29 grudnia 2013

36. "Narodziny zła" Dawid Waszak

"Narodziny zła to spowiedź głównego bohatera. Steve dorastał w patologicznej rodzinie, z której postanowił się jak najszybciej wydostać. Po przeprowadzce poznaje piękną kobietę, która pokazuje mu, co to znaczy naprawdę kochać, jednak splot wielu wydarzeń w jego życiu powoduje, że staje się bezlitosnym mordercą."
Steve miał ciężkie dzieciństwo. Jego ojciec znęcał się nad nim i bezbronną matką. Chłopak często opuszczał szkołę, ponieważ musiał chować ślady bicia. Ma luki w swojej pamięci, ale doskonale wie, że cierpiał. Po utracie matki chce jak najszybciej opuścić bezlitosnego ojca, uciec od niego i zacząć swobodne życie. Początkowo los mu sprzyja, poznaje piękną kobietę, w której zakochuje się z wzajemnością. Gdy Anna zrywa z nim, jego ciężka przeszłość powraca z większą siłą i sprawia, że wszystko wywraca się do góry nogami.

Historię opowiada nam sam Steve. Chce wytłumaczyć się, wyjaśnić swoje postępowanie. Kto wie, może jest to dla niego pewien rodzaj spowiedzi. Chociaż on sam mówi, że chce zapisać się w historii, chociażby tej kryminalnej. Chłopak z miłości do swojej byłej dziewczyny, popełnia okropne zbrodnie. Zachowuje się jak pies ogrodnika, sam nie może mieć, więc innemu nie da. Każda kolejna zbrodnia sprawia mu większą przyjemność, zaczyna się tym delektować, bawić. Sprawnie manipuluje innymi, więc nawet więzienie czy szpital dla psychicznie chorych nie są dla niego przeszkodą. Steve, chociaż jest chory, zdecydowanie ma dar przekonywania, a szczęście mu sprzyja. Tego niestety nie można powiedzieć o jego ofiarach...
"Poczucie szczęścia spadało jednak proporcjonalnie do zmniejszającej się odległości od domu i wreszcie zmieniło się w strach i gniew, gdy zauważyłem w oknie tego bydlaka z zimną krwią katującego moją matkę. A o co chodziło? O głupią kolację!"
Steve popełnia kilka morderstw, jedną z ofiar dłużej przetrzymuje i torturuje. Muszę przyznać, że miałam moment zastanowienia, dlaczego on jeszcze chodzi wolny i policja go nie zgarnie. Dziwiło mnie, że chociaż nie każda jego zbrodnia była planowana, jakoś udawało mu się uciec przed karą. Nawet kiedy policja była na jego tropie, zaskakująco szybko się im wywijał. Można jednak przymknąć na to oko, a skupić się bardziej na samej postaci Steve'a i jego poczynaniach, emocjach, ponieważ to jest w tej książce najważniejsze. Mamy zrozumieć, czym kierował się w swoim życiu.

Dodatkiem do książki jest schemat przedstawiający skalę zła. Dla osób, które są zainteresowane psychologią, a zwłaszcza wątkami dotyczącymi przestępców i zbrodniarzy, będzie to fakt warty zauważenia. Ja sama chętnie się z nią zapoznałam.

Przyznaję, że miałam problemy z tym, żeby zacząć czytać powieść. Wszystko przez to, że otrzymałam ją w wersji PDF, a strasznie męczy mnie czytanie przy komputerze (nie fizycznie, a bardziej psychicznie). Nie pocieszało mnie to, że jest to naprawdę krótka historia (78 stron). Dzisiaj jednak postanowiłam, że przeczytam "Narodziny zła" i naprawdę poszło z górki. Czyta się lekko, autor pisze przyjemnym, prostym językiem. Naprawdę w ciekawy sposób oddał myśli Steve'a, jego emocje, problemy. Nie bał się używać przekleństw, czy śmiałych opisów brutalnych scen. Czułam się jakbym naprawdę czytała pamiętnik osoby chorej, ponieważ język był prosty, jak w prawdziwym pamiętniku.
"Nie ulitowałem się jednak. Potarłem zapałkę i rzuciłem w stronę worka, który natychmiast zajął się ogniem. Stałem i z lekkim uśmiechem patrzyłam, jak ten psiak cierpiał; myślałem mściwie, że mu się to należało."
Polecam Wam zapoznanie się z "Narodzinami zła". Jest to ciekawy debiut Dawida Waszaka, wart odnotowania. Można interesująco spędzić wieczór zapoznając się z tą historią, która stara się zgłębić psychikę chorego zbrodniarza.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Dawidowi Waszakowi.

Zwiastun "Narodziny zła"

27 grudnia 2013

35. "O krok za daleko" Abbi Glines

"Blair ma dziewiętnaście lat, jest niedoświadczona i delikatna. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak się złożyło, że zostało jej tylko kilka rzeczy osobistych, stary pikap i broń w schowku - tak na wszelki wypadek. Jej ostatnią deską ratunku jest ojciec, którego nie widziała od lat. 

Rush ma wszystko. Jest młody, przystojny, bogaty i ma boskie ciało! W dodatku to sny znanego muzyka. Za takim chłopakiem jak on dziewczyny pójdą w ogień.
Kiedy Rush i Blair spotykają się, wybucha namiętność, która sprawia, że wszystko inne przestaje się liczyć. Uczucie, o którym każdy marzy, by przytrafiło się choć raz w życiu. Wiedzą, że jednak nie powinni być razem. Że ich miłość to tabu i nie wolno im wkraczać na zakazane dla nich obszary namiętności."
Blair to piękna, naturalna dziewczyna z niesamowitym magnesem, który przyciąga do niej ludzi. Po ciężkich przeżyciach w przyszłości, zupełnie sama, postanawia szukać pomocy u dawno niewidzianego ojca. Chce stanąć na nogi i znów się usamodzielnić. Tymczasem jej ojciec ponownie się ożenił, ma nową rodzinę i wcale nie zamierza poświęcać Blair za dużo uwagi. Skazana na towarzystwo imprezowego Rusha, który jest niesamowicie przystojny i seksowny, a co wieczór w jego łóżku ląduje inne dziewczyna, zaciska pięści i bez narzekania bierze co los jej dał. Jest tylko jedna rzecz, której pragnie, a nie może otrzymać. Właściwie, pragnie kogoś...

Romans między Blair i Rushem nie powinien mieć miejsca. Są przyrodni rodzeństwem, pochodzą z różnych klas społecznych, do tego on jest flirciarzem liczącym tylko na seks, a ona dziewicą, która nie wie czy potrafi oddać się bez miłości. Pomimo wielu różnic, coś ich do siebie przyciąga. Denerwował mnie fakt zapatrzonej w Rusha dziewczyny, która przy nim kompletnie głupiała oraz sam Rush, który zamienił z nią kilka słów, ale od razu nie mógł się jej oprzeć. 

Schemat jest do bólu znajomy - on bogaty, ona biedna. On skrzywdzony, ona ślepo zakochana. On bóg seksu, ona czysta jak łza. Już Wam coś świta? Tak, tak. Miałam wrażenie, że czytam Grey'a w wersji dla nastolatków, gdzie oczywiście nie mogło zabraknąć scen seksu. One również przypominały mi "Pięćdziesiąt twarzy...", ponieważ często odbywały się zamiast rozmów. Do tego zazdrość, nieporozumienia, trochę bólu rozstania i zawodu. 
"Są rzeczy, których na mój temat nie wiesz. Mnie nie da się owinąć sobie wokół palca. Mam skomplikowaną przeszłość. Bardzo skomplikowaną. Za bardzo dla kogoś takiego jak ty. (...) Stanowisz uosobienie kobiety, od której taki facet jak ja powinien trzymać się z daleka. Ponieważ nie jestem dla ciebie wystarczająco dobry."
Główni bohaterowie również mają pewne oklepane cechy, ale posiadają też inne, które dodają im więcej kolorytu. Blair pomimo młodego wieku ma na swoim koncie sporo bólu, z którym przez lata musiała walczyć sama, musiała szybciej dojrzeć. Do tego jej zakręcona przyjaciółka, która swoim zachowaniem mnie rozbawiała, ale wzbudzała również sympatię.

Zaskakującym faktem jest to, że chociaż schemat jest utarty, to książka mnie wciągnęła. Przeczytałam ją w jeden wieczór, zaledwie 3 godziny! Pomijając fakt tego, że czcionka jest duża, to mimo wszystko chciałam znać dalsze losy bohaterów, odczuwałam emocje towarzyszące Blair. Styl pisania autorki jest lekki, przyjemny, co tylko sprzyja szybkiemu czytaniu. 

Książkę zaliczam zdecydowanie na plus. Spędziłam przy niej przyjemnie czas i bardzo chętnie poznam dalsze losy bohaterów. Na szczęście drugi tom już jest w sprzedaży. Wspomniałam o "Pięćdziesięciu...", bo mają podobną historię, ale "O krok za daleko" jest mniej wulgarne, nie kipi aż tak bardzo seksem, widać zarys innej fabuły, innych wątków. Według mnie jest zdecydowanie lepsza, może przez to że bardziej dla starszej młodzieży niż dla dojrzałych kobiet. Ma w sobie coś co wciąga, a ponieważ jest na jeden wieczór - można się przy niej spokojnie zrelaksować, nie tracąc za dużo czasu (jeżeli komuś nie przypadnie do gustu).

25 grudnia 2013

Wyniki Konkursu Świątecznego

Kochani, muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego odzewu! Zgłosiły się 24 osoby, co dla mnie jest wynikiem naprawdę rewelacyjnym. Jest mi z tego powodu bardzo miło :)

Zacznę od zwycięzcy wybranego poprzez losowanie. Na żółtych karteczkach wypisałam Wasze nicki z maila, a później z zamkniętymi oczami wybrałam jeden z nich :)


Pierwszą nagrodę otrzymuje...



Druga nagroda sprawiła mi ogromny problem. Żałuję, że nie mogę nagrodzić Was wszystkich, ponieważ każda odpowiedź była wyjątkowa i powodowała uśmiech na mojej twarzy :) Pomysł na wigilijne rozgrzanie w chłodną noc przez Jona Snowa albo oglądanie umięśnionej klaty Kenji'ego... No cóż, muszę przyznać, że zdecydowanie podoba mi się takie podejście ;) Wiele Waszych odpowiedzi mnie wzruszyło, ponieważ pisaliście o tym, aby nie spędzać świąt w samotności, że liczą się prezenty od serca, a nie ich cena. Wspominaliście moich ulubionych bohaterów, jak Gandalf, Tyrion, Zgredek czy powieść "Dzieci z Bullerbyn". Muszę przyznać, że chyba nigdy więcej nie zrobię konkursu, w którym sama będę wybierała zwycięzców, bo jest to istny ból głowy!

Przechodząc jednak do meritum sprawy. Postanowiłam wybrać odpowiedź przesłaną przez Ewę Pałetko! Święta opisane przez nią wydają mi się bardzo ciepłe, wesołe, pełne miłości i śmiechu. Wyobrażając je sobie (ponieważ bohaterów oczywiście znam) mam uśmiech na twarzy i sama chętnie bym się przeniosła do tego świata :)

Nagrodzone odpowiedzi:

- Blog Recenzencki

#3 "Gdybyś mógł/mogła spędzić święta z wybranymi fikcyjnymi bohaterami, kto by to był i jak byś je spędził/a?"
Ci, którzy mnie znają, nie powinni być zdziwieni, że święta spędziłabym z Alanem Christoffersen'em. Jest to główny bohater serii Dzienników pisanych w drodze, których autorem jest Richard Paul Evans. [Nawiasem, jeśli ktoś nie zna autora, ani nie czytał "Dotknąć nieba" cz.I i "Na rozstaju dróg" cz.II, to zachęcam! Gorąco!] 

