18:21:00

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

174. "Quidditch przez wieki" J. K. Rowling

Quidditch przez wieki to jeden z podręczników Hogwartu, cudowny dodatek do świata Harry’ego Pottera, który opowiada o najpopularniejszym sporcie wśród czarodziejów. Zawsze chciałam mieć go na półce, jednak pierwsze polskie wydanie rozeszło się, zanim zdążyłam je zakupić. Jestem szczęśliwą posiadaczką wersji anglojęzycznej, jednak nie mogłam się oprzeć i nowe wydanie w wersji polskojęzycznej musiałam mieć u siebie.

Dzięki książce mogłam dowiedzieć się, jak ewoluowały miotły i w jakich grach brali udział ich właściciele, gdyż quidditch wcale nie był pierwszą grą miotlarską. Jego pierwotne początki zaobserwowano już w XI wieku, chociaż prezentował się on wtedy zdecydowanie inaczej. Same zmiany jakie zaszły od tamtej pory w przepisach, stylu gry, a także niezbędnym ekwipunku (tłuczki, złoty znicz czy kafel) również są opisane w podręczniku. Niektórzy na pewno zdziwią się, czytając historię o początkach złotego znicza. Zainteresowani znajdą także rozdział o zabezpieczeniach, które stosują organizatorzy zawodów, aby zapobiec przed odkryciem przez mugoli. Chyba wszyscy pamiętają wielki zjazd czarodziejów na Mistrzostwa Świata, o którym można było przeczytać w Czarze Ognia. Tak duża impreza potrzebuje świetnej organizacji, ale te pomniejsze rozgrywki, również muszą być pilnie strzeżone w tajemnicy przed mugolami.

Książka stanowi świetne źródło wiedzy dla fanów quidditcha. Dzięki niej poznałam najlepsze drużyny brytyjskie i irlandzkie, m.in. uwielbiane przez Rona Weasleya Armaty z Chudley. Wspomniane są również drużyny spoza kraju, gdzie ponownie możemy cieszyć się polskim akcentem. Gobliny z Grodziska szczycą się bowiem jednym z najlepszych szukających, Józefem Wrońskim. Skąd wzięły się nazwy drużyn? Jakie sukcesy osiągnęły i z czego są znane? Wszystko to można przeczytać w tym tomie.

Quidditch przez wieki to malutka książeczka, którą połyka się w godzinkę, dwie. Jest fenomenalnym dodatkiem dla każdego Potteromaniaka. Napisana prostym językiem, daje wiedzę o sporcie, który stanowił nieodłączny element magicznego świata Rowling. Gdy czytałam książki z serii o Harrym, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak bardzo autorka skupiła się na uwielbianym przez czarodziejów sporcie. Teraz wiem i cieszę się, że mogłam spędzić czas z tym podręcznikiem (szkoda, że swoich w szkole nie pochłaniałam z takim entuzjazmem). Polecam. Nie tylko da Wam chwilę rozrywki i pozwoli wrócić do ulubionego świata, ale również pięknie prezentuje się na półce.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.




Recenzja znajduje się również na:

11:31:00

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

173. "Co kryją jej oczy" Sarah Pinborough

Co kryją jej oczy Sarah Pinborough było przesyłką-niespodzianką. Lubię thrillery, a skoro ten wpadł w moje ręce, czym prędzej zabrałam się do jego lektury.

David i Adele są idealnym małżeństwem. A przynajmniej takie stwarzają pozory. On jest cenionym psychiatrą, ona swoją urodą i dobrocią wzbudza zachwyt nawet w kobietach. Jednak za zamkniętymi drzwiami uśmiechy znikają, a pojawiają się tajemnice, kłótnie… Louise jest nową sekretarką Davida, a jednocześnie jego kochanką. Równocześnie jest przyjaciółką Adele i jej głęboko skrywanym sekretem. Nieświadoma kobieta daje się wciągnąć w dziwną relację małżeństwa, nie mogąc zakończyć związku z żadnym z nich. Nie wie jednak, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla miłości…

Zaczynając książkę nie miałam w stosunku do niej żadnych oczekiwań. Jedyne czego chciałam, to dreszczyka emocji – w końcu tego powinno się wymagać od thrillera, prawda? Według mnie początek powieści był jej słabym punktem. Czułam się, jakbym czytała zwykły romans, zakazany trójkąt, niewierny mąż i jeszcze ta przyjaźń Adele i Louise. Na szczęście z każdą kolejną stroną coś zaczynało się zmieniać. Powoli pojawiały się zgrzyty w tym pozornie szczęśliwym małżeństwie, wspomnienia z przeszłości tylko dodawały smaku, podobnie jak niedopowiedzenia, którymi posługiwali się bohaterowie. Na kilometr zaczynało śmierdzieć! Zacierałam więc ręce z radości, czekając na punkt kulminacyjny. Przez pewien czas byłam równie zagubiona jak Louise, nie wiedząc komu można ufać i kto jest mniej szurnięty.

