17:54:00

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain to popularna autorka powieści dla kobiet, pisarka która w swoich książkach porusza ważne tematy, podając je w przystępnej formie. Nie inaczej jest w przypadku Jak gdybyś tańczyła, która została wydana w Polsce w tym roku.

Molly ma dobrą pracę, kochającego męża, z którym stara się o adopcję. Ma też głęboko skrywane sekrety, które boi się wyjawić. Jej małżonek nie wie, że kobieta udaje sierotę, a tak naprawdę ma rodzinę i dwie matki – biologiczną i adopcyjną. Kiedy dwadzieścia lat wcześniej straciła ukochanego ojca, odeszła z domu i nigdy nie wybaczyła swoim bliskim kłamstw. Teraz Molly obawia się, że będzie musiała wyznać prawdę mężowi; prawdę którą starannie ukrywała; prawdę która może go do niej zrazić. Czy tajemnice z przeszłości poróżnią Molly i jej wybranka w teraźniejszości? Czy zaprzepaszczą ich szanse na posiadanie dziecka?

Chamberlain znów podjęła się trudnego tematu, właściwie dwóch. Adopcji oraz choroby bliskiej osoby, jej straty. Nigdy nie miałam do czynienia z osobami, które są adoptowane bądź adoptowały dziecko. Domyślam się jednak, że chociaż kocha się takie dziecko i wychowuje jak swoje, to często mogą pojawiać się problemy. Zwłaszcza, gdy biologiczna matka jest znana i pojawia się w życiu dziecka. Autorka ukazała dylematy takiej rodziny. Z jednej strony wielką miłość i troskę, z drugiej lęk adopcyjnej matki o bycie mniej kochaną niż rodzicielka. Pobłażać pociesze, by była wiecznie zadowolona i faworyzowana, by nie czuła się gorsza, czy jednak wychowywać w zgodzie z własnymi poglądami dla jej dobra? Powieść naładowana jest jeszcze większymi emocjami, gdyż Molly przeżywa śmierć ojca, z którym była blisko związana. Dorastała z wiedzą, iż jej ojciec cierpi na stwardnienie rozsiane. Od kiedy tylko sięgała pamięcią, jeździł na wózku. Wraz z upływem czasu choroba postępowała, zabierając mu zdolność poruszania rękami, pogarszając wzrok. Nie była jednak gotowa na jego śmierć, o którą obwiniała swoją adopcyjną matkę. Jego odejście było niczym punkt zapalny w jej życiu. Uciekła od bliskich, nie mogąc pogodzić się z tym, iż nie okazują należnego smutku, że okłamują ją. Tymczasem sama budowała swoje nowe życie na kłamstwie…

W powieści poruszane są naprawdę ważne i ciężkie wątki, jednak całość nie przytłacza, nie przygnębia, nie ma się poczucia, jakby zawisły nad tobą ciemne chmury. Jak gdybyś tańczyła to nie tylko dylematy, ale również historia o miłości i poszukiwaniu szczęścia, dzieleniu się uśmiechem. W retrospekcjach, które są przytaczane, widziałam jak Molly stara się uprzyjemnić życie choremu ojcu, wywołać radość i śmiech. Jej rodzice kochali ją i każde na swój sposób to okazywało.

Jak gdybyś tańczyła to poruszająca historia o tym, jak wielką siłą destrukcyjną ma kłamstwo, jak wiele serca i troski trzeba włożyć w szczęście rodziny. To również opowieść o wybaczaniu i dojrzewaniu, gdyż nigdy nie jesteśmy za starzy, aby nauczyć się nowych rzeczy. Jak zawsze Diane Chamberlain stanęła na wysokości zadania, nie zawiodłam się na lekturze. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

20:40:00

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

Ostatnia arystokratka i Arystokratka w ukropie Evzena Bocka, to hity moich ostatnich czytelniczych miesięcy. Dałam się porwać autorowi, śmiejąc się w miejscach publicznych, a opowieść Marii Kostki stała się dla mnie rozweselającym narkotykiem, w dodatku w 100% zdrowym i dostępnym bez recepty. W oczekiwaniu na trzecią część przygód czeskiej arystokratki, sięgnęłam po inną powieść Bocka, Dziennik kasztelana.