Dlaczego on? Dlaczego z nim? Ja, tak jak i on, jesteśmy ludźmi po przejściach. Nasze życie nigdy nie było łatwe. Ale na pewno jest ono bogate w taką lekcję, której nie da się nigdzie wyczytać. Musielibyśmy wejść w czyjąś skórę, co nie jest realne... Alan nauczył mnie jak odbyć podróż przez własne słabości, upadki, cierpienie... i żyć dalej. 
Wiecie, ludzi można podzielić na takich, którzy są silni. Mają mocną pozycję w życiu. Silne plecy. Twardy tyłek. Oraz tych, którzy sprawiają takie wrażenie. Ja i Alan jesteśmy z jednej masy. My dopiero uczymy się mieć twardy tyłek. Ale wiemy... że jeśli pozbędziemy się swojej wrażliwości, nigdy już nie będziemy tacy sami. 
Spędziłabym Święta na rozmowie. Bo wiem, że jest on jedną z tych osób, z którymi czas staje w miejscu. Czasem się łapię na tym, że szukam mężczyzny, który byłby nim. Ale w tłumie osób, które gdzieś się obok przewija nie ma tak "pięknej" duszy. Nie ma tak dobrego i mądrego człowieka. A szkoda... Bo pięknie byłoby razem pomówić, a jeszcze piękniej byłoby pomilczeć, wiedząc, że przecież się rozumiemy. 
Jeśli ktoś z Was dojdzie do tego momentu, w którym obecnie jestem ja... To zrozumie jak bardzo czasem człowiek potrzebuje rozmowy z bratnią duszą. Jak dobrze byłoby zrzucić ten ciężar ze swoich ramion i odpocząć. 
- Ewa Pałetko

#3 "Gdybyś mógł/mogła spędzić święta z wybranymi fikcyjnymi bohaterami, kto by to był i jak byś je spędził/a?"

Gdyby dane mi było spędzić święta z wybranymi fikcyjnymi bohaterami z pewnością byłaby to rodzina Weasley'ów z "Harry'ego Pottera". Uwielbiam poczucie humoru i beztroskę bliźniaków, rozsądek i ciekawość świata pana Weasley'a, troskę i ciepło pani Weasley, "uczuciowość" Rona, szczerość Ginny, odwagę Charliego, wilcze cechy Billa, a nawet trochę lubię protekcjonalność Percy'ego.
Te święta na pewno byłyby pełne radości, ciepła i humoru. Każdy zadbałby o to, aby ani na chwilę nie ustał świąteczny rozgardiasz. Harry i Hermiona, którzy również gościliby w domu Weasley'ów uświetnialiby grono wigilijnych biesiadników. 
Stół byłby zastawiony najpyszniejszymi potrawami przygotowanymi przeze mnie, panią Weasley, Ginny i Hermionę. Nie zabrakłoby również kufli kremowego piwa, kieliszków wspaniałego wina, no i oczywiście kuszących ciast pani Weasley. 
Wszyscy bylibyśmy weseli, energiczni, najedzeni. Wieczorami siedzielibyśmy ogrzewani blaskiem kominka i rozmawialibyśmy do późnej nocy. 
Myślę, że to byłyby najlepsze święta w moim życiu.

Zwycięzcom gratuluję!  
Skontaktuję się z Wami mailowo w sprawie adresu do wysyłki nagród niespodzianek :)

Zapraszam Was do czytania dzisiejszej recenzji "Sędziego Di i złotych morderstw" Roberta van Gulika [klik] :) 

34. "Sędzia Di i złote morderstwa" Robert van Gulik

"Tom Sędzia Di i złote morderstwa opowiada historię początków kariery sędziego Di, który obejmuje swój pierwszy urząd jako sędzia pokoju w Peng-lai. 

Sędzia Di wraz ze swym wiernym towarzyszem sierżantem Hoongiem udaje się w drogę ku Peng-lai. Napadnięty zostaje przez dwóch rzezimieszków, Chiao Taia oraz Ma Joonga. Jednak osobowość sędziego wywiera tak silne wrażenie na napastnikach, że miast ograbić swą ofiarę, decydują się jej służyć. Odtąd wykonywać będą czarną robotę, sędzia Di zaś stanie się mózgiem ich poczynań. 
W prezentowanym tomie Di musi zmierzyć się z tajemnicą śmierci swojego poprzednika na stanowisku sędziego pokoju. Przyjdzie mu wyjaśnić zagadkę morderstw, które mają kolor złota."
Dla wielu z Was książki tej serii nie będą już zaskoczeniem, ponieważ mogliście wcześniej przeczytać kilka recenzji dotyczących historii sędziego Di. Tym razem miałam przyjemność dowiedzieć się jakie były początki kariery Di jako sędziego pokoju.

Jak zawsze niewątpliwym plusem tych książek jest spis bohaterów na początku książki. W ten sposób nie pogubimy się wśród postaci, zwłaszcza że mają podobne nazwiska bądź imiona. Dodatkowo załączona jest mapka przedstawiająca Peng-lai oraz obrazki, które urozmaicają nam czytanie.

Sędzia Di jest młodym mężczyzną, który obejmuje swój pierwszy poważny urząd jako sędzia pokoju. Od zawsze chciał rozwiązywać przestępstwa, dlatego jest pełen energii. Chociaż brak mu doświadczenia, wykazuje się inteligencją i sprytem. Wraz z pomocą swoich przybocznych, którzy są pod wrażeniem silnej osobowości i mądrości, stara się zaprowadzić spokój i rozwikłać zagadki, które silnie go otaczają. Warto zwrócić uwagę również na pomocników sędziego, którzy postanawiają zmienić swój dotychczasowy styl życia, chociaż oczywiście nie porzucają wszystkich nawyków. Są oni interesujący przez wzgląd na swoją charyzmę oraz luz, który posiadają. Zdarzało się, iż ich rozmowy wywoływały uśmiech na mojej twarzy.

W powieści mamy do czynienia z kilkoma morderstwami, zaginięciem młodej kobiety oraz przemytem. Sędzia Di ma sporo pracy, zwłaszcza że jego przeciwnicy próbują wyprowadzić go w pole i podsyłają mu mylące tropy. Śledzimy jak rozwiązywana jest zagadka tylko dzięki inteligencji i sprytowi, a także rozmowom z mieszkańcami. Stanowi to spory kontrast w porównaniu do dzisiejszych, dobrze rozwiniętych technologii.

Książki van Gulika może nie są najbardziej wciągającymi kryminałami, ale osobiście bardzo je lubię. Są przyjemne, lekko się je czyta. Jeszcze nigdy nie udało mi się rozwiązać zagadki, ale na samym końcu sędzia Di zawsze wyjaśnia swój tok rozumowania, więc na szczęście nie pozostajemy w niewiedzy. Ja chętnie poznam inne przygody sędziego Di.

________________________________

W Boże Narodzenie chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia. Dużo zdrowia, szczęścia i spełnienia marzeń, regeneracji sił i dużo uśmiechów na twarzy :) Wszystkim książkoholikom życzę mnóstwo nowych powieści, które mogliby ułożyć na swoich półkach :)


22 grudnia 2013

33. "Mroki" Katarzyna Szewioła-Nagel

"Leto jest elfem i doświadczonym przez życie skrytobójcą. Nic więc dziwnego, że gdy trafia do niewielkiej ludzkiej wsi, jest nieufny. Szybko jednak przekonuje się, że mieszkańcy są życzliwi i nie grozi mu z ich strony żadne niebezpieczeństwo. Zaczyna nawiązywać znajomości z mieszkańcami i po raz pierwszy ma okazję zakosztować spokojnego, prostego życia. Idylla nie trwa jednak długo. Zbliża się zima i mieszkańcy obawiają się o swoje stada, coraz częściej atakowane przez wilki. Leto, chcąc odwdzięczyć się za gościnę, postanawia pomóc wieśniakom. Szybko okazuje się, że ataki na owce nie są przypadkowe, a elf mimowolnie wplątał się w intrygę, która poprowadzi go na spotkanie z dzikimi magami."
Leto jest elfem skrytobójcą, który swoje umiejętności postanawia wykorzystać w podzięce za pomoc od mieszkańców wioski. Nigdy wcześniej nie spędził dużo czasu w jednym miejscu, ale ponieważ zbliża się zima, dla własnej wygody, ciepłego jedzenia i posłania, zmienia swoje wcześniejsze przyzwyczajenia. Okazuje się być zbawieniem dla mieszkańców, ponieważ zbliżają się ciężkie dni, zwane Mrokami. Wraz z uzdrowicielką Meran oraz odważną i świetnie posługującą się bronią Norą, będą musieli stawić czoła ciemności i dzikim magom.

Zdecydowanym plusem dla autorki są bohaterowie, a zwłaszcza Leto. Po raz pierwszy spotykam się z takim przedstawieniem elfa, które różni się diametralnie od innych. Chociaż jest utalentowanym zabójcą, posiada ludzkie słabości. Był chyba najczęściej mdlejącą postacią w tej historii, ale przyznać mu trzeba, że był najbardziej narażony na magię przeciwników przez wzgląd na swoja siłę i cenną elfią krew. Posiada jeszcze cięty język, ale to akurat cecha wielu bohaterów "Mroków", przez co ich dialogi są czasem naprawdę ciekawe i zabawne.

Spotkałam się z opinią, że w historii nie ma wątku miłosnego. Otóż są, ale bardzo delikatne, subtelne i niecisnące się czytelnikowi nachalnie w oczy. Meran wraz z Ulfrikiem stanowią idealny przykład kochającego się małżeństwa, które nie jest jednak przesadnie słodkie, opływające lukrem. Jedno zrobiłoby dla drugiego wszystko, co nie przeszkadza im drażnić się wzajemnie i sprzeczać. Nie potrzeba wylewnych opisów czułości, aby pokazać miłość i troskę.
"- Daj, kobieto, spać. Zmęczony jestem.

- Nie śpij. Coś się dzieje - jęczała, wykrzywiając usta. Głosy natężały się w jej głowie z coraz większą siłą. 
- Nie pij tyle tych cholernych ziółek - burknął i obrócił się na drugi bok, zasypiając."
W powieści mamy również dużo wydarzeń i spory rozlew krwi. Chociaż zdarzają się spokojniejsze momenty, tak naprawdę są one ciszą przed burzą. Autorka nie daje nam za dużo odpoczynku od akcji, a nasi bohaterowie wystawieni są na liczne niebezpieczeństwa i muszą być w ciągłej gotowości do walki. Tak, zapowiada się istna jatka, a ziemia zostanie nasączona dużą ilością krwi.

Styl autorki jest lekki i prosty. Momentami odnosiłam wrażenie zbytniej prostoty w opisach, przechodzeniu z jednego wątku do drugiego czy zmian nastroju u bohaterów. Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym była ona jednak lepsza. Rozwinięte opisy, pokazanie emocji bohaterów, a przy tym wciąż lekkość dialogów. Podczas gdy początek mi się dłużył, tak drugą połowę książki przeczytałam już bardzo szybko. Zarówno poprzez rozwój akcji, jak i lepszy styl autorki.

