubiłam Pieśń Lodu i Ognia, z chęcią dowiem się jakie będą dalsze losy moich ulubionych bohaterów.
"Dopóki trwali oni, trwało też Winterfell."
________________________________
Wiem, że kazałam długo czekać na kolejną recenzję, ale albo miałam mało czasu albo później dopadła mnie choroba i nie miałam nawet siły patrzeć na książkę. Wiem też, że recenzja nie jest najwyższych lotów, ale zwalmy to na bark przyćmienia przez antybiotyki i inne lekarstwa :) 
Jest mi bardzo miło, ponieważ ostatnio dołączyło kilku obserwatorów bloga oraz nowych fanów na FB :) Bardzo Wam za to dziękuję, a maruderów zachęcam do pójścia w ślady tych osób :) 

7 listopada 2013

25. "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" Matthew Quick

"Witajcie w Bellmont, gdzie rządzą czarne gangi oraz irlandzka mafia (zależy od dzielnicy) i gdzie mieszka Finley. Jego dziadek nie ma obu nóg, ojciec pracuje na nocną zmianę, a matka zginęła w okolicznościach, o których nikt nie chce mówić. Finley też nie chce mówić - odzywa się tylko wtedy, gdy musi. Woli grać w koszykówkę. Jedyną osobą, która rozumie Finleya, jest jego dziewczyna Erin. Oboje co wieczór spotykają się na dachu jego domu, patrzą w gwiazdy i marzą o tym, aby wydostać się z piekła, jakim jest Bellmont. Pewnego dnia trener Finleya prosi go o dziwną przysługę..."
Zachęcona pozytywną recenzją, postanowiłam w trybie natychmiastowym sięgnąć po "Niezbędnik obserwatorów gwiazd". Według opisów na okładce oraz wspomnianej recenzji, książka miała być mocna, wzruszająca, dająca nadzieję. Stwierdziłam, że tego właśnie mi trzeba. Czy taka właśnie jest ta historia?

Bellmont to miasteczko, w którym ludzie boją się wyjść na ulicę. W zależności od dzielnicy należy uważać na irlandzką mafię bądź czarne gangi. Do tego otwarty handel narkotykami, w który dilerzy chcą wciągnąć młodzież. Jedynym szczęściem jest drużyna koszykówki, która odnosi sukcesy. Mimo to, Finley i Erin marzą o tym, aby wyrwać się z miasta. Ich rodzice również tego dla nich pragną, gdyż oni sami nie spełnili podobnego marzenia. To właśnie dlatego para daje z siebie wszystko na treningach koszykówki, gdyż tylko ona może otworzyć im drzwi do lepszej przyszłości.
"Miło jest posiedzieć z Russem, zwłaszcza po tym wszystkim, co się stało. Jakbyśmy mogli udawać, że wciąż jesteśmy dziećmi. Zastanawiam się nawet, czy to właśnie dlatego tak lubimy czytać książki o Harrym Potterze. Nie mam pojęcia."
Finley jest w ostatniej klasie liceum. Wychowuje go ojciec, pracujący na nocną zmianę oraz dziadek, który kilka lat temu stracił nogi. Po traumatycznych wydarzeniach w przeszłości, chłopak zamknął się w sobie, stał się milczący. Oddał się opiece nad niepełnosprawnym dziadkiem, trenowaniu koszykówki oraz swojej dziewczynie, jedynej przyjaciółce, Erin. Na pewno jest wyjątkowy, poprzez swoje oddanie rodzinie oraz koszykówce, posłuszeństwie dla trenera, swojej dobroci i pomocy Russelowi. Pomimo to, początkowo bywały momenty, w których Finley trochę mnie drażnił. Wydawał mi się strasznie dziecinny. Na szczęście z biegiem wydarzeń uczucie to znikło, zaczęłam doceniać go.

Erin to rówieśniczka Finleya, jego dziewczyna. Ma w sobie charakter i energię. Cała rodzina Finleya jest w niej zakochana. Chociaż nie dowiedziałam się za wiele o tej postaci, wiem że zawsze wspierała swojego chłopaka, rozumiała go. Jest uzdolniona i uparta w swoich planach.

Russel to utalentowany koszykarz z aspiracjami do NBA, jednak po śmierci swoich rodziców nie jest w stanie się pozbierać i zamyka się w sobie. Podaje się za Numer 21, przybysza z kosmosu. Jeżeli się odzywa, to mówi tylko o powrocie na inną planetę. Dzięki działaniom trenera, nawiązuje znajomość z Finleyem, do którego bardzo się przywiązuje. To właśnie chłopak pomaga mu się otworzyć, powrócić do swojej pasji. Pomimo ogromnego sukcesu, który jest mu pisany, nie wywyższa się i zawsze pamięta o swoim przyjacielu.