Narracja prowadzona jest z perspektywy Adele oraz Louise. Z jednej strony powinno dać nam to szerszy pogląd na sprawę, z drugiej trochę mąci w głowie. Niby wiemy co czuje każda z nich, co robi, ale wciąż istnieją pewne nieodkryte sekrety, jakby nie wszystkie puzzle pasowały do układanki. Dodatkowo wprowadzane są wydarzenia z przeszłości Adele, które trochę wyjaśniają jej obecną sytuację.

Jako że nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do Co kryją jej oczy, nie mogę czuć się rozczarowana. Ani też powiedzieć, że książka jest lepsza niż oczekiwałam. Na pewno czytałam lepsze, ale miałam też do czynienia z gorszymi historiami. Według mnie powieść Pinborough mieści się w środkowej części tabeli. Wciągnęła mnie, czytało się ją szybko, a zakończenie – tak moi drodzy, czas na najważniejszą rzecz w tej recenzji – TOTALNIE MNIE ZASKOCZYŁO. Koleżanka potwierdzi, że po wszystkim odłożyłam książkę i stwierdziłam, że mój mózg został pokrojony na kawałeczki i ostro wstrząśnięty. Za zakończenie tej historii autorka ma plusa. Było ono dla mnie kompletnie niespodziewane, a patrząc wstecz, wiele wyjaśniało w całej opowieści. Pamiętajcie więc – jeżeli początek lektury nie będzie Was satysfakcjonował, dajcie jej chwilę. Im dalej, tym lepiej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

09:32:00

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

172. "Strażnicy światła" Abby Geni

Strażnicy światła to debiut Abby Geni, nowość na naszym rynku. Jeszcze przed premierą słyszałam wiele pozytywnych opinii i to właśnie one sprawiły, że zwróciłam uwagę na ten tytuł. Opis mnie zaintrygował, skojarzył mi się z I nie było już nikogo Agathy Christie. Stwierdziłam, że to jest to, to będzie wciągająca lektura, która powali mnie na kolana (zgodnie z zapowiedziami).

Miranda jest fotografem przyrody. W ramach swojej pracy przenosi się na rok na Wyspy Farallońskie, aby robić zdjęcia dzikiej przyrody. Wprowadza się do małej chatki, gdzie za współlokatorów ma kilku naukowców, pasjonujących się w badaniach nad ptakami morskimi oraz rybami zamieszkującymi pobliskie wody. Wkrótce Miranda zostaje zaatakowana przez jednego z uczonych, który kilka dni później zostaje znaleziony martwy…

Czytając opis książki, a zwłaszcza fragment, w którym zapowiadane są kolejne akty przemocy, podejrzenia Mirandy w stosunku do swoich towarzyszy i jej brak zaufania, spodziewałam się sporej dawki emocji, napięcia, dreszczyku. Jak pisałam wcześniej, od razu miałam skojarzenia z kryminałem Christie. Tymczasem dostałam coś zupełnie innego. Nie tylko od I nie było już nikogo (co oczywiście jest plusem), ale również od moich oczekiwań. Myślałam, że zagrożenie będzie rosnąć, główna bohaterka będzie drżeć o swoje życie, uwięziona na odludziu z grupą zbzikowanych naukowców. Pod tym względem zawiodłam się, a moje nadzieje nie zostały spełnione. Miranda owszem, żyła na skalistym archipelagu, gdzie czekały na nią liczne niebezpieczeństwa, ale głównie związane z dzikimi zwierzętami i trudnym terenem. Ponurego charakteru historii dodawało otoczenie, w którym rozgrywała się akcja.

Brawa dla autorki za oddanie klimatu wyspy. Czytając mogłam sobie doskonale wyobrazić opisywane miejsce. Przed oczami stało mi skaliste wybrzeże, otoczone gęstą mgłą. Aż miałam ochotę mocniej opatulić się kocem. Słyszałam krzyk ptaków zataczających koła na niebie i szukających swojej ofiary. Widziałam czające się w głębinach rekiny, a także majestatyczne wieloryby. Wyobrażałam sobie dzikość krajobrazu, jego surowość, nieskażoną przez człowieka. Chociaż sama nie mogłabym żyć w takim oddaleniu od cywilizacji i bliskich, a także klimat Wysp Farallońskich nie przypadłby mi do gustu, mogłam po części zrozumieć, dlaczego Miranda zakochała się w tym miejscu.