Jeżeli Katarzyna Szewioła-Nagel utrzyma się w tej tendencji zwyżkującej i każdy kolejny rozdział napisany przez nią będzie ciekawszy, lepszy, to muszę przyznać, że nie mogę się doczekać drugiego tomu "Mroków". Tym bardziej, że zakończenie książki tak naprawdę otwiera nam nowy rozdział w życiu bohaterów, a ponieważ ich polubiłam, to chętnie dowiem się jak potoczą się ich dalsze losy.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce, pani Katarzynie Szewiole-Nagel
Recenzja bierze udział w promowaniu polskich autorów przez grupę Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


15 grudnia 2013

32. "Wołanie kukułki" Robert Galbraith

"Ciało supermodelki Luli Landry zostaje znalezione pod balkonem jej londyńskiego apartamentu. Policja stwierdza samobójstwo, lecz brat ofiary nie wierzy w tę wersję i zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a.

Strike jest weteranem wojennym, podczas służby w Afganistanie ucierpiał fizycznie i psychicznie. Ma kłopoty finansowe i właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Sprawa Luli to dla detektywa szansa na odbicie się od dna, ale im bardziej wikła się w skomplikowany świat wyższych sfer, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo.
Wołanie kukułki to wciągająca klimatyczna powieść zanurzona w londyńskiej atmosferze spokojnych uliczek Mayfair, ciasnych barów East Endu i tętniącego życiem Soho. Książka otwiera cykl kryminałów z Cormoranem Strikiem."
Robert Galbraith to pseudonim Joanne K. Rowling, autorki znanej na całym świecie serii o Harrym Potterze. To właśnie przez nazwisko autorki zainteresowałam się tą książką. Powieści o małym czarodzieju pochłonęłam i do tej pory darzę szczerą miłością. Byłam ciekawa, jak Rowling poradzi sobie w innej odsłonie. Nie miałam przyjemności czytać "Trafnego wyboru", więc "Wołanie kukułki" było dla mnie pierwszym spotkaniem spoza świata Pottera. Do czytania podeszłam z pełną otwartością, bez porównywania kryminału do wcześniejszej twórczości autorki.

Cormoran Strike to prywatny detektyw, który w ostatnim czasie trochę się zaniedbał. Nabrał zbędnych kilogramów, a jego kondycja fizyczna woła o pomstę do nieba. Do tego rozstał się z wieloletnią partnerką, popadł w długi, a w jego agencji rzadko pojawiają się klienci. Czasem brak mu taktu, stracił też szacunek, którym darzyło go wiele osób. Był jednak człowiekiem dążącym do rozwiązania sprawy, nie bał się podejmować radykalnych środków, posiadał też cieplejsze uczucia, chociaż wolał się z nimi ukrywać. Początkowo miałam o nim niskie mniemanie, traktowałam go jak detektywa-amatora z przypadku, ale wraz z rozwijaniem się fabuły nabierałam do niego szacunku, zaczął nawet budzić we mnie sympatię.

Oprócz Cormorana warto zapamiętać sobie Robin, sekretarkę detektywa. Młoda kobieta dopiero przeprowadziła się do Londynu i zaręczyła z Matthew, swoim wieloletnim partnerem. Podejmuje się tymczasowych prac, jednak szuka stałego, pewnego zatrudnienia. Ponieważ od zawsze interesowała ją praca detektywa, w agencji Strike czuje się na miejscu i chętnie wykazuje się własną inicjatywą. Chociaż nie zawsze dobrze dogaduje się z mężczyzną, a jej narzeczony stara się ją zniechęcić do detektywa, to w miarę upływu czasu nabiera do niego sympatii i z żalem myśli o odejściu z tymczasowej pracy.
"Jak to możliwe, że ktoś, kto od najmłodszych lat czuł potrzebę sprawdzania, zdobywania pewności, wyłuskiwania prawdy z najbłahszych zagadek, mógł tak mocno i tak długo kochać dziewczynę, która kłamała z taka łatwością, z jaką inne kobiety oddychają?"
Sama historia jest ciekawa. Ginie modelka, która według policji popełnia samobójstwo, jednak jej brat nie może w to uwierzyć. Strike musi udowodnić, że modelka mogła zostać zamordowana. Sprawa nie jest prosta, ponieważ wielu świadków milczy, aby zachować swoją twarz i osiągnąć jak największe korzyści ze sprawy. Do samego końca nie wiedziałam jak sprawa się rozwiąże. Wszystko wydawało mi się prawdopodobne, początkowo wykluczane morderstwo zaczęło nabierać sensu, ale brakowało mi potencjalnych sprawców. Niby byli podejrzani, ale każdego można było wykluczyć. Mam wrażeniem jakbym przy samym końcu zgubiła się, a Strike wyciągnął dowody z rękawa, wcześniej nie dzieląc się nimi z czytelnikami. Było to dla mnie minusem całej powieści i to chyba znaczącym.

Na samym początku miałam problemy ze zrozumieniem treści książki. Zdania wydawały się dla mnie nie mieć sensu, jakby były źle skonstruowane. Był to jednak problem pierwszych kilku stron, później nie miałam już z tym problemu. Sam styl autorki podobał mi się, ponieważ nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie bohaterów czy zaistniałych sytuacji. Zwłaszcza w przypadku pewnej modelki, która miała denerwujący nawyk powtarzania "no wiesz". Rowling nie bała się używać wulgaryzmów, ale nie psuły one odbioru historii, a moim zdaniem dodawały jej realności - stresująca sprawa, śmierć najbliższej osoby czy nabywanie urazów, mogą wywołać u nas niecenzuralne słowa.

"Wołanie kukułki" było przyjemnym doświadczeniem i cieszę się, że jest to dopiero początek serii. Zdecydowanie podoba mi się postać detektywa Strike'a, dlatego chętnie zapoznam się następnymi historiami o tym bohaterze. Pomimo drobnych wad, na które można przymknąć oko, warto sięgnąć po tą książkę. Nie tylko dlatego, aby zapoznać się z inną twórczością Rowling, ale po to, aby przeczytać dobry kryminał.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.


11 grudnia 2013

31. "Przyjaciele po grób" Nele Neuhaus

"Gdy pracownik zoo w Kronbergu znajdzie ludzką rękę, komisarz Oliver von Bodenstein i jego koleżanka Pia Kirchhoff wdrożą śledztwo, które zatoczy szeroki łuk, nie omijając bogatych udziałowców holdingów budowlanych, najwyższych urzędników miejskich, genialnych młodych informatyków oraz bezkompromisowych ekologów. 

Dochodzenie nie oszczędzi też dyrektora zoo Christopha Sandera, w którego niewinność wierzy jedynie zauroczona komisarz Kirchhoff... 
Od pierwszych stron książki wchodzimy w świat zawikłanych układów świata biznesu i wraz z głównymi bohaterami gubimy się w gąszczu sprzecznych tropów. Kto zabił Hansa-Ulricha Pauly'ego, znanego ekologa i obrońcę przyrody? Dla wielu był solą w oku, ale który z jego oponentów odważyłby się posunąć do zbrodni?"
Kiedy zobaczyłam, że do wygrania w konkursie jest książka Nele Neuhaus "Przyjaciele po grób", postanowiłam wziąć udział. Szczęście mi dopisało i wygrałam! Czytałam wcześniej "Śnieżka musi umrzeć" [klik] tej autorki i byłam z niej naprawdę zadowolona. Jak wygląda sprawa z jej kolejną książką?

Głównymi bohaterami serii są komisarz Oliver Bodenstein oraz jego współpracownica, Pia Kirchhoff. Wraz ze swoim zespołem rozwiązują sprawy kryminalne, które maja miejsca w pobliżu malowniczych gór Taunus. Tym razem ofiarą pada zagorzały ekolog, który dla wielu osób stanowił zagrożenie. Wybuchowy temperament i upór w dążeniu do celu, sprawiają iż wiele osób chętnie usunęłoby go ze swojej drogi. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą duże pieniądze oraz wizerunek wielu majętnych i szanowanych osób. Ofiara była jednak również mentorem wielu zapatrzonych w niego nastolatków, co nie zawsze wprawiało ich rodziców w zachwyt.

"Przyjaciele po grób" jest kryminałem, który od początku do końca trzyma nas w napięciu i niepewności. Podejrzanych przybywa, pojawiają się kolejne prawdopodobne motywy zbrodni, jednak wszystkie okazują się być ślepą uliczką. Pomyślicie sobie zapewne, że jest to jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem. Nic bardziej mylnego. Neuhaus utrzymuje wszystko w spójnej formie, każda opcja jest możliwa i nikogo nie możemy tak naprawdę wykluczyć z grona podejrzanych. Do samego końca miałam wątpliwości co do mordercy, ponieważ każda osoba miała sposobność oraz dobry powód do popełnienia morderstwa. Nie było to puste mieszanie nam w głowach, szukanie podejrzanych na siłę, a odpowiednio przemyślane działanie.
"- Niestety tak - potaknął z powagą Bodenstein. - Bardzo mi przykro, ale muszą państwu przekazać tę wiadomość. Państwa syn nie żyje.

Przez kilka sekund nic się nie działo. Rodzice nastolatka patrzyli to na siebie, to na policję, a w ich oczach bezradność i strach mieszały się z niedowierzaniem. Bodenstein aż nazbyt dobrze znał takie reakcje. Ludzie zawsze zachowywali się tak samo."
W przypadku głównych bohaterów, widzimy ich ze strony zawodowej, ale również prywatnej. Mamy przyjemność obserwować ich życie rodzinne, początkujące romanse. W ten sposób lepiej ich poznajemy, mamy szerszą perspektywę na ich zachowanie. Umożliwia nam to również narrator, który towarzyszy im naprzemiennie. Pozostałych członków zespołu poznajemy tylko pobieżnie. Więcej możemy dowiedzieć się o podejrzanych, ponieważ w wyniku śledztwa wychodzą na jaw ich sekrety.

W tym miejscu muszę wspomnieć o początkującym romansie, który nawiązuje Pia Kirchhoff. Kobieta czeka na rozwód, ponieważ jej małżeństwo wypaliło się. Pragnie znów czuć motylki w brzuchu, miękkość kolan, tą radość na widok drugiej osoby. Dzięki autorce, mogłam odczuwać te emocje wraz z bohaterką. Czułam jej ekscytacje i niepewność, a także to radosne oczekiwanie na wiadomość od drugiej osoby. Był to bardzo fajnie wprowadzony wątek miłosny, delikatnie w tle, bez mocnego narzucania się.

Chociaż "Przyjaciele po grób" została w Polsce wydana później niż "Śnieżka musi umrzeć", jej akcja ma miejsce wcześniej. Trochę mnie to na początku zamotało, ponieważ miałam rozbieżność pewnych faktów. Ale nie była to wada książki, a jedynie nieodpowiednia kolejność czytania.

Powieść czyta się naprawdę z przyjemnością, ponieważ jest to dobrze napisany kryminał, z zawiłą intrygą, trzymającą w pełnym napięciu. Nie ma tutaj przypadkowych zachowań. Styl autorki jest lekki, co dodatkowo wpływa na pozytywny odbiór książki. Mogę Wam ją z czystym sumieniem polecić.

6 grudnia 2013

30. "Świt demonów" William Hussey

"PRADAWNE ZŁO BUDZI SIĘ Z UŚPIENIA!