Największą rolę w tej książce grają emocje, towarzyszące bohaterom w trakcie ich walki o przyszłość. Liczy się również przyjaźń, która łączy Finleya i Erin, a także Finleya i Russella. Jest to przyjaźń, w której najważniejsze jest wsparcie i oddanie dla drugiej osoby, a nie odnoszone sukcesy czy materialne dobra. Łączy ich wspólna pasja, koszykówka, a także trudy przeszłości i teraźniejszości. Chociaż były chwile, w których Finley toczył ze sobą wewnętrzną walkę - czy ważniejsza jest dla niego koszykówka czy pomoc Russelowi, ostatecznie zwyciężała przyjaźń. Muszę przyznać jednak, że fakt iż główny bohater zrywał ze swoją dziewczyną na czas sezonu, by skupić się na treningach, był dla mnie zdziwieniem i kompletnym nieporozumieniem. Podziwiałam jednak miłość pary, gdyż łączyła ich silna więź, ufali sobie i wiedzieli, że spędzą wspólnie życie. Gdzieś głęboko we mnie pojawiał się nawet podziw dla ich ambicji, chęci ucieczki, poświęceniu - dlatego właśnie rezygnowali ze związku na czas rozgrywek. Musieli w pełni oddać się walce o swoją przyszłość.
"Zabawne, jak jedno brutalne zdarzenie może sprawić, że spojrzysz na świat inaczej. Kiedy gangster potrąca samochodem twoją dziewczynę, koszykówka przestaje być taka ważna. Teksty trenera o tym, jak koszykówka jest lekcją życia, wydają mi się teraz gównianą gadką. A może jednak nauczyłem się dzięki koszykówce czegoś o życiu: obchodzisz innych ludzi tylko wtedy, gdy możesz pomóc im wygrać. Jeśli nie możesz tego zrobić, przestajesz się liczyć."
Częstym motywem jest obserwacja gwiazd. W ten sposób bohaterowie rel
aksują się, oddają marzeniom, wyobrażają sobie lepsze życie. W końcu świat jest taki duży, nie ogranicza się tylko do Bellmont. Miałam wrażeniem jakbym wraz z nimi siedziała pod gwiazdami. Nawet sama zamarzyłam o wieczorze pod gołym niebem.

Narracja prowadzona jest przez Finleya, dlatego dokładnie wiemy jak chłopak się czuje. Dzięki temu, oraz prostocie jego wyrażeń, mocniej odczuwałam jego emocje, lepiej je rozumiałam. Język jest prosty, znajdują się w nim czasem wyrażenia młodzieżowe, jednak nie jest wulgarny. Czyta się lekko, ale wrażenia są naprawdę pozytywne.

Muszę przyznać, że zakończenie czytałam w samotności, ponieważ płakałam. Tak, płakałam. Zakończenie było pogodne, ale wzruszające. Wcześniej bywały momenty, gdy na mojej twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. Od samego początku historii można było czuć nadzieję, jaka towarzyszyła bohaterom. Śledząc ich losy miałam ochotę sama wziąć się za siebie, walczyć o marzenia. Nie nazwałabym książki mocną, ale poruszającą historią o marzeniach, planach na przyszłość, przyjaźni i miłości. Pokazuje przyjaciół, którzy stawiają swoją znajomość ponad inne rzeczy, nawet jeśli czasem wiele ich to kosztuje. Czytamy o tym, jak w wyniku wypadku sprawy przyziemne tracą sens, o poszukiwaniu w takich chwilach wsparcia wśród bliskich. Jest to książka, którą warto przeczytać. Polecam Wam ją z czystym sumieniem.
"- Widzę, że masz wiele tych nadziei. 
Uśmiecham się do niej.

- Nie ma w tym nic złego - mówi, po czym wygląda przez okno."
________________________________
Czytaliście może "Poradnik pozytywnego myślenia" tego samego autora? Ja niestety mam go wciąż przed sobą, ale po lekturze "Niezbędnika..." mam na niego większą ochotę :)
Przypominam o stronie na FB [klik], gdzie będziecie na bieżąco z nowościami oraz ciekawostkami :) Zapraszam również do obserwowania bloga :)
Miłego dnia!