Akcja powieści toczy się powoli, jest leniwa i jakby trochę ospała, senna. Może to klimat wyspy, może inne czynniki. Duża część książki poświęcona jest zwierzętom, które badają naukowcy. Miranda ogląda je, fotografuje, jest biernym obserwatorem pierwotnych instynktów, nietkniętej przyrody. Podczas wielu godzin spędzonych na obserwacjach, Miranda wspomina swoje pracę, rodziców. Strażnicy światła to analiza uczuć bohaterki, jej charakteru i doświadczeń, które wpłynęły na jej życie. Abby Geni pokazuje również, jak ludzie uczą się nie ingerować w naturę, a także w życie swoich współtowarzyszy. Tutaj również stają się biernymi obserwatorami, prawie jakby badali ludzką naturę.

Dopełnieniem powieści, a zarazem wytłumaczeniem skąd się wziął tytuł, jest legenda o poprzednich mieszkańcach wyspy; legenda, w której przewija się nazwa Wyspa Umarłych.

Strażnicy światła mieli być olśniewającym debiutem. Przyznaję, że dostałam ciekawą lekturę, wciągającą pomimo swojej spokojnej narracji i powolnej akcji. Książka jest dobrze napisana, bohaterowie są interesujący, ale odczuwam niedosyt. Nie zachwyciłam się nią tak, jak tego oczekiwałam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

 Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Matras || Bonito || Empik || Gandalf || Wydawnictwo Kobiece || Tania Książka || Granice || Illuminatio || Czary Mary

21:04:00

171. "Podarunek" Cecelia Ahern

171. "Podarunek" Cecelia Ahern

Przy okazji każdej recenzji książki Cecelii Ahern wspominam, jak bardzo ją lubię, więc tym razem mogę chyba pominąć tej fragment. Podarunek to kolejny tytuł tej autorki, który wpadł w moje ręce. Ponownie dostałam powieść, która mnie wzruszyła, a także w lekki sposób podała jakże ważne wartości.

Lou to biznesmen, mąż i ojciec dwójki dzieci. Odnosi coraz większe sukcesy, coraz więcej czasu poświęca pracy, coraz mniej ma go dla rodziny. Gdyby tak mógł się rozdwoić… Pewnego mroźnego poranka, przed zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia, Lou poznaje bezdomnego Gabe’a i – sam nie wie czemu – zatrudnia go w swojej firmie. Wkrótce okazuje się, że Gabe potrafi być w dwóch miejscach jednocześnie.

Cecelia Ahern często porusza ważne dla czytelnika tematy, pod postacią przyjemnej i lekkiej opowieści. Tak samo czyni i tym razem. Lou to pracoholik, im więcej posiada, tym więcej chce osiągnąć. Denerwuje go, że rodzina wymaga od niego czasu i nie rozumie, że przecież on pracuje dla nich, aby zapewnić im dobre życie. Kocha swoją piękną żonę i dzieci, jednak brak czasu sprawia, że ich uczucie jakby wymarło, powodując częste kłótnie i spięcia. Umiejętność Gabe’a do przebywania w dwóch miejscach, to prawdziwy dar losu, najlepszy podarunek dla Lou. Teraz może piąć się w górę w firmie, a także na nowo budować relacje z najbliższymi. Wszyscy są zadowoleni. A przynajmniej powinni.

Czy zawsze jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być? A może chcielibyśmy się sklonować, aby w pełni czerpać korzyści z życia? Czy wiemy, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze? Kiedy będziemy mogli usiąść spokojnie w fotelu, uśmiechnąć do siebie i powiedzieć „teraz mogę odpocząć i cieszyć się rodziną, mam wszystko, czego potrzebuję”? A może zawsze będziemy chcieć więcej, wyznaczać sobie nowe cele, wyższe stopnie, większe zarobki, poświęcając wszystko pracy, a zapominając o najbliższych?

Podarunek to sympatyczna historia o tym, co w życiu najważniejsze, co powinniśmy cenić najbardziej. Daje do myślenia, zmusza do refleksji. Zanim się obejrzałam, powieść już dobiegła końca, a ja ocierałam łzy ze wzruszenia. To chyba najlepsza rekomendacja książki, jaką mogę wystawić. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat.