Wiktor jest zmęczony mieszkaniem w wielkim mieście. Zostawia Pragę, aby zostać kasztelanem w morawskim zamku. O nowej pracy nie wie nic, ale z dala od zgiełku chce odpocząć, odnaleźć wewnętrzną równowagę, a także naprawić swoje małżeństwo. Los jednak chce inaczej, a kasztelan musi zapomnieć o swoich planach. Na zamku nawiedzają go bowiem duchy przeszłości, a dziwne wydarzenia zaburzają wymarzony spokój.

Wiedziałam, że nie ma co porównywać Dziennika kasztelana do Arystokratki w ukropie. To dwie inne historie, zupełnie inne klimaty. Gdzieś jednak w głębi serca liczyłam na podobną rozrywkę, dawkę czeskiego humoru. Owszem, wciąż dało się wyczuć ten porywający styl, jednak w mniejszym stopniu. Chociaż opowieść o Wiktorze ma swoje dobre, zabawne momenty, to jednak nie bawiła mnie tak mocno, jak inne opowieści Bocka.

Opis historii intrygował. Myślałam, że będzie to czeski humor wpleciony w powieść z nutką grozy (duchy przeszłości, straszny zamek, tajemniczy mieszkańcy). Ani razu nie czułam dreszczyku, ani napięcia. Miejsce akcji było mroczne, dziwne i niewyjaśnione zjawiska były tam na porządku dziennym, jednak nie wzbudzały one we mnie żadnych emocji. Przyznaję, że powieść Bocka traktuję w tym wypadku jako lekką historię z małą tajemnicą w tle i nutką humoru.

Widzicie, miało być groźnie, miały być duchy przeszłości, a tymczasem było więcej potworów z teraźniejszości. Wiedziałam, że Wiktor chce odpocząć od wielkiego miasta i naprawić małżeństwo, ale nie spodziewałam się, że wątek ten będzie stanowił aż tak mocny punkt powieści. Historia jego wzlotów i upadków w związku stanowiła sporą część książki. Dodając do tego troskę o ukochaną córkę. Zatem mało duchów, a sporo zwykłych codziennych niesnasków.

Nie zawiodłam się jednak na autorze. Jego styl sprawia, że książki czyta się w ekspresowym tempie. Dziennik kasztelana nie jest gruby, więc jego lektura zajmuje tylko kilka godzin, których – pomimo drobnych uwag – nie uznaje za zmarnowane. Uważam, że jest to kolejny punkt na mojej drodze do poznania czeskiej literatury.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf

18:21:00

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

Quidditch przez wieki to jeden z podręczników Hogwartu, cudowny dodatek do świata Harry’ego Pottera, który opowiada o najpopularniejszym sporcie wśród czarodziejów. Zawsze chciałam mieć go na półce, jednak pierwsze polskie wydanie rozeszło się, zanim zdążyłam je zakupić. Jestem szczęśliwą posiadaczką wersji anglojęzycznej, jednak nie mogłam się oprzeć i nowe wydanie w wersji polskojęzycznej musiałam mieć u siebie.

Dzięki książce mogłam dowiedzieć się, jak ewoluowały miotły i w jakich grach brali udział ich właściciele, gdyż quidditch wcale nie był pierwszą grą miotlarską. Jego pierwotne początki zaobserwowano już w XI wieku, chociaż prezentował się on wtedy zdecydowanie inaczej. Same zmiany jakie zaszły od tamtej pory w przepisach, stylu gry, a także niezbędnym ekwipunku (tłuczki, złoty znicz czy kafel) również są opisane w podręczniku. Niektórzy na pewno zdziwią się, czytając historię o początkach złotego znicza. Zainteresowani znajdą także rozdział o zabezpieczeniach, które stosują organizatorzy zawodów, aby zapobiec przed odkryciem przez mugoli. Chyba wszyscy pamiętają wielki zjazd czarodziejów na Mistrzostwa Świata, o którym można było przeczytać w Czarze Ognia. Tak duża impreza potrzebuje świetnej organizacji, ale te pomniejsze rozgrywki, również muszą być pilnie strzeżone w tajemnicy przed mugolami.

Książka stanowi świetne źródło wiedzy dla fanów quidditcha. Dzięki niej poznałam najlepsze drużyny brytyjskie i irlandzkie, m.in. uwielbiane przez Rona Weasleya Armaty z Chudley. Wspomniane są również drużyny spoza kraju, gdzie ponownie możemy cieszyć się polskim akcentem. Gobliny z Grodziska szczycą się bowiem jednym z najlepszych szukających, Józefem Wrońskim. Skąd wzięły się nazwy drużyn? Jakie sukcesy osiągnęły i z czego są znane? Wszystko to można przeczytać w tym tomie.