Piętnastoletni Jake Harker ma fioła na punkcie horrorów...
Od dnia, w którym jako dziewięciolatek dostał w prezencie pudło ze starymi komiksami, systematycznie pogłębia swoją wiedzę na temat demonów, potworów i spółki. Nigdy nie przypuszczał, że któregoś dnia ocali mu ona życie.
Gdy matka Jake'a zostaje brutalnie zamordowana, chłopak odkrywa, że jego najbliżsi skrywali paskudny sekret. Świat istot nadprzyrodzonych istnieje naprawdę - równolegle z naszą rzeczywistością - i jest bardziej przerażający, niż wyobrażali to sobie komiksowi scenarzyści.
Raz na pokolenie wrota piekieł stają otworem i stworzenia rodem z najgorszych koszmarów zaczynają przenikać do naszego świata. Jedynym sposobem na zamknięcie piekielnych odrzwi jest złożenie ofiary, której krew może odnowić magiczną pieczęć.
Tym razem to właśnie Jake ma ocalić ludzkość. Problem w tym, że obeznany z demoniczną materią chłopak wcale nie ma ochoty kłaść głowy pod topór."
"Świt demonów" to pierwsza część Łowcy Czarownic Williama Husseya, która reklamowana jest jako "Brytyjska odpowiedź na Stephena Kinga!". Miałam przyjemność czytać dopiero dwie książki Kinga, ale jak dla mnie jest to przesadzone zdanie. Styl jest zdecydowanie prostszy, przypominający mi typowe książki dla młodzieży, ale nie zmienia to faktu, że książkę czytało mi się przyjemnie. 

Jack jest kolejnym outsiderem, nie rozumianym przez swoich rówieśników, który w obliczu niebezpieczeństwa i zagrożenia dla świata, odkrywa w sobie odwagę i siłę do walki. Używa swojego rozumu i wiedzy, aby sprostać wyzwaniu. Trochę oklepane, prawda? Jest to często przejawiający się motyw, nie skreślający jednak powieści. Tym bardziej, że sam fakt dlaczego Jack ma stawić czoła demonom, jest sporym zaskoczeniem. Osobiście nie przypominam sobie podobnej sytuacji, dlatego zaznaczam to jako plus. Oczywiście nie zdradzę Wam o co chodzi, byłoby to zbyt duże spoilerowanie :)
"Jestem własnym odbiciem. Jestem wszystkim, czym jesteś ty i więcej. Jestem wszystkim, czym jesteś ty i mniej. Odnajdziemy się w rozpaczy."
Historia jest prosta - trzeba powstrzymać Świt Demonów, który znów nieubłaganie się zbliża. Co pokolenie Starsi muszą ratować świat, a za każdym razem jest coraz gorzej, muszą podejmować drastyczniejsze środki. Sabat Crowdena, który chce otworzyć Wrota dla potworów, rośnie w siłę. Dlatego Starsi pracują nad bronią, która ma im pomóc. Niestety, nie działa ona i ich nadzieja słabnie. Czy uda się uratować świat przed demonami? Sytuacja nigdy nie była tak dramatyczna. Nawet najstarsi członkowie Sabatu nie pamiętają momentu, gdy było im dane zobaczyć Czwarty Omen Świtu Demonów. Czwarty i zarazem ostatni... 

Narracja jest trzecioosobowa. Nie śledzimy poczynań jednego bohatera, ale towarzyszymy kilku, zarówno tym dobrym (?), jak i tym złym. Jest to kolejna książka, w której historia prowadzona jest w ten sposób i dalej utrzymuję, że jest to ciekawy zabieg. 

Książkę czytało mi się lekko i przyjemnie, chociaż nie wciągnęła mnie ona do tego stopnia, bym nie mogła się od niej oderwać albo myślała o niej dłużej. Na pewno przeczytam drugą część, ponieważ mam ją już w domu, ale nie czuję potrzeby rzucać się na nią już teraz. Historia na pewno jest ciekawa, można ją szybko przeczytać jeśli się do niej spokojnie zasiądzie, ale myślę że przeżyjecie, jeśli się z nią nie zapoznacie. 

________________________________

Kochani, zapraszam Was do wzięcia udziału w Konkursie Świątecznym, który organizuję. Do zgarnięcia są dwie nagrody niespodzianki :) Więcej informacji znajdziecie w zakładce "Konkurs Świąteczny" :)
Udanych Mikołajek!

2 grudnia 2013

29. "Odd Thomas. Diabelski pakt" Dean Koontz

"Na słonecznych ulicach Pico Mundo robi się coraz bardziej niespokojnie. Kiedy na drodze Odda staje zasmucony duch małego chłopca, bohatera poprzysięga wyplenić zło, które zakorzeniło się w miasteczku. Czy jednak wyjątkowe umiejętności oraz wsparcie lokalnej policji i Stromy, jego wystrzałowej dziewczyny, okażą się wystarczające? Czy Odd może zmierzyć się z tajemniczym prześladowcą, który zdaje się zawsze wyprzedzać pościg o krok... i zamierza nadal zabijać"
Książka Deana Koontza "Odd Thomas. Diabelski pakt" to rysunkowa wersja jego powieści z serii o Oddzie Thomasie. Wraz z Queenie Chan opracował scenariusz, a artystka przygotowała ilustracje, nadała bohaterom twarz.

Przyznaję, że na samym początku były momenty, gdy gubiłam się w akcji. Nie byłam pewna czy czytam dymki z tekstem w odpowiedniej kolejności. Wszystko nie miało dla mnie ładu i składu. Szybko jednak się przyzwyczaiłam, więc ta krótka historia zleciała mi naprawdę w błyskawicznym tempie. Ledwo zaczęłam czytać, a już był koniec. Jest to przygoda na jeden wieczór, może z godzinkę, chyba że ktoś dłużej analizuje obrazki.

Wersja komiksowa, z bohaterami wyglądającymi jak z mangi, na pewno jest ciekawym dodatkiem dla fanów twórczości Deana Koontza, a także dla wielbicieli Odda Thomasa, jego najpopularniejszego bohatera. Sam pomysł na postać jest na pewno ciekawy. Odd to młody chłopak, skromny, troskliwy, kochający, ale również odważny i walczący w słusznej sprawie. Ma dar, widzi zmarłych. Dzięki temu często pomaga policji, ale czerpie z tego również inne... Korzyści. Na jego kanapie waletuje bowiem sam Elvis Presley!

Historia jest trochę krótka i jak dla mnie momentami dziwna. Policja pozwala chłopakowi na włamanie do domu podejrzanego. Wypuszczenie z rąk podejrzanego, tak ot, po prostu. Trochę mi się to nie kleiło, ale nie będę zbytnio się czepiać.

Rysunki są ciekawe i naprawdę fajnie wykonane. Spodobała mi się zwłaszcza postać Stromy, która jest po prostu śliczna. Już po samych rysunkach widać jej charakter. Do tego wykonanie książki jest świetne. Zawsze podobały mi się wypukłe litery na okładkach. Wygląda przejrzyście i estetycznie, prosto. Zdecydowany plus.

Kilka lat temu miałam styczność z komiksami, ale była to krótka przygoda. "Odd Thomas. Diabelski pakt" było na pewno miłą odskocznią i chwilą relaksu. Chociaż gdyby nie wygrana w konkursie, pewnie nie skusiłabym się na nią. Na pewno jednak zainteresowała mnie główna postać i chętnie zapoznam się z serią o Oddzie, już w normalnej, tradycyjnej wersji.

1 grudnia 2013

Konkurs Świąteczny


Konkurs Świąteczny

1. Konkurs organizowany jest przez autorkę bloga http://licencja-na-czytanie.blogspot.com, Szusteczkę.
2. Nagrody funduję osobiście. Będą one w formie niespodzianki, ale możecie spodziewać się jednego - będą to książki :)
3. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.
4. Nie trzeba posiadać bloga, aby wziąć udział.
5. Proszę o polubienie mojej strony na Facebooku [klik] oraz dodanie bloga do obserwowanych. Nie jest to warunek konieczny, ale będzie mi miło :)
6. Będę wdzięczna za udostępnienie informacji o konkursie na Facebooku.
7. Proszę o wklejenie banera konkursowego wraz z odnośnikiem [klik] na swojego bloga.
8. Konkurs trwa od 1.12 do 24.12.2013.
9. Wyniki pojawią się do 31.12.2013. Będzie dwoje zwycięzców:

  • jeden poprzez losowanie;
  • drugi poprzez mój indywidualny, subiektywny wybór.
Ze zwycięzcami skontaktuję się osobiście.
10. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć na jedno wybrane pytanie konkursowe i wysłać odpowiedź na maila: licencja.na.czytanie@gmail.com.


Pytania konkursowe

#1 "Jakie obchody Świąt Bożego Narodzenia, opisane w książce, najbardziej przypadły Ci do gustu?
Opisz je w skrócie, wyjaśnij swój wybór."

#2 "Pomyśl o swoim ulubionym bohaterze. Jaki prezent na święta byś mu podarował/a?"

#3 "Gdybyś mógł/mogła spędzić święta z wybranymi fikcyjnymi bohaterami, kto by to był i jak byś je spędził/a?"

Baner konkursowy


Na odpowiedzi czekam do 24 grudnia do północy!

29 listopada 2013

28. "Kostka" Iza Korsaj

"Nie jestem chirurgiem-rzeźnikiem. Jestem inżynierem Naprawy. Na razie tej zwykłej, od ciała. To od ciebie rozpocznę przygodę z Naprawą umysłu. Prócz zabijania tylko ona jest w stanie mnie zaspokoić. Musi do niej dojść, abym nie został mordercą. Powinieneś być mi wdzięczny. Chcę ci ofiarować nowe, pozbawione ograniczeń życie."
"Kostka" to thriller, w którym główną rolę odgrywa psychika. Jak głosi napis na okładce, jest to "fascynująca podróż w głąb umysłu rasowego psychopaty". Chociaż czasem opisy na okładkach mijają się z prawdą i treścią, tym razem jest to idealnie trafione hasło.

Biję brawa dla autorki, która stworzyła postać doktora Marvina Crossa. Mężczyzna wyprany z emocji, któremu radość sprawiają tylko cierpienia innych, zwłaszcza gdy może je samodzielnie powodować. Jak to zatem możliwe, że nie wzbudził on we mnie bezwzględnego wstrętu, niechęci? Ba, momentami myślałam nawet o nim cieplej, jako o osobie, która jednak pomaga innym, chociaż tak naprawdę robi to dla własnej satysfakcji. Bądźmy szczerzy, Cross to zdeklarowany egoista, pewny siebie i swoich umiejętności, wiedzy, banalnie łatwo przychodzi mu manipulacja innymi. Jednak czuje się coraz bardziej nienasycony, stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej.
"Zostawmy przeszłość w grobie zapomnienia. Ale nie da się żyć bez tożsamości. Przeszłość zawsze odciska na niej swe piętno. Bez wyjątku, dobra czy zła. Nie można przed nią uciekać. Choć można ją wymyślić od nowa, na swoich zasadach. Można też ją zaakceptować i żyć bez balastu."
Wkradamy się w umysł nie tylko dr Crossa, ale również jego ofiary. Podejrzewam, że autorka musiała spędzić trochę czasu nad zagadnieniami z psychologii, ponieważ stworzyła świetną historię o ludzkich słabościach, ułomnościach, walce z przeszłością i gniewem. Pokazała też, jak wiele zależy od naszych decyzji oraz przeszłości, dzieciństwa. Sam Marvin ukrywa pewne wspomnienie, które być może miało wpływ na jego charakter.