5 listopada 2013

24. "Dziedzictwo królów" Celia Friedman

"Kamala, młoda dziewczyna, która rzuciła wyzwanie magom, osiągnęła swój cel - opanowała sztukę czarnoksięstwa i jej moc dorównuje teraz najpotężniejszym spośród Magistrów. Choć ci nigdy nie wybaczą jej zachwiania starego porządku i zabicia jednego z nich, widmo nadchodzącej wojny każde odsunąć na bok wewnętrzne spory.
W Dziedzictwie królów ludzkość czeka ostateczna bitwa z Duszożercami - podobnymi do smoków krwiożerczymi stworami, jeszcze do niedawna odgrodzonymi od południowych krain magiczną barierą, Gniewem Bogów. Mur jednak padł i na świat ludzi padła groźba totalnego wyniszczenia. 

Oto kluczowe starcie Drugiej Ery Królów."
"Dziedzictwo królów" to ostatni tom trylogii Magistrów Celii Friedman. Przyznaję, że czekałam na zakończenie tej historii i miałam sporo oczekiwań w stosunku do niej.

W tym tomie po raz ostatni spotykamy się z dobrze znanymi nam już bohaterami. Wraz z nimi staramy się rozwiązać niecierpiący zwłoki problem - powrót Duszożerców. Ta sytuacja powoduje napięcie wśród rodu lyr, mieszkańców południowych krain, a nawet Magistrów. Nastały niebezpieczne czasy i nastawieni do siebie negatywnie Magistrowie muszą zjednoczyć swoje siły i pomóc śmiertelnikom. Czy im się to uda? Czy będą w stanie schować swoją dumę i zacząć współpracę? Czy pokonają Duszożerców?

Styl autorki jest bardzo przyjemny do czytania. Chociaż jest lekki, wpływa na wyobraźnię i pozwala wczuć się w wydarzenia, wyobrazić je sobie w głowie i przeżyć je. Przyznaję, że lektura książki była dzięki temu jeszcze lepsza. Wraz z biegiem akcji przed moimi oczami przesuwały się obrazy, nie miałam najmniejszej trudności z wyobrażeniem sobie przedstawionych przez Friedman wydarzeń czy postaci. Czytało mi się płynnie i z prawdziwą przyjemnością.

Wydarzenia śledzimy jak zwykle z perspektywy wielu bohaterów. Jest to dla mnie znowu plusem, ponieważ mamy szerszy pogląd na sprawę, odkrywamy więcej szczegółów. Łatwo jednak odkryć z czyjego punktu widzenia mamy przedstawioną historię, jest wszystko jasne i przejrzyste. Autorka poprowadziła narrację w sposób interesujący, wpływający korzystnie na odbiór powieści.
"Latanie w lodowych niebiosach, pijany zapachem królowej... Smakowanie krwi wroga... To mój dar, to moja siła, to moja wartość... Zabiłem dla ciebie, moja królowo!"
Historia sama w sobie również jest ciekawa. Chwaliłam ją zresztą przez ostatnie dwa tomy i tym razem również muszę to zrobić. Pomysł na Duszożerców, przynajmniej w takiej formie, wydaje mi się być oryginalny i interesujący. W tym tomie możemy dowiedzieć się więcej na temat tych niebezpiecznych zwierząt, ich historii oraz związków z ich konsortami, partnerami. Urozmaica to fabułę, dodaje jej walorów, wzbogaca.

Akcja ma swoje wzloty i upadki, a właściwie momenty napięcia oraz spokoju. Autorka starała się nie zanudzić nas, ale też nie wprawić w zbytnie nerwy, dać nam chwilę relaksu. W spokojniejszych chwilach poznawaliśmy, np. historię Duszożerców, śledziliśmy burzę mózgów bohaterów, którzy starali się ułożyć jak najlepszy plan walki. Chwile napięcia, które nam towarzyszyły, dodawały historii dreszczyku. Mamy wielką bitwę, w której ważą się losy świata. Podróże mentalne Kamali i chociaż jej ciało leżało bezpieczne kilkaset kilometrów dalej, wciąż nie mogłam być pewna o jej życie. Przyznaję również brawa autorce za jeden moment - nie będę zdradzać szczegółów, ale szczęka mi lekko opadła. Tego kompletnie się nie spodziewałam, zaskoczyła mnie w milionie procentów. I podejrzewam, że nie mnie jedną.
"Ciemność.