 Recenzja znajduje się również na:

13:55:00

170. "Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?" Nora Fraisse

170. "Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?" Nora Fraisse

Wydawnictwo Amber wydaje serię książek Moja historia, która oparta jest na faktach autentycznych. Nigdy wcześniej nie sięgałam po ten cykl, jednak gdy dostałam propozycję przeczytania Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli?, postanowiłam zmienić ten stan.

Nora Fraisse to matka trzynastoletniej Marion, która odebrała sobie życie. Dziewczynka była dręczona w szkole, a także poza nią. Nie radziła sobie z tą sytuacją, nie poprosiła rodziców o pomoc, zamiast tego ostatecznie zakończyła sprawę i powiesiła się. Pani Fraisse postanowiła walczyć o prawdę i sprawiedliwość, nie mogąc pogodzić się ze stratą ukochanej córki. Ta książka to historia opowiedziana przez zrozpaczoną matkę, która po śmierci dziecka, wciąż musiała walczyć z systemem.

Czytając książkę byłam wielokrotnie oburzona. Nie byłam w stanie – i wciąż nie jestem – pojąć, jak szkoła mogła w taki sposób potraktować rodziców zmarłej Marion. Dyrektor placówki zabronił nauczycielom kontaktu z rodziną Fraisse, sam również długo nie mógł zdobyć się na rozmowę. Panią Fraisse traktowano jako namolną kobietę, która oszalała po stracie dziecka. Tymczasem ona była w żałobie, jednak szukała tego, co się jej należało – prawdy. Prawdy o tym dlaczego jej córka, która zawsze dobrze się uczyła, była szczęśliwa i rozmawiała z nią o wszystkim, nagle postanowiła odebrać sobie życie. Czy nie powinna otrzymać wsparcia? Czy szkoła nie powinna za wszelką cenę zadbać o rozwiązanie tajemnicy? Dyrektor postanowił jednak odciąć się od sprawy, zamieść ją pod dywan. Lepiej było przemilczeć niż przyznać się, że dzieje się coś złego. Jeszcze przed samobójstem Marion unikał kontaktu, chociaż jej rodzice prosili o spotkanie, prosili o przeniesienie córki do innej klasy, w której czułaby się lepiej. Jednak on nie widział żadnego problemu, a przecież miał już pełne klasy, miał związane ręce…

Współczesne dzieci narażone są na wiele niebezpieczeństw. Tak łatwo jest zostać wyśmianym, odepchniętym. Masz dobre stopnie? Kujon. Nie przeklinasz? Nie chodzisz na wagary? Lizus. Ciamajda. Tchórz. Nudziarz. Nie nosisz markowych ciuchów? Nie masz szpanerskiego telefonu? Nie jesteś wart niczyjej uwagi. Jesteś gorszy. Szkoła często przestaje być miejscem, gdzie uczeń czuje się bezpiecznie i może rozwijać swoje zainteresowania. Zamienia się w piekło, do którego boi się przyjść, bo wie, że będą go wyśmiewać, popychać. Powrót do domu wcale nie wiąże się ze spokojem. Telefony komórkowe, Internet, media społecznościowe. To idealny sposób na uprzykrzenie życia. Niekończące się smsy z nienawistną treścią. Złośliwe komentarze i zdjęcia wrzucone na Facebooka, które widzą wszyscy. Takie tam żarty, przyjacielskie zaczepki… A tak naprawdę ktoś cierpi.

To właśnie odkryła mama Marion. Falę wrogości w stosunku do swojej córki, która płynęła do niej przez media społecznościowe. W tej ciemności natknęła się jednak na drobne światełko, nieśmiałe, ale jakże prawdziwe. Marion nie była bowiem sama w swoim cierpieniu. Inne dzieci również były wyśmiewane, i tak jak ona, bały się przyznać i szukać pomocy. Byli też uczniowie, którzy potępiali zachowanie prześladowców dziewczyny, jednak bali się otwarcie postawić, nie chcąc stać się nowymi ofiarami.

Marion, córeczko, dlaczego cię zadręczyli? to historia, która wzbudziła we mnie wiele emocji. Złość na bezsilność rodziców; gniew na szkołę i przedstawicieli miasta, którzy nie zareagowali na wyrządzoną krzywdę; niechęć do mieszkańców, którzy uważali panią Fraisse za szaloną. To krótka lektura, ale zapada w pamięć. Oby przedstawiciele szkół otworzyli oczy i starali się zapobiegać takim wydarzeniom, żebyśmy nie musieli chować kolejnych przedwcześnie zmarłych dzieci. 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber.

Recenzja znajduje się również na:
Copyright © 2016 Licencja na czytanie , Blogger