Quidditch przez wieki to malutka książeczka, którą połyka się w godzinkę, dwie. Jest fenomenalnym dodatkiem dla każdego Potteromaniaka. Napisana prostym językiem, daje wiedzę o sporcie, który stanowił nieodłączny element magicznego świata Rowling. Gdy czytałam książki z serii o Harrym, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak bardzo autorka skupiła się na uwielbianym przez czarodziejów sporcie. Teraz wiem i cieszę się, że mogłam spędzić czas z tym podręcznikiem (szkoda, że swoich w szkole nie pochłaniałam z takim entuzjazmem). Polecam. Nie tylko da Wam chwilę rozrywki i pozwoli wrócić do ulubionego świata, ale również pięknie prezentuje się na półce.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.




Recenzja znajduje się również na:

11:31:00

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

Co kryją jej oczy Sarah Pinborough było przesyłką-niespodzianką. Lubię thrillery, a skoro ten wpadł w moje ręce, czym prędzej zabrałam się do jego lektury.

David i Adele są idealnym małżeństwem. A przynajmniej takie stwarzają pozory. On jest cenionym psychiatrą, ona swoją urodą i dobrocią wzbudza zachwyt nawet w kobietach. Jednak za zamkniętymi drzwiami uśmiechy znikają, a pojawiają się tajemnice, kłótnie… Louise jest nową sekretarką Davida, a jednocześnie jego kochanką. Równocześnie jest przyjaciółką Adele i jej głęboko skrywanym sekretem. Nieświadoma kobieta daje się wciągnąć w dziwną relację małżeństwa, nie mogąc zakończyć związku z żadnym z nich. Nie wie jednak, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla miłości…

Zaczynając książkę nie miałam w stosunku do niej żadnych oczekiwań. Jedyne czego chciałam, to dreszczyka emocji – w końcu tego powinno się wymagać od thrillera, prawda? Według mnie początek powieści był jej słabym punktem. Czułam się, jakbym czytała zwykły romans, zakazany trójkąt, niewierny mąż i jeszcze ta przyjaźń Adele i Louise. Na szczęście z każdą kolejną stroną coś zaczynało się zmieniać. Powoli pojawiały się zgrzyty w tym pozornie szczęśliwym małżeństwie, wspomnienia z przeszłości tylko dodawały smaku, podobnie jak niedopowiedzenia, którymi posługiwali się bohaterowie. Na kilometr zaczynało śmierdzieć! Zacierałam więc ręce z radości, czekając na punkt kulminacyjny. Przez pewien czas byłam równie zagubiona jak Louise, nie wiedząc komu można ufać i kto jest mniej szurnięty.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Adele oraz Louise. Z jednej strony powinno dać nam to szerszy pogląd na sprawę, z drugiej trochę mąci w głowie. Niby wiemy co czuje każda z nich, co robi, ale wciąż istnieją pewne nieodkryte sekrety, jakby nie wszystkie puzzle pasowały do układanki. Dodatkowo wprowadzane są wydarzenia z przeszłości Adele, które trochę wyjaśniają jej obecną sytuację.

Jako że nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do Co kryją jej oczy, nie mogę czuć się rozczarowana. Ani też powiedzieć, że książka jest lepsza niż oczekiwałam. Na pewno czytałam lepsze, ale miałam też do czynienia z gorszymi historiami. Według mnie powieść Pinborough mieści się w środkowej części tabeli. Wciągnęła mnie, czytało się ją szybko, a zakończenie – tak moi drodzy, czas na najważniejszą rzecz w tej recenzji – TOTALNIE MNIE ZASKOCZYŁO. Koleżanka potwierdzi, że po wszystkim odłożyłam książkę i stwierdziłam, że mój mózg został pokrojony na kawałeczki i ostro wstrząśnięty. Za zakończenie tej historii autorka ma plusa. Było ono dla mnie kompletnie niespodziewane, a patrząc wstecz, wiele wyjaśniało w całej opowieści. Pamiętajcie więc – jeżeli początek lektury nie będzie Was satysfakcjonował, dajcie jej chwilę. Im dalej, tym lepiej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

09:32:00

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

Strażnicy światła to debiut Abby Geni, nowość na naszym rynku. Jeszcze przed premierą słyszałam wiele pozytywnych opinii i to właśnie one sprawiły, że zwróciłam uwagę na ten tytuł. Opis mnie zaintrygował, skojarzył mi się z I nie było już nikogo Agathy Christie. Stwierdziłam, że to jest to, to będzie wciągająca lektura, która powali mnie na kolana (zgodnie z zapowiedziami).