Pulsujące gorąco.
Przebijanie się do powierzchni czarnego morza. Czarna, lustrzana tafla, nie do stłuczenia. Brak tchu. Brak powietrza, by wrzeszczeć."
Warto zwrócić uwagę na bohaterów. Nad kilkoma rozpisywałam się przy okazji wcześniejszych tomów, dzisiaj jednak zwrócę uwagę na jednego, o którym nie pisałam wiele (o ile w ogóle). Salvator, syn nieżyjącego króla Dantona (tom I), który w poprzednim tomie objął władzę nad Królestwem, nie wzbudzał mojej sympatii. Wydawał mi się zaślepionym przez wiarę człowiekiem, kompletnie nie nadającym się na króla. Muszę jednak przyznać, że w "Dziedzictwie królów" przeszedł niesamowitą przemianę. Okazał się być prawdziwym synem swojego ojca, wielkim władcą, odważnym mężczyznom. Do końca służył swojemu bogowi, był gotowy na poświęcenia dla kraju oraz poddanych, nie łamał się w swojej wierze, ale potrafił wykazać się niebywałą inteligencją i szacunkiem, zrozumieniem dla sprawy. Z każdą kolejną stroną, wzbudzał we mnie coraz większą sympatię.

Rzadko w swoich recenzjach zwracam uwagę na wygląd książki, tym razem jednak zrobię wyjątek. Może później wejdzie mi to w nawyk, kto wie. Okładka jest bardzo prosta, ale podoba mi się w swej prostocie. Czerwona wstęga na zielonym tle odcina się doskonale. Tłoczone litery, prosta czcionka. Wszystko ładnie wkomponowane w środek okładki. Do tego napis "Ta seria o głowę przewyższa konkurencję" daje nam jasno i wyraźnie do zrozumienia, że książkę musimy kupić. Jest w widocznym miejscu, więc rzuca się w oczy.

Podsumowując: całą serię zdecydowanie polecam. Przez styl autorki czyta się ją rewelacyjnie, historia również jest ciekawa. Chociaż przyznaję, że najbardziej podobał mi się pierwszy tom, reszta również warta jest przeczytania.
"Gdzieś w świecie jeden lub kilku konsortów zostało umyślnie wyssanych z resztek ognia duszy. Gdzie indziej przejęto tyle samo nowych konsortów, świeżych i pełnych życia. Jedyną rzeczą, której nie wiedzieli obserwujący Magistrowie - i nad którą się zastanawiali - było to, jakaż spektakularna akcja zacznie się za chwilę, skoro wymaga szczytowej formy kilku Magistrów."
 ________________________________
Starałam się nadać tej recenzji nową formę. Nie wiem na ile mi to wyszło, ale będę nad tym pracować i może pewnego dnia się uda. Chciałam się skupić bardziej na powiedzeniu swojej opinii niż opisywaniu książki. Dostałam bowiem taką radę i bardzo chciałabym się do niej dostosować. Dlatego liczę na Wasze komentarze i porady. Wasze zdanie naprawdę się dla mnie liczy :)
Poza tym z radością ogłaszam, że dostałam pierwszą propozycję współpracy. Wkrótce będziecie mogli zobaczyć efekty, ponieważ czekam na przesyłkę. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę :)

3 listopada 2013

#2 Herbatka Skworcu

Cześć Wam :)
Pogoda za oknem ostatnio nie dopisuje, dlatego najlepiej usiąść w domu pod kocem, zaparzyć sobie ciepłą herbatę i oddać się lekturze dobrej książki. Od razu poczujemy się lepiej, kiedy przeniesiemy się z ponurej, szarej rzeczywistości do innego świata. Obecnie sama żyję w świecie Celii Friedman i jej trylogii Magistrów, gdyż czytam ostatni tom - "Dziedzictwo królów". Dlatego wkrótce możecie spodziewać się jej recenzji :)
Dla rozgrzania napiszę Wam dziś o kolejnych herbatach firmy Skworcu.


Leśny Elf [klik]
Jest to zielona herbata, która ma bardzo przyjemny aromat. Smak bardzo mi się podobał. Muszę przyznać, że zielone herbaty od firmy Skworcu są naprawdę rewelacyjne. Nie musiałam jej słodzić (a przypominam, że słodzę dużo), a była dla mnie idealna w smaku, ciekawa. Prawdopodobnie wpływają na to owocowe dodatki.

