08:09:00

179. "Kroniki Jaaru. Księga luster" Adam Faber

179. "Kroniki Jaaru. Księga luster" Adam Faber

Kroniki Jaaru. Księga luster to pierwszy tom z serii, a także pierwsza powieść Adama Fabera. Książka przyciąga przepiękną okładką, mocną reklamą, a także opisem na okładce. Gdyby Harry Potter był dziewczyną, nazywałby się Kate Hallander! Jako miłośniczce Pottera nie wypadało odmówić lektury. Czy wciągnęła mnie równo mocno, co seria o młodym czarodzieju?

Kate mieszka u swojej ciotki w Londynie. Chodzi do szkoły, plotkuje z przyjaciółką, myśli o chłopakach i denerwuje się na rodzinę. Jej życie nagle przestaje być takie zwyczajne, gdy w sklepie z czarodziejskimi rzeczami dostaje Księgę Luster, opasłe tomiszcze pełne zaklęć. Rzucony z ciekawości miłosny urok odmienia wszystko, jednak nie w tym kierunku, w którym oczekiwałaby Kate. Dziewczyna trafia do równoległego świata, Jaaru, zamieszkanego przez magiczne istoty. Tymczasem z czarodziejskiego sklepu znika zaczarowany kamień, a w Jaarze pojawia się tajemnicza nimfa Erato, skrywająca przed wszystkimi niegodziwy plan.

Po tym jak Kate Hallander nazwana jest żeńską wersją Harry’ego Pottera, wiele skojarzeń z książki nasuwa się samo. Londyn. Wychowywana przez ciotkę. Tajemniczy sklep w środku miasta, mijany przez setki mieszkańców. Zaczarowany kamień. Początkująca czarownica, która nie wie o swoim magicznym pochodzeniu. Walka z wężem. Magiczne lustro. Tak niewiele potrafię, ale pokonam doświadczonego maga. I chociaż tak wiele motywów kojarzyło mi się z ukochaną serią Rowling, to jednak nie czułam się tymi podobieństwami zrażona, a wręcz wywoływały na mej twarzy delikatny uśmiech, miłe skojarzenie. Nie jest to chamskie odwzorowanie na znanej historii, bo – pomijając wspomniane wyżej nawiązania – opowieść jest całkiem inna, a świat stworzony przez autora wyjątkowy, odmienny.

Jaar musi być piękną krainą. Zieloną, barwną, tętniącą życiem. To zaczarowane miejsce, pełne magicznych stworzeń, zarówno tych dobrze znanych, jak jednorożców, jak i tych nowych, np. ferów. Faber dobrze opisał tę nową krainę, czytając książkę miałam ją przed swoimi oczami, mogłam się przenieść wraz z Kate do innego świata. Mam wrażenie, że autora stać na więcej i w kolejnych częściach lepiej poznamy Jaar i jego mieszkańców.

Akcja działa się dosyć szybko. Ledwie Kate dostała Księgę Luster, już była w Jaarze, a potem uczyła się magii ze swoim ferem. Na dobrą sprawę nawet niewiele się jej nauczyła, bo od razu przeszła do praktyki i stanęła do walki z Erato. Mam wrażenie, że wszystko działo się za szybko, chociaż patrząc na to z drugiej strony, książka byłaby bardzo obszerna, gdyby autor chciał prowadzić akcję powoli, poświęcając czas na wnikliwe szkolenie Kate. Na to jeszcze przyjdzie pora w kolejnych tomach, tymczasem bohaterka miała czerpać lekcje z doświadczenia.

Czasami miałam wrażenie, że rozmowy prowadzone między bohaterami są trochę infantylne, dziecięce. Główna bohaterka ma siedemnaście lat, więc nie jest już dzieckiem, a młodzież w jej wieku obecnie szybko dojrzewa. Z jednej strony szczenięca miłość, a z drugiej… Bez spoilerów.