Miranda jest fotografem przyrody. W ramach swojej pracy przenosi się na rok na Wyspy Farallońskie, aby robić zdjęcia dzikiej przyrody. Wprowadza się do małej chatki, gdzie za współlokatorów ma kilku naukowców, pasjonujących się w badaniach nad ptakami morskimi oraz rybami zamieszkującymi pobliskie wody. Wkrótce Miranda zostaje zaatakowana przez jednego z uczonych, który kilka dni później zostaje znaleziony martwy…

Czytając opis książki, a zwłaszcza fragment, w którym zapowiadane są kolejne akty przemocy, podejrzenia Mirandy w stosunku do swoich towarzyszy i jej brak zaufania, spodziewałam się sporej dawki emocji, napięcia, dreszczyku. Jak pisałam wcześniej, od razu miałam skojarzenia z kryminałem Christie. Tymczasem dostałam coś zupełnie innego. Nie tylko od I nie było już nikogo (co oczywiście jest plusem), ale również od moich oczekiwań. Myślałam, że zagrożenie będzie rosnąć, główna bohaterka będzie drżeć o swoje życie, uwięziona na odludziu z grupą zbzikowanych naukowców. Pod tym względem zawiodłam się, a moje nadzieje nie zostały spełnione. Miranda owszem, żyła na skalistym archipelagu, gdzie czekały na nią liczne niebezpieczeństwa, ale głównie związane z dzikimi zwierzętami i trudnym terenem. Ponurego charakteru historii dodawało otoczenie, w którym rozgrywała się akcja.

Brawa dla autorki za oddanie klimatu wyspy. Czytając mogłam sobie doskonale wyobrazić opisywane miejsce. Przed oczami stało mi skaliste wybrzeże, otoczone gęstą mgłą. Aż miałam ochotę mocniej opatulić się kocem. Słyszałam krzyk ptaków zataczających koła na niebie i szukających swojej ofiary. Widziałam czające się w głębinach rekiny, a także majestatyczne wieloryby. Wyobrażałam sobie dzikość krajobrazu, jego surowość, nieskażoną przez człowieka. Chociaż sama nie mogłabym żyć w takim oddaleniu od cywilizacji i bliskich, a także klimat Wysp Farallońskich nie przypadłby mi do gustu, mogłam po części zrozumieć, dlaczego Miranda zakochała się w tym miejscu.

Akcja powieści toczy się powoli, jest leniwa i jakby trochę ospała, senna. Może to klimat wyspy, może inne czynniki. Duża część książki poświęcona jest zwierzętom, które badają naukowcy. Miranda ogląda je, fotografuje, jest biernym obserwatorem pierwotnych instynktów, nietkniętej przyrody. Podczas wielu godzin spędzonych na obserwacjach, Miranda wspomina swoje pracę, rodziców. Strażnicy światła to analiza uczuć bohaterki, jej charakteru i doświadczeń, które wpłynęły na jej życie. Abby Geni pokazuje również, jak ludzie uczą się nie ingerować w naturę, a także w życie swoich współtowarzyszy. Tutaj również stają się biernymi obserwatorami, prawie jakby badali ludzką naturę.

Dopełnieniem powieści, a zarazem wytłumaczeniem skąd się wziął tytuł, jest legenda o poprzednich mieszkańcach wyspy; legenda, w której przewija się nazwa Wyspa Umarłych.

Strażnicy światła mieli być olśniewającym debiutem. Przyznaję, że dostałam ciekawą lekturę, wciągającą pomimo swojej spokojnej narracji i powolnej akcji. Książka jest dobrze napisana, bohaterowie są interesujący, ale odczuwam niedosyt. Nie zachwyciłam się nią tak, jak tego oczekiwałam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

 Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf || Wydawnictwo Kobiece || Tania Książka || Granice || Illuminatio || Czary Mary
Copyright © 2016 Licencja na czytanie , Blogger