Składniki:

  • zielona herbata Chun Mee,
  • owoce aronii,
  • dzika róża,
  • owoce jagody, jeżyny, czerwonej porzeczki,
  • kwiatki prawoślazu lekarskiego,
  • plasterki truskawek,
  • aromat.
Rooibos Kropla Słońca [klik]

Jest to napar na bazie zielonego rooibosu o limonkowym aromacie. Ma dobry, lekko cytrynowy posmak, dlatego jest orzeźwiająca. Podobał mi się również jej zapach, który nie był zbyt intensywny, ale delikatnie wpływał na nasz węch. Smaczna również bez cukru. Idealna na każdą porę dnia, rano aby nas pobudzić, a wieczorem by odprężyć i pozytywnie wpłynąć na sen.

Składniki:

  • zielony rooibos BIO (min. 80%, niefermentowany rooibos zawiera ogromne ilości minerałów i witamin, które nie znikają w procesie utleniania),
  • plasterki cytryny,
  • kryształki cukru,
  • aromat,
  • kawałki skórki cytryny,
  • organiczna trawa cytrynowa,
  • kwiatki kocanki piaskowej,
  • czerwone porzeczki.
Naprawdę polecam Wam obie herbaty. Nie dość, że mają piękne nazwy (czy Leśny Elf nie brzmi magicznie?), to jeszcze są dobre w smaku. Zapraszam na stronę Skworcu, aby zapoznać się z powyższymi herbatami i znaleźć coś dla siebie :)

Za możliwość spróbowania herbat dziękuję firmie Skworcu:

1 listopada 2013

23. "Muzyka z zaświatów" Graham Masterton

Hej hej :)
Z dumą mogę oznajmić, że stuknęło nam 100 fanów na facebooku! Tych, którzy jeszcze nie polubili strony, gorąco do tego zapraszam :) Macie taką możliwość bezpośrednio już tutaj na blogu, z lewej strony, bądź przenosząc się na stronę FB Licencja Na Czytanie [klik]. Zapraszam do lajkowania fanpage'a oraz obserwowania bloga (po lewej stronie), aby być na bieżąco z nowościami :)
Wczoraj było Halloween i ciekawa jestem, czy ktoś z Was obchodzi je. Ja sama nie chodzę za cukierkami, ani nie przebieram się w kostiumy, ale wiem że jest to coraz popularniejsze u nas w kraju. A może jednak obchodzicie Dziady? :) 
Książka, którą dzisiaj dla Was zrecenzuje, może nie opowiada o Halloween, ale jest z działu horror i literatura grozy, więc powinna pasować. Zapraszam do czytania o "Muzyce z zaświatów" Grahama Mastertona.

"Czy zmarli mogą dochodzić sprawiedliwości w świecie żywych? Gideon Lake, młody kompozytor muzyki telewizyjnej, wprowadza się do apartamentu w nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village - i natychmiast zakochuje w mieszkającej po sąsiedzku Kate Solway. Namiętność i pasja, które łączą tych dwoje nie mogą wyjść na jaw. Kate jest mężatką. Aby utrzymać związek w tajemnicy, zaprasza Gideona do Europy. W trakcie podróży po Starym Kontynencie Lake zaczyna się domyślać, że kobieta, którą pokochał, ukrywa przed nim straszną tajemnicę. Kim jest Kate i jakie ma zamiary? Skryte zachowania dziewczyny, spotkania z jej niepokojącymi znajomymi, groźby jakich doświadcza, uświadamiają Gideonowi, że żadna z nowo poznanych osób nie jest tym, za kogo się podaje. Kluczem do rozwiązania mrocznej zagadki okażą się wyczulone zmysły, dzięki którym kompozytor tworzy swoją muzykę i dostrzega niewidzialny świat, odległy od naszego o grubość cienia..."
Już kiedyś wspominałam, że Graham Masterton należy do grona moich ulubionych autorów. Jak tylko widzę jego nazwisko w jakieś taniej księgarni czy wyprzedaży, a cena wynosi 10 zł, bez wahania kupuję ją, często nawet nie czytając opisu z tyłu. Podobnie było w tym wypadku, gdy pobieżnie rzuciłam okiem na zarys fabuły. 