Obiła mi się o uszy opinia, że w "Kostce" są brutalne sceny. Przyznaję, występują takie. Nie odstraszyły mnie one jednak, nie spowodowały niechęci. Chociaż były momenty pełne krwi, tak naprawdę ciągle skupiałam się na tym, do czego one mają prowadzić, jaki efekt mają wywołać. Nie były to tortury bez celu, psychika miała zwyciężyć nad ciałem.
"Trójkę osobiście uznaję za nudną. Ta opcja jest raczej przenośnią niż fizyczną niedogodnością w życiu. Niemniej po jej wyborze Jerry i tak zwracałby powszechną uwagę gawiedzi. Już samo przeprowadzenie trójki byłoby dla niego traumatycznym przeżyciem. Ale to i tak niewiele w porównaniu z czwórką. Tak, przy wymyślaniu czwóreczki byłem po prostu złośliwy."
Książka jest podzielona na trzy części: JERRY, MARVIN i KOSTKA. W pierwszej z nich poznajemy bohatera, który będzie poddawany Naprawie. Kolejna jest cofnięciem się w czasie, gdy Marvin wybiera sobie Jerry'ego na ofiarę, poznajemy doktora i fragmenty jego głębokiej i skrywającej wiele zagadek psychiki. KOSTKA jest już skupiona na samej Naprawie.

Iza Korsaj debiutowała tomikiem opowiadań, teraz napisała thriller, ale równie dobrze spisałaby się w roli poetki. W "Kostce" mamy bowiem możliwość poznania fragmentu jej talentu do rymowanek i wierszy.
"Aniołek jest słaby, do jasnej cholery, 

Aniołek ten ma na imię Jerry!
Aniołek więcej uciekać nie będzie,
Gdy palców się u swych nóżek pozbędzie!"
Jest to kolejna polska powieść, którą w ostatnim czasie miałam okazję przeczytać. Wrażenia mam zdecydowanie pozytywne. Od rewelacyjnej okładki, która przypadła mi do gustu, po samą treść - wszystko jest dopracowane. Iza Korsaj jest zdecydowanie odpowiednią kobietą na odpowiednim miejscu. Cieszę się, że już pracuje nad kontynuacją "Kostki", ponieważ zakończenie dało mi naprawdę sporo nadziei na kolejną część emocjonujących wydarzeń, walki z samym sobą. Przy okazji muszę zaznaczyć, że "Kostka" jest skarbnicą rewelacyjnych cytatów. Zdecydowanie muszę nabrać zwyczaju spisywania takich perełek od razu, ponieważ teraz, przy okazji recenzji, bardzo by się przydały. Cieszę się, że miałam możliwość przeczytania tej książki i to tak szybko. Zdecydowanie polecam!
"Z czego mógłbyś zrezygnować w życiu?"
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Izie Korsaj, Polacy nie gęsi i swoich autorów mają oraz wydawnictwu Novae Res.


______________________________

Mam nadzieję, że zarówno autorka, jak i wydawnictwo wraz z Polacy nie gęsi i swoich autorów mają, będą zadowoleni z recenzji.

Jak się Wam podoba nowy szablon? Wiem, że często zmieniałam go, znowu poczułam taką potrzebę i oto co powstało :) 
Ostatnio na Facebooku przybyło sporo nowych polubień! Bardzo się z tego powodu cieszę, ale nie spoczywam na laurach :) Zapraszam również do obserwowania bloga, w ten sposób na pewno nie ominie Was żadna recenzja :)
Pozdrawiam!

25 listopada 2013

27. "Zabawka Boga" Tadeusz Biedzki

"Autor dostaje list od dawnego przyjaciela, zakonnika z Etiopii, który trafił na ślad pamiątki sprzed dwóch tysięcy lat. Odnalezienie jej - ze względu na pierwszego właściciela - byłoby światową sensacją. Mnich prosi przyjaciela o podjęcie poszukiwań. Autor jedzie do klasztoru św. Katarzyny na Synaju, gdzie odbiera kopertę z wierszem-szyfrem. Wynika z niego, że musi przebyć trasę z Jerozolimy do Efezu. Czyni to, ale dowiaduje się niewiele. Dopiero kolejne podróże w klasztorach Prowansji i w kościołach Lalibeli w Etiopii stwarzają mu szansę na odnalezienie historycznego skarbu. Czy ją wykorzysta?"
Nie jestem fanką książek historycznych, nie przepadam też za wątkami religijnymi. Postanowiłam jednak sięgnąć po "Zabawkę Boga", gdy dostałam taką możliwość. Przyznaję, że miałam problemy z zabraniem się za nią, gdy jednak usiadłam i zaczęłam czytać, wciągnęłam się, a czas zleciał mi niesamowicie szybko.

Powieść Tadeusza Biedzkiego jest niesamowitym połączeniem faktów, przypuszczeń oraz fikcji. Została wymyślona w ciekawy sposób, byłabym w stanie uwierzyć, że czytam prawdziwą historię, w 100% potwierdzoną. Wszystko było połączone, doskonale pomyślane. Momentami zapominałam, że jest to fikcja jedynie oparta na faktach. Była ona podana w przystępny, zachęcający sposób, dzięki któremu moja niechęć do historii została przełamana, a ja wciągnęłam się w przebieg wydarzeń.

Książka podzielona jest na części: te dotyczące Andrzeja w XXI wieku, Jefraima w I, Rajmunda w XII i XIII oraz Frumencjusza w XXI. Dlatego właśnie historia dopełnia się, ponieważ śledzimy losy owego skarbu na przestrzeni wielu wieków. I chociaż wiemy kto jako ostatni miał z nim styczność, dopiero na ostatnich stronach dowiadujemy się gdzie został on schowany. Najbardziej podobała mi się część o losach Jefraima oraz Rajmunda.

Jak już wcześniej wspominałam, nie przepadam za wątkami religijnymi, nie sięgam po takie gatunki książek. Z przykrością przyznaję, że chociaż jestem osobą wierzącą, moja wiedza na temat wydarzeń z tego zakresu jest naprawdę słaba. "Zabawka Boga" zaciekawiła mnie jednak i zachęciła do tego, aby sprawdzić które wydarzenia opisane przez Biedzkiego są prawdą, jak przedstawiały się niektóre fakty. Było rzeczą dziwną, ale ciekawą, czytać o apostołach, którzy wspominali swoje spotkania z Jezusem, starali się krzewić chrześcijaństwo wśród ludzi.

Rzeczą, która podobała mi się bardzo, są zdjęcia dołączone do książki. Były one naprawdę ciekawe, przydatne. Mogłam sobie wyobrazić dane miejsce. Motyw podróży w książce jest ważny, właściwie większość historii się na nim opiera. Bohaterowie zwiedzają wiele miejsc, i to w każdym z przedstawionych wieków. Taki przewodnik po świecie, podany w postaci książki sensacyjno-historycznej.

Wady? Przyznaję, że nie podobało mi się zakończenie. Nie zdradzę go, ale nie tego oczekiwałam. Chociaż, może tak naprawdę było ono dobre, ponieważ gdyby się głębiej nad tym zastanowić, odłożyć na bok pierwsze wrażenie... Nie mogę Wam powiedzieć swoich wniosków, nie zdradzając zakończenia.

Wiem, że w tej krótkiej recenzji niewiele Wam mówię, ale tak naprawdę niewiele jest do powiedzenia. Nie ma w niej mocno zarysowanych postaci, ale na pewno są one interesujące. Fabuła nie ma wielkiego tempa, ale wciąga, chce się znać jej dalszy bieg. Tak naprawdę wszystko toczy się wokół owego skarbu, chociaż poznajemy również historie bohaterów, głównie tych z przeszłości, gdyż obecni służą nam bardziej jako narzędzie do poznania faktów, odkrycia prawdy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że chociaż nie jest to mój gatunek książki, że chociaż miałam ciężki początek, to jestem zadowolona z lektury, uważam że spędziłam naprawdę przyjemnie czas i że mogę Wam z czystym sumieniem ją polecić. Na pewno mam w głowie teraz kilka pytań, nad którymi będę musiała się zastanowić, a to chyba dobrze świadczy o "Zabawce Boga" - nie zniknie tak po prostu z głowy, a pozostanie w niej dłużej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Karolinie oraz Wydawnictwu Bernardinum.


________________________________

Jest to moja pierwsza recenzja "na zamówienie". Mam nadzieję, że spełniłam oczekiwania i nikt nie zawiedzie się na niej :) Była to bardzo ciekawa przygoda, z której mam nadzieję wyciągnąć doświadczenie na przyszłość. 
Tymczasem jutro zacznę czytać "Kostkę" Izy Korsaj, czyli drugiego egzemplarza recenzenckiego w mojej "karierze", a tym samym 3 książki polskiego autora poza lekturami szkolnymi (ewentualnych innych nie pamiętam, we wczesnej młodości mogły jakieś być) :) 
Życzę Wam miłego dnia i jak zawsze zapraszam do lajkowania strony na Facebooku oraz obserwowania bloga! :) 

17 listopada 2013

26. "Starcie królów" George R. R. Martin

"Żelazny Tron jednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta. Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął się królem. Zresztą w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, przynoszący zapowiedź końca lata - najdłuższego lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem będzie jednak zima..."
Drugi tom serii Pieśń Lodu i Ognia George'a R. R. Martina, podobnie jak "Gra o tron" [recenzja] jest grubą książką, której strony są dokładnie zapełnione historią Zachodnich Królestw. Mówiąc dokładnie zapełnione, jest to stwierdzenie dosłowne. Marginesy są naprawdę małe, czcionka drobna, a objętość książki zbliża się do 900 stron. Czytając ją, odnosiłam przez to wrażenie niekończącej się historii. Miałam wrażenie, że wydarzyło się tak wiele, podczas gdy tak naprawdę przeczytałam zaledwie kilka stron.

Na pewno wielkim plusem "Starcia królów", podobnie jak w przypadku poprzedniej części, jest fakt iż wydarzenia śledzimy z perspektywy różnych bohaterów. Podoba mi się to, ponieważ mamy szerszy pogląd na akcję, która toczy się ona w wielu miejscach. Do tego towarzyszymy swoim ulubionym (bądź nie) bohaterom w ich zmaganiach, nie jesteśmy uczepieni tylko jednego.

Jeżeli jest już mowa o bohaterach, to mamy ich pełen wachlarz, bardzo bogaty zresztą. Mamy stare postaci, które poznajemy jeszcze lepiej, często odkrywamy ich nowe twarze. Pojawiają się też nowe osobistości, z których część odgrywa znaczącą rolę w historii. Jedno jest dalej pewne - nie można przyzwyczajać się do nikogo, ponieważ znów musiałam pożegnać się z niektórymi. Na plus jednak przyznaję fakt, iż nawet bohaterowie, których poznaliśmy wcześniej, potrafili mnie zaskoczyć, zmienić coś w sobie, pokonać swoje słabości. Pomijając tutaj mistrza spisków, Tyriona, którego już w poprzedniej części polubiłam, zdecydowanie lepiej wypada Sansa, którą - jeśli pamiętacie z poprzedniej recenzji - miałam ochotę stłuc na kwaśne jabłko za jej naiwność i głupotę. Martin stworzył wielu bohaterów, każdy ze swoją własną historią, niektórzy bardziej lub mniej wielowymiarowi, ale na pewno zasługujący na uwagę.
"W ciemności nie ma cieni. One są sługami światła, dziećmi ognia. Najjaśniejszy płomień rzuca najgłębsze cienie"
Mówiąc o bohaterach ciężko nie przyznać, że czasem gubiłam się w ich relacjach rodzinnych. Zwłaszcza, że niektórzy mieli tak samo na imię bądź ich nazwiska niewiele się od siebie różniły. Dlatego plusem jest dołączony na samym końcu dodatek Królowie i ich dwory. W końcu każdy może się pogubić w tym tłumie, prawda? Pełen szacunek dla Martina, że sam tego nie zrobił. Jestem do tego pewna, że w następnych częściach przybędzie jeszcze wielu bohaterów, chociaż z kilkoma na pewno się pożegnamy.