Kroniki Jaaru. Księga luster to ciekawie napisana powieść, która pozwala czytelnikowi przenieść się do zaczarowanego świata. Stanowi interesującą rodzimą propozycję dla młodzieży, która lubi fantastykę i magiczne wątki. Starsi czytelnicy będą się przy niej dobrze bawić, ale obawiam się, że jest to za prosta lektura dla zaprawionych w boju miłośników książek. Chociaż ja, mając ćwierćwiecze za sobą, spędziłam z nią miło czas. Z chęcią też zrelaksuję się przy kolejnej części, jeżeli będzie napisana równie lekko i przyjemnie, jak ten literacki debiut. 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.
Recenzja znajduje się również na:

22:43:00

178. "Przeczucie" Tetsuya Honda

178. "Przeczucie" Tetsuya Honda

PRZEDPREMIEROWO!! 
16.08.2017
  
Lubię kryminały, chociaż wiele osób pewnie zarzuciłoby mi, że jako ich fanka nie znam takich bestsellerowych autorów jak Jo Nesbo, Charlotte Link, Camilla Lackberg, Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz. Biorę to na klatę, bo wiem że kiedyś przyjdzie na nie pora (albo i nie, bo będę miała inne tytuły na oku). Chociaż nie czytałam nic z wyżej wspomnianych pisarzy, to zaczytywałam się w niszowych chińskich kryminałach Roberta van Gulika, a jego seria o sędzim Di była dla mnie świetną rozrywką. I to właśnie dzięki ich lekturze, tak szybko zdecydowałam się na Przeczucie Tetsuy Hondy, zwanego cesarzem japońskiego kryminału. Po co iść za tłumem i chwalić skandynawskie serie, skoro można poznać coś zupełnie nowego i odmiennego?

Młoda pani komisarz, Reiko Himekawa, zostaje wezwana na miejsce zbrodni. Znaleziono zwłoki zapakowane w niebieski worek, porzucone w krzakach, potraktowane niczym śmieci. W Tokio, mieście, w którym dba się o porządek. Mężczyzna był brutalnie torturowany, a ciało okaleczono nawet po śmierci. Reiko zdaje się na swój instynkt i dzięki jej intuicji zostają odnalezione kolejne ciała. Tylko czy przeczucia wystarczą, aby znaleźć sprawcę tych okrutnych zbrodni, gdy na szali jest zarówno życie niewinnych, jak i jej kariera?

Przede wszystkim cieszę się, że główną bohaterką jest kobieta. Młoda, piękna, ale również inteligentna i ambitna. Kobieta, która rządzi mężczyznami, śmiało stawia kroki w policyjnym świecie i nie daje się sprowadzić do roli maskotki czy posiadaczki atrakcyjnej powierzchowności. Chociaż oczywiście niektórzy panowie chętniej widzieliby ją w skąpej sukience w restauracji niż na służbowej odprawie. Reiko ma swoją mroczną przeszłość, jednak udało się jej ją pokonać i osiągnąć sukces. Nie jest ideałem, wie że popełnia błędy. Co czyni ją ludzką, przystępną i zdecydowanie mi się podoba.

Inni bohaterowie? Cała ich gama, chociaż niektórzy nie byli mocno eksponowani. Najważniejszym z nich był Kensaku Katsumata, również komisarz wydziału zabójstw. Niby stróż prawa, niby pogromca złoczyńców, a jednak totalny dupek. Tak, Kensaku Katsumata wzbudzał we mnie tak wielką złość, że gdybym mogła, to strzeliłabym mu z liścia w policzek za jego bezczelność i chamskość. Dobrze jednak, że taki ktoś pojawił się w powieści, bo dodał jej kolorytu.

Sprawa, którą miała rozwiązać Reiko była trudna, a policja miała z nią sporo problemów. Brutalność zbrodni była ogromna, zdarzyło mi się kilka razy robić przerażoną minę, gdy moja wyobraźnia dawała się ponieść opisom autora. Nie pojawiło się tutaj zbyt wiele wątków, które miały rozpraszać podczas lektury i wprowadzać chaos w głowie czytelnika. Mimo to miałam nad czym główkować, szukałam rozwiązania i dopiero pod sam koniec zdołałam rozwikłać zagadkę.