Gideon Lake wprowadza się do nowego mieszkania i bardzo szybko nawiązuje kontakt z Kate Solway, zamężną sąsiadką. Kobieta fascynuje go swoją urodą oraz otaczającą ją aurą tajemniczości. Nawiązuje się miedzy nimi romans, który muszą ukrywać przez wzgląd na Victora, męża kobiety. Aby spędzić trochę czasu razem, nie musząc się ukrywać, Kate zaprasza muzyka do swoich znajomych do Sztokholmu. Wszystko wydaje się być dziwne, gdyż podróżują osobno, a na miejscu Gideona nikt nie wita. No, prawie nikt... Mężczyzna spotyka dwie dziewczynki, które kilka sekund później wchodzą do domu wraz z rodzicami i Kate. Czy Gideon ma przewidzenia? Czy można być w dwóch miejscach na raz? Jednak w raz z upływem czasu, sytuacja nie wyjaśnia się, a wręcz coraz bardziej komplikuje. Zdenerwowany niewiedzą oraz tajemniczymi wydarzeniami, postanawia wrócić do domu. 
"Nie ma takiego drzewa [drzewo drogowskaz]- stwierdził. - Kiedy człowiek się zgubi, nigdy nie znajdzie drogi z powrotem."
Pobyt w Sztokholmie nie jest jednak jedyną podróżą, w którą udaje się Gideon na prośbę Kate. Kobieta potrzebuje jego pomocy, jednak nie chce wyjaśnić jakiej konkretnie. Odpowiada zagadkami, wciąż unikając konkretnych wyjaśnień. Mężczyzna, zakochany już w niej, ufa jej i zgadza się na wszystko. Dlatego leci do Londynu, by poznać kolejnych znajomych Kate. Skrycie ma nadzieję, że wydarzenia nie przybiorą złego obrotu, a jego gospodarze nie okażą się równie dziwni, tajemniczy i szaleni jak poprzedni. Jego nadzieje okazują się jednak płonne, jego cierpliwość i zaufanie zostają wystawione na próbę. I to nie po raz ostatni, gdyż Kate wysyła muzyka w podróż do Wenecji. 
"Włączyłem ogrzewanie, nastawiłem je na maksimum i nalałem sobie sporą porcję krupniku, miodowej wódki, którą dostałem dwa lata temu na święta od mojego polskiego znajomego, Piotra Kusia. Piotr grał na perkusji jak szatan, choć żeby osiągnąć ten stan, potrzebował dwóch jointów i trzech setek wyborowej."
Jeżeli chodzi o bohaterów, to właściwie niewiele mogę o nich powiedzieć. Gideon to młody muzyk telewizyjny, zdolny, ale rozwijający się w pełni dopiero pod wpływem uczucia do Kate. Bardzo szybko traci głowę do mężatki, ledwo ją poznaje, a już jej kompletnie ufa i wplątuje się w tajemnicze wydarzenia. Odczuwa zazdrość i złość na myśl o jej mężu. Jest jednak gentelmanem, a także troskliwym mężczyzną - chce odkryć prawdę na temat sytuacji, w którą się wplątał i pomóc nowo poznanym znajomym. Jego zawziętość i upór, pomimo licznych gróźb i niebezpieczeństwa, jest godna podziwu. 
Kate jest ładną kobietą, owianą tajemnicą. Często odnosiłam wrażenie jakby potrzebowała Gideona tylko do własnych korzyści, jednak żywi do niego cieplejsze uczucia, kocha go. Nie może jednak wyjawić mu prawdy, dlatego zachowuje się podejrzanie. 
Przyznaję, że nie przywiązałam się do głównych bohaterów, nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. 
"Obietnica jest w pewnym sensie przepowiednią. Ale kiedy człowiek wstaje rano, nie wie, co przyniesie mu kolejny dzień i czy dożyje nocy."
Jak na książkę Mastertona, nie wzbudziła we mnie większych emocji. Przeważnie mam ciarki, odczuwa jakiś strach albo napięcie, tym razem jednak nie było tego. Przyznaję, że wzbudzić we mnie dreszczyk, ale "Muzyka z zaświatów" zdecydowanie horrorem nie jest. Ani literaturą grozy. Historia może i była ciekawa, jednak nie wciągnęła mnie. Były momenty, w których nic się nie działo, akcja nie prowadziła do niczego. Wątek miłosny był według mnie nudny. Bardzo szybko się w sobie zakochali i chociaż można było odczuć, że Kate skrywa tajemnicę, nie dodało to więcej emocji do tego związku. Cieszę się, że mogę odhaczyć kolejny tytuł mojego ulubionego autora, ale na pewno nie zapadnie mi w pamięć na dłużej. Skończyłam czytać w nocy i ani przez chwilę nie przeżywałam fabuły. Jeżeli nie przeczytacie tej książki, to na pewno przeżyjecie. 
"Niebo nie jest dla ludzi żądnych zemsty."