Martin jest autorem, który nie boi się używać wulgaryzmów. Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ jestem pewna, że rycerze nie posługiwali się tak kwiecistym językiem jak można by przypuszczać po barwnych balladach i pieśniach. Nie bądźmy tak naiwni jak wspomniana wcześniej Sansa. Wulgaryzmy są, często też mamy sceny erotyczne, język jest prosty, ale można się wczuć w przebieg historii.

Historia na pewno jest ciekawa i wciągająca, chociaż przyznaję, że niektóre wątki mnie trochę nudziły, ale inne znowu śledziłam z zapartym tchem. Dlatego jestem pewna, że sięgnę po następne tomy. Czy polecam? Może nie jestem aż tak zachwycona tą serią, jakbym się spodziewała po pochlebnych opinia, nie zajmuje ona u mnie najwyższego miejsca, ale polubiłam Pieśń Lodu i Ognia, z chęcią dowiem się jakie będą dalsze losy moich ulubionych bohaterów.
"Dopóki trwali oni, trwało też Winterfell."
________________________________
Wiem, że kazałam długo czekać na kolejną recenzję, ale albo miałam mało czasu albo później dopadła mnie choroba i nie miałam nawet siły patrzeć na książkę. Wiem też, że recenzja nie jest najwyższych lotów, ale zwalmy to na bark przyćmienia przez antybiotyki i inne lekarstwa :) 
Jest mi bardzo miło, ponieważ ostatnio dołączyło kilku obserwatorów bloga oraz nowych fanów na FB :) Bardzo Wam za to dziękuję, a maruderów zachęcam do pójścia w ślady tych osób :) 

7 listopada 2013

25. "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" Matthew Quick

"Witajcie w Bellmont, gdzie rządzą czarne gangi oraz irlandzka mafia (zależy od dzielnicy) i gdzie mieszka Finley. Jego dziadek nie ma obu nóg, ojciec pracuje na nocną zmianę, a matka zginęła w okolicznościach, o których nikt nie chce mówić. Finley też nie chce mówić - odzywa się tylko wtedy, gdy musi. Woli grać w koszykówkę. Jedyną osobą, która rozumie Finleya, jest jego dziewczyna Erin. Oboje co wieczór spotykają się na dachu jego domu, patrzą w gwiazdy i marzą o tym, aby wydostać się z piekła, jakim jest Bellmont. Pewnego dnia trener Finleya prosi go o dziwną przysługę..."
Zachęcona pozytywną recenzją, postanowiłam w trybie natychmiastowym sięgnąć po "Niezbędnik obserwatorów gwiazd". Według opisów na okładce oraz wspomnianej recenzji, książka miała być mocna, wzruszająca, dająca nadzieję. Stwierdziłam, że tego właśnie mi trzeba. Czy taka właśnie jest ta historia?

Bellmont to miasteczko, w którym ludzie boją się wyjść na ulicę. W zależności od dzielnicy należy uważać na irlandzką mafię bądź czarne gangi. Do tego otwarty handel narkotykami, w który dilerzy chcą wciągnąć młodzież. Jedynym szczęściem jest drużyna koszykówki, która odnosi sukcesy. Mimo to, Finley i Erin marzą o tym, aby wyrwać się z miasta. Ich rodzice również tego dla nich pragną, gdyż oni sami nie spełnili podobnego marzenia. To właśnie dlatego para daje z siebie wszystko na treningach koszykówki, gdyż tylko ona może otworzyć im drzwi do lepszej przyszłości.
"Miło jest posiedzieć z Russem, zwłaszcza po tym wszystkim, co się stało. Jakbyśmy mogli udawać, że wciąż jesteśmy dziećmi. Zastanawiam się nawet, czy to właśnie dlatego tak lubimy czytać książki o Harrym Potterze. Nie mam pojęcia."
Finley jest w ostatniej klasie liceum. Wychowuje go ojciec, pracujący na nocną zmianę oraz dziadek, który kilka lat temu stracił nogi. Po traumatycznych wydarzeniach w przeszłości, chłopak zamknął się w sobie, stał się milczący. Oddał się opiece nad niepełnosprawnym dziadkiem, trenowaniu koszykówki oraz swojej dziewczynie, jedynej przyjaciółce, Erin. Na pewno jest wyjątkowy, poprzez swoje oddanie rodzinie oraz koszykówce, posłuszeństwie dla trenera, swojej dobroci i pomocy Russelowi. Pomimo to, początkowo bywały momenty, w których Finley trochę mnie drażnił. Wydawał mi się strasznie dziecinny. Na szczęście z biegiem wydarzeń uczucie to znikło, zaczęłam doceniać go.

Erin to rówieśniczka Finleya, jego dziewczyna. Ma w sobie charakter i energię. Cała rodzina Finleya jest w niej zakochana. Chociaż nie dowiedziałam się za wiele o tej postaci, wiem że zawsze wspierała swojego chłopaka, rozumiała go. Jest uzdolniona i uparta w swoich planach.

Russel to utalentowany koszykarz z aspiracjami do NBA, jednak po śmierci swoich rodziców nie jest w stanie się pozbierać i zamyka się w sobie. Podaje się za Numer 21, przybysza z kosmosu. Jeżeli się odzywa, to mówi tylko o powrocie na inną planetę. Dzięki działaniom trenera, nawiązuje znajomość z Finleyem, do którego bardzo się przywiązuje. To właśnie chłopak pomaga mu się otworzyć, powrócić do swojej pasji. Pomimo ogromnego sukcesu, który jest mu pisany, nie wywyższa się i zawsze pamięta o swoim przyjacielu.

Największą rolę w tej książce grają emocje, towarzyszące bohaterom w trakcie ich walki o przyszłość. Liczy się również przyjaźń, która łączy Finleya i Erin, a także Finleya i Russella. Jest to przyjaźń, w której najważniejsze jest wsparcie i oddanie dla drugiej osoby, a nie odnoszone sukcesy czy materialne dobra. Łączy ich wspólna pasja, koszykówka, a także trudy przeszłości i teraźniejszości. Chociaż były chwile, w których Finley toczył ze sobą wewnętrzną walkę - czy ważniejsza jest dla niego koszykówka czy pomoc Russelowi, ostatecznie zwyciężała przyjaźń. Muszę przyznać jednak, że fakt iż główny bohater zrywał ze swoją dziewczyną na czas sezonu, by skupić się na treningach, był dla mnie zdziwieniem i kompletnym nieporozumieniem. Podziwiałam jednak miłość pary, gdyż łączyła ich silna więź, ufali sobie i wiedzieli, że spędzą wspólnie życie. Gdzieś głęboko we mnie pojawiał się nawet podziw dla ich ambicji, chęci ucieczki, poświęceniu - dlatego właśnie rezygnowali ze związku na czas rozgrywek. Musieli w pełni oddać się walce o swoją przyszłość.
"Zabawne, jak jedno brutalne zdarzenie może sprawić, że spojrzysz na świat inaczej. Kiedy gangster potrąca samochodem twoją dziewczynę, koszykówka przestaje być taka ważna. Teksty trenera o tym, jak koszykówka jest lekcją życia, wydają mi się teraz gównianą gadką. A może jednak nauczyłem się dzięki koszykówce czegoś o życiu: obchodzisz innych ludzi tylko wtedy, gdy możesz pomóc im wygrać. Jeśli nie możesz tego zrobić, przestajesz się liczyć."
Częstym motywem jest obserwacja gwiazd. W ten sposób bohaterowie rel
aksują się, oddają marzeniom, wyobrażają sobie lepsze życie. W końcu świat jest taki duży, nie ogranicza się tylko do Bellmont. Miałam wrażeniem jakbym wraz z nimi siedziała pod gwiazdami. Nawet sama zamarzyłam o wieczorze pod gołym niebem.

Narracja prowadzona jest przez Finleya, dlatego dokładnie wiemy jak chłopak się czuje. Dzięki temu, oraz prostocie jego wyrażeń, mocniej odczuwałam jego emocje, lepiej je rozumiałam. Język jest prosty, znajdują się w nim czasem wyrażenia młodzieżowe, jednak nie jest wulgarny. Czyta się lekko, ale wrażenia są naprawdę pozytywne.

Muszę przyznać, że zakończenie czytałam w samotności, ponieważ płakałam. Tak, płakałam. Zakończenie było pogodne, ale wzruszające. Wcześniej bywały momenty, gdy na mojej twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech. Od samego początku historii można było czuć nadzieję, jaka towarzyszyła bohaterom. Śledząc ich losy miałam ochotę sama wziąć się za siebie, walczyć o marzenia. Nie nazwałabym książki mocną, ale poruszającą historią o marzeniach, planach na przyszłość, przyjaźni i miłości. Pokazuje przyjaciół, którzy stawiają swoją znajomość ponad inne rzeczy, nawet jeśli czasem wiele ich to kosztuje. Czytamy o tym, jak w wyniku wypadku sprawy przyziemne tracą sens, o poszukiwaniu w takich chwilach wsparcia wśród bliskich. Jest to książka, którą warto przeczytać. Polecam Wam ją z czystym sumieniem.
"- Widzę, że masz wiele tych nadziei. 
Uśmiecham się do niej.

- Nie ma w tym nic złego - mówi, po czym wygląda przez okno."
________________________________
Czytaliście może "Poradnik pozytywnego myślenia" tego samego autora? Ja niestety mam go wciąż przed sobą, ale po lekturze "Niezbędnika..." mam na niego większą ochotę :)
Przypominam o stronie na FB [klik], gdzie będziecie na bieżąco z nowościami oraz ciekawostkami :) Zapraszam również do obserwowania bloga :)
Miłego dnia!

5 listopada 2013

24. "Dziedzictwo królów" Celia Friedman

"Kamala, młoda dziewczyna, która rzuciła wyzwanie magom, osiągnęła swój cel - opanowała sztukę czarnoksięstwa i jej moc dorównuje teraz najpotężniejszym spośród Magistrów. Choć ci nigdy nie wybaczą jej zachwiania starego porządku i zabicia jednego z nich, widmo nadchodzącej wojny każde odsunąć na bok wewnętrzne spory.
W Dziedzictwie królów ludzkość czeka ostateczna bitwa z Duszożercami - podobnymi do smoków krwiożerczymi stworami, jeszcze do niedawna odgrodzonymi od południowych krain magiczną barierą, Gniewem Bogów. Mur jednak padł i na świat ludzi padła groźba totalnego wyniszczenia. 

Oto kluczowe starcie Drugiej Ery Królów."
"Dziedzictwo królów" to ostatni tom trylogii Magistrów Celii Friedman. Przyznaję, że czekałam na zakończenie tej historii i miałam sporo oczekiwań w stosunku do niej.

W tym tomie po raz ostatni spotykamy się z dobrze znanymi nam już bohaterami. Wraz z nimi staramy się rozwiązać niecierpiący zwłoki problem - powrót Duszożerców. Ta sytuacja powoduje napięcie wśród rodu lyr, mieszkańców południowych krain, a nawet Magistrów. Nastały niebezpieczne czasy i nastawieni do siebie negatywnie Magistrowie muszą zjednoczyć swoje siły i pomóc śmiertelnikom. Czy im się to uda? Czy będą w stanie schować swoją dumę i zacząć współpracę? Czy pokonają Duszożerców?