Przeczucie wciągnęło mnie od pierwszej strony. Tetsuya Honda potrafił zaintrygować mnie, przyciągnąć moją uwagę i zachęcić do dalszej lektury. Zdarzały się momenty przestoju w sprawie, ale wtedy na pierwszy plan wychodziło prywatne życie pani komisarz, przez co mogłam ją lepiej poznać, nie oddalając się zbytnio od głównego wątku. Jedyne co mogłabym uznać za słabszą stronę książki, to motyw flirtu bohaterów. Moim zdaniem było to odrobinę sztuczne, dziecinne, wyolbrzymione. Czytając książkę wyobrażałam sobie bohaterów jako zdystansowanych, profesjonalnych. Dało się odczuć, iż panuje między nimi hierarchia, wszystko jest ustalone i uporządkowane.

Polecam Przeczucie wszystkim molom książkowym, lubującym się w kryminałach. To doskonała okazja, aby przenieść się na egzotyczny wschód, poznać obcą nam kulturę. Na podstawie książek powstały dwa seriale, film telewizyjny oraz kinowy. Już wiem zatem co będę oglądać, gdy skończą mi się seriale. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

 Recenzja znajduje się również na:

14:24:00

177. "W lesie" Nele Neuhaus

177. "W lesie" Nele Neuhaus

Nele Neuhaus jest jedną z moich ulubionych autorek, tworzącą ciekawe, wielowątkowe kryminały. Czytałam kilka jej książek i zawsze byłam zadowolona. Jej najnowsza powieść, W lesie, to ósmy tom z serii o Oliverze von Bodensteinie oraz Pii Kirchhoff.

Na leśnym kempingu wybucha pożar, a policja znajduje spalone zwłoki. Niedługo po tym wydarzeniu dochodzi do kolejnego morderstwa. Bodenstein jest przekonany, że morderstwa te łączą się ze sprawą sprzed czterdziestu lat, kiedy zaginął jego najlepszy przyjaciel Artur. Aby rozwiązać współczesne zbrodnie, komisarze będą musieli zagłębić się w przeszłość i skonfrontować mieszkańców Ruppertshain z bolesną prawdą. Wkrótce jednak giną kolejne osoby…

W lesie to istny grubasek, ma dużo więcej stron niż poprzednie części. Zastanawiałam się czy autorce uda się utrzymać poziom przez cały czas i mogę powiedzieć, że zdecydowanie stanęła na wysokości zadania. Od początku do końca byłam zaintrygowana historią, starając się w głowie połączyć wszystkie fakty i ułożyć z nich spójną całość. Neuhaus zawsze wprowadza dużo wątków, miesza czytelnikowi w głowie, sprawiając iż co chwilę myślałam „to na pewno będzie morderca, są solidne dowody na jego winę”, aby kilkanaście stron później zwątpić w swoją teorię. Na plus dla pisarki jest to, że chociaż wątków i motywów jest sporo, każdy z nich jest logicznie wytłumaczony, żaden nie jest dodany tylko po to, aby skomplikować opowieść.

Muszę przyznać, że w porównaniu do innych książek, które miałam okazję czytać, W lesie jest wyjątkowo brutalne i pojawia się w nim więcej ofiar. Mimo to nie jest to książka, w której krew leje się strumieniami, a żołądek wywraca się do góry nogami ze zgrozy i obrzydzenia. Sprawa była bardziej skomplikowana, gdyż komisarze musieli połączyć ze sobą kilka zbrodni, a także rozwiązać zagadkę sprzed wielu lat. Jako iż Bodenstein znał zarówno zmarłych, jak i świadków, był mocno powiązany ze sprawą, która mogła stać się dla niego zbyt osobista. Musiał odłożyć na bok swoje subiektywne opinie i spojrzeć na całą sytuację z odległości, w czym na szczęście pomogła mu zarówno Pia, jak i pozostali współpracownicy.