Styl autorki jest bardzo przyjemny do czytania. Chociaż jest lekki, wpływa na wyobraźnię i pozwala wczuć się w wydarzenia, wyobrazić je sobie w głowie i przeżyć je. Przyznaję, że lektura książki była dzięki temu jeszcze lepsza. Wraz z biegiem akcji przed moimi oczami przesuwały się obrazy, nie miałam najmniejszej trudności z wyobrażeniem sobie przedstawionych przez Friedman wydarzeń czy postaci. Czytało mi się płynnie i z prawdziwą przyjemnością.

Wydarzenia śledzimy jak zwykle z perspektywy wielu bohaterów. Jest to dla mnie znowu plusem, ponieważ mamy szerszy pogląd na sprawę, odkrywamy więcej szczegółów. Łatwo jednak odkryć z czyjego punktu widzenia mamy przedstawioną historię, jest wszystko jasne i przejrzyste. Autorka poprowadziła narrację w sposób interesujący, wpływający korzystnie na odbiór powieści.
"Latanie w lodowych niebiosach, pijany zapachem królowej... Smakowanie krwi wroga... To mój dar, to moja siła, to moja wartość... Zabiłem dla ciebie, moja królowo!"
Historia sama w sobie również jest ciekawa. Chwaliłam ją zresztą przez ostatnie dwa tomy i tym razem również muszę to zrobić. Pomysł na Duszożerców, przynajmniej w takiej formie, wydaje mi się być oryginalny i interesujący. W tym tomie możemy dowiedzieć się więcej na temat tych niebezpiecznych zwierząt, ich historii oraz związków z ich konsortami, partnerami. Urozmaica to fabułę, dodaje jej walorów, wzbogaca.

Akcja ma swoje wzloty i upadki, a właściwie momenty napięcia oraz spokoju. Autorka starała się nie zanudzić nas, ale też nie wprawić w zbytnie nerwy, dać nam chwilę relaksu. W spokojniejszych chwilach poznawaliśmy, np. historię Duszożerców, śledziliśmy burzę mózgów bohaterów, którzy starali się ułożyć jak najlepszy plan walki. Chwile napięcia, które nam towarzyszyły, dodawały historii dreszczyku. Mamy wielką bitwę, w której ważą się losy świata. Podróże mentalne Kamali i chociaż jej ciało leżało bezpieczne kilkaset kilometrów dalej, wciąż nie mogłam być pewna o jej życie. Przyznaję również brawa autorce za jeden moment - nie będę zdradzać szczegółów, ale szczęka mi lekko opadła. Tego kompletnie się nie spodziewałam, zaskoczyła mnie w milionie procentów. I podejrzewam, że nie mnie jedną.
"Ciemność.

Pulsujące gorąco.
Przebijanie się do powierzchni czarnego morza. Czarna, lustrzana tafla, nie do stłuczenia. Brak tchu. Brak powietrza, by wrzeszczeć."
Warto zwrócić uwagę na bohaterów. Nad kilkoma rozpisywałam się przy okazji wcześniejszych tomów, dzisiaj jednak zwrócę uwagę na jednego, o którym nie pisałam wiele (o ile w ogóle). Salvator, syn nieżyjącego króla Dantona (tom I), który w poprzednim tomie objął władzę nad Królestwem, nie wzbudzał mojej sympatii. Wydawał mi się zaślepionym przez wiarę człowiekiem, kompletnie nie nadającym się na króla. Muszę jednak przyznać, że w "Dziedzictwie królów" przeszedł niesamowitą przemianę. Okazał się być prawdziwym synem swojego ojca, wielkim władcą, odważnym mężczyznom. Do końca służył swojemu bogowi, był gotowy na poświęcenia dla kraju oraz poddanych, nie łamał się w swojej wierze, ale potrafił wykazać się niebywałą inteligencją i szacunkiem, zrozumieniem dla sprawy. Z każdą kolejną stroną, wzbudzał we mnie coraz większą sympatię.

Rzadko w swoich recenzjach zwracam uwagę na wygląd książki, tym razem jednak zrobię wyjątek. Może później wejdzie mi to w nawyk, kto wie. Okładka jest bardzo prosta, ale podoba mi się w swej prostocie. Czerwona wstęga na zielonym tle odcina się doskonale. Tłoczone litery, prosta czcionka. Wszystko ładnie wkomponowane w środek okładki. Do tego napis "Ta seria o głowę przewyższa konkurencję" daje nam jasno i wyraźnie do zrozumienia, że książkę musimy kupić. Jest w widocznym miejscu, więc rzuca się w oczy.

Podsumowując: całą serię zdecydowanie polecam. Przez styl autorki czyta się ją rewelacyjnie, historia również jest ciekawa. Chociaż przyznaję, że najbardziej podobał mi się pierwszy tom, reszta również warta jest przeczytania.
"Gdzieś w świecie jeden lub kilku konsortów zostało umyślnie wyssanych z resztek ognia duszy. Gdzie indziej przejęto tyle samo nowych konsortów, świeżych i pełnych życia. Jedyną rzeczą, której nie wiedzieli obserwujący Magistrowie - i nad którą się zastanawiali - było to, jakaż spektakularna akcja zacznie się za chwilę, skoro wymaga szczytowej formy kilku Magistrów."
 ________________________________
Starałam się nadać tej recenzji nową formę. Nie wiem na ile mi to wyszło, ale będę nad tym pracować i może pewnego dnia się uda. Chciałam się skupić bardziej na powiedzeniu swojej opinii niż opisywaniu książki. Dostałam bowiem taką radę i bardzo chciałabym się do niej dostosować. Dlatego liczę na Wasze komentarze i porady. Wasze zdanie naprawdę się dla mnie liczy :)
Poza tym z radością ogłaszam, że dostałam pierwszą propozycję współpracy. Wkrótce będziecie mogli zobaczyć efekty, ponieważ czekam na przesyłkę. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę :)

3 listopada 2013

#2 Herbatka Skworcu

Cześć Wam :)
Pogoda za oknem ostatnio nie dopisuje, dlatego najlepiej usiąść w domu pod kocem, zaparzyć sobie ciepłą herbatę i oddać się lekturze dobrej książki. Od razu poczujemy się lepiej, kiedy przeniesiemy się z ponurej, szarej rzeczywistości do innego świata. Obecnie sama żyję w świecie Celii Friedman i jej trylogii Magistrów, gdyż czytam ostatni tom - "Dziedzictwo królów". Dlatego wkrótce możecie spodziewać się jej recenzji :)
Dla rozgrzania napiszę Wam dziś o kolejnych herbatach firmy Skworcu.


Leśny Elf [klik]
Jest to zielona herbata, która ma bardzo przyjemny aromat. Smak bardzo mi się podobał. Muszę przyznać, że zielone herbaty od firmy Skworcu są naprawdę rewelacyjne. Nie musiałam jej słodzić (a przypominam, że słodzę dużo), a była dla mnie idealna w smaku, ciekawa. Prawdopodobnie wpływają na to owocowe dodatki.

Składniki:

  • zielona herbata Chun Mee,
  • owoce aronii,
  • dzika róża,
  • owoce jagody, jeżyny, czerwonej porzeczki,
  • kwiatki prawoślazu lekarskiego,
  • plasterki truskawek,
  • aromat.
Rooibos Kropla Słońca [klik]

Jest to napar na bazie zielonego rooibosu o limonkowym aromacie. Ma dobry, lekko cytrynowy posmak, dlatego jest orzeźwiająca. Podobał mi się również jej zapach, który nie był zbyt intensywny, ale delikatnie wpływał na nasz węch. Smaczna również bez cukru. Idealna na każdą porę dnia, rano aby nas pobudzić, a wieczorem by odprężyć i pozytywnie wpłynąć na sen.

Składniki:

  • zielony rooibos BIO (min. 80%, niefermentowany rooibos zawiera ogromne ilości minerałów i witamin, które nie znikają w procesie utleniania),
  • plasterki cytryny,
  • kryształki cukru,
  • aromat,
  • kawałki skórki cytryny,
  • organiczna trawa cytrynowa,
  • kwiatki kocanki piaskowej,
  • czerwone porzeczki.
Naprawdę polecam Wam obie herbaty. Nie dość, że mają piękne nazwy (czy Leśny Elf nie brzmi magicznie?), to jeszcze są dobre w smaku. Zapraszam na stronę Skworcu, aby zapoznać się z powyższymi herbatami i znaleźć coś dla siebie :)

Za możliwość spróbowania herbat dziękuję firmie Skworcu:

1 listopada 2013

23. "Muzyka z zaświatów" Graham Masterton

Hej hej :)
Z dumą mogę oznajmić, że stuknęło nam 100 fanów na facebooku! Tych, którzy jeszcze nie polubili strony, gorąco do tego zapraszam :) Macie taką możliwość bezpośrednio już tutaj na blogu, z lewej strony, bądź przenosząc się na stronę FB Licencja Na Czytanie [klik]. Zapraszam do lajkowania fanpage'a oraz obserwowania bloga (po lewej stronie), aby być na bieżąco z nowościami :)
Wczoraj było Halloween i ciekawa jestem, czy ktoś z Was obchodzi je. Ja sama nie chodzę za cukierkami, ani nie przebieram się w kostiumy, ale wiem że jest to coraz popularniejsze u nas w kraju. A może jednak obchodzicie Dziady? :) 
Książka, którą dzisiaj dla Was zrecenzuje, może nie opowiada o Halloween, ale jest z działu horror i literatura grozy, więc powinna pasować. Zapraszam do czytania o "Muzyce z zaświatów" Grahama Mastertona.

"Czy zmarli mogą dochodzić sprawiedliwości w świecie żywych? Gideon Lake, młody kompozytor muzyki telewizyjnej, wprowadza się do apartamentu w nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village - i natychmiast zakochuje w mieszkającej po sąsiedzku Kate Solway. Namiętność i pasja, które łączą tych dwoje nie mogą wyjść na jaw. Kate jest mężatką. Aby utrzymać związek w tajemnicy, zaprasza Gideona do Europy. W trakcie podróży po Starym Kontynencie Lake zaczyna się domyślać, że kobieta, którą pokochał, ukrywa przed nim straszną tajemnicę. Kim jest Kate i jakie ma zamiary? Skryte zachowania dziewczyny, spotkania z jej niepokojącymi znajomymi, groźby jakich doświadcza, uświadamiają Gideonowi, że żadna z nowo poznanych osób nie jest tym, za kogo się podaje. Kluczem do rozwiązania mrocznej zagadki okażą się wyczulone zmysły, dzięki którym kompozytor tworzy swoją muzykę i dostrzega niewidzialny świat, odległy od naszego o grubość cienia..."
Już kiedyś wspominałam, że Graham Masterton należy do grona moich ulubionych autorów. Jak tylko widzę jego nazwisko w jakieś taniej księgarni czy wyprzedaży, a cena wynosi 10 zł, bez wahania kupuję ją, często nawet nie czytając opisu z tyłu. Podobnie było w tym wypadku, gdy pobieżnie rzuciłam okiem na zarys fabuły. 

Gideon Lake wprowadza się do nowego mieszkania i bardzo szybko nawiązuje kontakt z Kate Solway, zamężną sąsiadką. Kobieta fascynuje go swoją urodą oraz otaczającą ją aurą tajemniczości. Nawiązuje się miedzy nimi romans, który muszą ukrywać przez wzgląd na Victora, męża kobiety. Aby spędzić trochę czasu razem, nie musząc się ukrywać, Kate zaprasza muzyka do swoich znajomych do Sztokholmu. Wszystko wydaje się być dziwne, gdyż podróżują osobno, a na miejscu Gideona nikt nie wita. No, prawie nikt... Mężczyzna spotyka dwie dziewczynki, które kilka sekund później wchodzą do domu wraz z rodzicami i Kate. Czy Gideon ma przewidzenia? Czy można być w dwóch miejscach na raz? Jednak w raz z upływem czasu, sytuacja nie wyjaśnia się, a wręcz coraz bardziej komplikuje. Zdenerwowany niewiedzą oraz tajemniczymi wydarzeniami, postanawia wrócić do domu. 
"Nie ma takiego drzewa [drzewo drogowskaz]- stwierdził. - Kiedy człowiek się zgubi, nigdy nie znajdzie drogi z powrotem."
Pobyt w Sztokholmie nie jest jednak jedyną podróżą, w którą udaje się Gideon na prośbę Kate. Kobieta potrzebuje jego pomocy, jednak nie chce wyjaśnić jakiej konkretnie. Odpowiada zagadkami, wciąż unikając konkretnych wyjaśnień. Mężczyzna, zakochany już w niej, ufa jej i zgadza się na wszystko. Dlatego leci do Londynu, by poznać kolejnych znajomych Kate. Skrycie ma nadzieję, że wydarzenia nie przybiorą złego obrotu, a jego gospodarze nie okażą się równie dziwni, tajemniczy i szaleni jak poprzedni. Jego nadzieje okazują się jednak płonne, jego cierpliwość i zaufanie zostają wystawione na próbę. I to nie po raz ostatni, gdyż Kate wysyła muzyka w podróż do Wenecji. 
"Włączyłem ogrzewanie, nastawiłem je na maksimum i nalałem sobie sporą porcję krupniku, miodowej wódki, którą dostałem dwa lata temu na święta od mojego polskiego znajomego, Piotra Kusia. Piotr grał na perkusji jak szatan, choć żeby osiągnąć ten stan, potrzebował dwóch jointów i trzech setek wyborowej."
Jeżeli chodzi o bohaterów, to właściwie niewiele mogę o nich powiedzieć. Gideon to młody muzyk telewizyjny, zdolny, ale rozwijający się w pełni dopiero pod wpływem uczucia do Kate. Bardzo szybko traci głowę do mężatki, ledwo ją poznaje, a już jej kompletnie ufa i wplątuje się w tajemnicze wydarzenia. Odczuwa zazdrość i złość na myśl o jej mężu. Jest jednak gentelmanem, a także troskliwym mężczyzną - chce odkryć prawdę na temat sytuacji, w którą się wplątał i pomóc nowo poznanym znajomym. Jego zawziętość i upór, pomimo licznych gróźb i niebezpieczeństwa, jest godna podziwu. 
Kate jest ładną kobietą, owianą tajemnicą. Często odnosiłam wrażenie jakby potrzebowała Gideona tylko do własnych korzyści, jednak żywi do niego cieplejsze uczucia, kocha go. Nie może jednak wyjawić mu prawdy, dlatego zachowuje się podejrzanie. 
Przyznaję, że nie przywiązałam się do głównych bohaterów, nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. 
"Obietnica jest w pewnym sensie przepowiednią. Ale kiedy człowiek wstaje rano, nie wie, co przyniesie mu kolejny dzień i czy dożyje nocy."
Jak na książkę Mastertona, nie wzbudziła we mnie większych emocji. Przeważnie mam ciarki, odczuwa jakiś strach albo napięcie, tym razem jednak nie było tego. Przyznaję, że wzbudzić we mnie dreszczyk, ale "Muzyka z zaświatów" zdecydowanie horrorem nie jest. Ani literaturą grozy. Historia może i była ciekawa, jednak nie wciągnęła mnie. Były momenty, w których nic się nie działo, akcja nie prowadziła do niczego. Wątek miłosny był według mnie nudny. Bardzo szybko się w sobie zakochali i chociaż można było odczuć, że Kate skrywa tajemnicę, nie dodało to więcej emocji do tego związku. Cieszę się, że mogę odhaczyć kolejny tytuł mojego ulubionego autora, ale na pewno nie zapadnie mi w pamięć na dłużej. Skończyłam czytać w nocy i ani przez chwilę nie przeżywałam fabuły. Jeżeli nie przeczytacie tej książki, to na pewno przeżyjecie. 
"Niebo nie jest dla ludzi żądnych zemsty."

25 października 2013

22. "Gra w kłamstwa" Sara Shepard

Witajcie! :)
Przed chwilą wróciłam z parku, gdzie koleżanka była tak dobra i zgodziła się zrobić mi kilka zdjęć :) Jestem jej za to niezmiernie wdzięczna, bo nareszcie będę miała ładne profilowe :) I w ogóle można się dowartościować, kiedy ogląda się ładnie zrobione zdjęcia :) 
Wracając jednak do spraw ważniejszych - przynajmniej dla tego bloga, mam dla Was nową recenzję. Ostatnio w moje ręce wpadła "Gra w kłamstwa" Sary Shepard i to właśnie ją chcę Wam przedstawić.


"Najgorsze w byciu martwym jest to, że niczego już nie przeżyjesz.

Nigdy więcej nie pocałujesz chłopaka.
Nigdy więcej żadnych sekretów.
Nigdy więcej plotek z dziewczynami.

Chciałam dostać coś, czego nikt inny jeszcze nie dostał - drugie życie.
Dzięki Emmie, mojej zaginionej siostrze bliźniaczce, mam na to szansę."
Po "Grę w kłamstwa" sięgnęłam zachęcona serialem, który powstał na podstawie powieści Sary Shepard. Od razu muszę Was jednak wyprowadzić z błędu - książka a serial to zupełnie dwie różne sprawy. Zdecydowanie się od siebie różnią. 

Sutton Mercer i Emma Paxton to siostry bliźniaczki, które zostały rozdzielone bardzo wcześnie. Sutton trafiła do bogatej rodziny, zaś Emma początkowe lata swojego życia spędziła z matką. Kobieta jednak porzuciła córkę, która od tamtej pory pałętała się po rodzinach zastępczych. Żadna nie wiedziała o istnieniu tej drugiej. Aż do czasu, gdy Travis - syn kolejnej matki zastępczej Emmy - pokazał dziewczynie filmik, na którym nastolatka jest duszona naszyjnikiem. Dziewczyna wyglądająca dokładnie tak samo jak Emma. Bohaterka odnajduje ją na Facebooku i wysyła wiadomość. Szybko dostaje odpowiedź z zaproszeniem do Tucson, aby poznać się ze swoją zaginioną siostrą. Emma, która zawsze marzyła o prawdziwej rodzinie, jest bardzo szczęśliwa i nie może się doczekać spotkania. Niestety, gdy zjawia się na wyznaczonym miejscu, sprawy zaczynają przybierać nieoczekiwany obrót. Przyjaciółki Sutton biorą ją za jej siostrę, państwo Mercerowie również nie wierzą w historię o odnalezionej bliźniaczce i biorą wszystko za żart. Emma otrzymuje liścik z ostrzeżeniem i nakazem udawania Sutton. Zaczyna coraz bardziej się bać, zwłaszcza że nie może nikomu ufać...
"Dusiciel coraz mocniej zaciskał łańcuszek. Kimkolwiek był, nosił maskę, więc Emma nie mogła zobaczyć jego twarzy. Po około trzydziestu sekundach dziewczyna na filmie przestała walczyć i jej ciało zwiotczało."
Główną bohaterką książki jest Sutton Paxton. Prawie osiemnastoletnia dziewczyna, która większą część swojego życia spędziła u rodzin zastępczych. Zawsze marzyła o prawdziwej rodzinie. Los jej jednak nie sprzyjał, dlatego pracowała oraz uczyła się, aby móc pójść na studia i usamodzielnić się. Emma to prosta dziewczyna, kompletnie różniąca się od swojej siostry. Jednak gdy przyszło jej udawać Sutton, radziła z tym sobie całkiem nieźle, jak tylko pobieżnie poznała cechy bliźniaczki. Bardzo starała się rozwiązać sprawę zaginięcia Sutton, chociaż często panikowała, miała problemy z zachowaniem zimnej krwi, chciała uciekać i zostawić wszystko za sobą. Trudno się jej jednak dziwić, skoro ktoś nieustannie ją obserwuje i grozi. 

Narratorem historii jest... Sutton Mercer. Dziewczyna duchem towarzyszy swojej bliźniaczce, jakby siedziała w jej głowie. Niestety, straciła ona pamięć i nie wie co się z nią stało. Wydaje się jej również, że wszystko co dzieje się wokół Emmy nie jest prawdą, że przyjaciele nie mówią prawdy na temat historii Sutton. Nie może ona jednak pomóc siostrze, ponieważ jest tylko duchem, a także ma problemy z przypomnieniem sobie swojej przeszłości, powiązaniem faktów. Niewiele zostawiła również wskazówek - jej pamiętnik był pisany tylko ogólnikowymi hasłami. Wszystko na czym musi oprzeć się Emma jest zdaniem bliskich Sutton, według których dziewczyna była wyniosła, chłodna, wredna, nieprzyjemna, nie miała litości dla innych, z których często stroiła sobie żarty, bawiła się chłopakami i nie miała skrupułów, aby odbić swojej przyjaciółce chłopaka. Była całkowitym przeciwieństwem Emmy. 
"-Jak leci, Sutton!? - krzyknął z wnętrza klasy wysoki chłopak w luźnych spodniach i skejtowskich butach. Czy Emmie się wydawało, czy też w jego głosie naprawdę pobrzmiewał zimny, nienawistny ton? Sutton mogła robić sobie żarty z w s z y s t k i c h tych ludzi. Każdy więc mógł ją zabić."
Sara Shepard pisze językiem prostym, młodzieżowym, przez co czyta się szybko i lekko. Podobnie jak w serii Pretty Little Liars, autorka lubi wstawiać w opisach bohaterów marki znanych ubrań czy dodatków. Niestety, niewiele mi one mówią, a często trochę mnie to drażniło. Jest to jednak bardzo mały drobiazg, więc nie wpływa negatywnie na odbiór książki.

Miałam naprawdę wysokie oczekiwania w stosunku do tej książki, ponieważ serial bardzo mi się podobał, wciągnął mnie niesamowicie. Niestety, chyba nie do końca zostałam usatysfakcjonowana. Wiemy prawie od początku, że najprawdopodobniej Sutton nie żyje (tak twierdzi przynajmniej tajemniczy prześladowca Emmy), jednak ciała nie znaleziono. Jednak sam fakt, że Sutton duchem towarzyszy Emmie, daje nam potwierdzenie, że dziewczyna naprawdę nie żyje. Mamy tajemnicę, ponieważ nie wiemy jak zginęła oraz co ukrywają przyjaciółki Sutton, kto stara się ukryć zaginięcie dziewczyny oraz co stało z Thayerem Vegą, chłopakiem który zaginął kilka dni przed bogatszą bliźniaczką. Niby byłam ciekawa co będzie dalej, czy Emma będzie bezpieczna i dowie się czegoś na temat swojej siostry, ale nie czułam wielkiego podekscytowania czy niecierpliwości. Czegoś mi w tym wszystkim zabrakło. Zdecydowanie bardziej podobał mi się serial. Mimo wszystko na pewno przeczytam kolejny tom serii, jak tylko ukaże się tłumaczenie.
"-Chcesz o tym pogadać? - ciągnęła Emma.

Madeline wydała stłumiony okrzyk.
-Z tobą?
-A czemu nie? - Tak przecież postępują bliscy przyjaciele, prawda?
Byłam pewna, że tak. Ale miałam również wrażenie, że ani ja, ani moje przyjaciółki nie należymy raczej do zbyt wrażliwych i wylewnych osób."