W tej części pojawiło się bardzo dużo nowych postaci. Początkowo miałam duży problem z zapamiętaniem nazwisk, łączeniem ich z konkretną historią. Musiałam czasem wracać kilka stron wcześniej, aby upewnić się kim była dana osoba, jak była powiązana z ofiarami. Z biegiem czasu jednak ten problem zanikał, a ja mogłam się skupić tylko i wyłącznie na lekturze, nie zaś na przewracaniu kartek do tyłu.

Polecam wszystkim W lesie, a także pozostałe książki Nele Neuhaus. Nie trzeba ich czytać w kolejności, ja sama tego nie robiłam, a spokojnie odnalazłam się w fabule. Każdy tytuł dotyczy innej zbrodni, a całość łączą tylko główni bohaterowie. Tylko wątki z ich życia prywatnego będą się przeplatać we wszystkich tomach, co może stanowić delikatny spoiler. Nie jest to jednak przeszkodzą, nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf  

17:54:00

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

176. "Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain to popularna autorka powieści dla kobiet, pisarka która w swoich książkach porusza ważne tematy, podając je w przystępnej formie. Nie inaczej jest w przypadku Jak gdybyś tańczyła, która została wydana w Polsce w tym roku.

Molly ma dobrą pracę, kochającego męża, z którym stara się o adopcję. Ma też głęboko skrywane sekrety, które boi się wyjawić. Jej małżonek nie wie, że kobieta udaje sierotę, a tak naprawdę ma rodzinę i dwie matki – biologiczną i adopcyjną. Kiedy dwadzieścia lat wcześniej straciła ukochanego ojca, odeszła z domu i nigdy nie wybaczyła swoim bliskim kłamstw. Teraz Molly obawia się, że będzie musiała wyznać prawdę mężowi; prawdę którą starannie ukrywała; prawdę która może go do niej zrazić. Czy tajemnice z przeszłości poróżnią Molly i jej wybranka w teraźniejszości? Czy zaprzepaszczą ich szanse na posiadanie dziecka?

Chamberlain znów podjęła się trudnego tematu, właściwie dwóch. Adopcji oraz choroby bliskiej osoby, jej straty. Nigdy nie miałam do czynienia z osobami, które są adoptowane bądź adoptowały dziecko. Domyślam się jednak, że chociaż kocha się takie dziecko i wychowuje jak swoje, to często mogą pojawiać się problemy. Zwłaszcza, gdy biologiczna matka jest znana i pojawia się w życiu dziecka. Autorka ukazała dylematy takiej rodziny. Z jednej strony wielką miłość i troskę, z drugiej lęk adopcyjnej matki o bycie mniej kochaną niż rodzicielka. Pobłażać pociesze, by była wiecznie zadowolona i faworyzowana, by nie czuła się gorsza, czy jednak wychowywać w zgodzie z własnymi poglądami dla jej dobra? Powieść naładowana jest jeszcze większymi emocjami, gdyż Molly przeżywa śmierć ojca, z którym była blisko związana. Dorastała z wiedzą, iż jej ojciec cierpi na stwardnienie rozsiane. Od kiedy tylko sięgała pamięcią, jeździł na wózku. Wraz z upływem czasu choroba postępowała, zabierając mu zdolność poruszania rękami, pogarszając wzrok. Nie była jednak gotowa na jego śmierć, o którą obwiniała swoją adopcyjną matkę. Jego odejście było niczym punkt zapalny w jej życiu. Uciekła od bliskich, nie mogąc pogodzić się z tym, iż nie okazują należnego smutku, że okłamują ją. Tymczasem sama budowała swoje nowe życie na kłamstwie…

W powieści poruszane są naprawdę ważne i ciężkie wątki, jednak całość nie przytłacza, nie przygnębia, nie ma się poczucia, jakby zawisły nad tobą ciemne chmury. Jak gdybyś tańczyła to nie tylko dylematy, ale również historia o miłości i poszukiwaniu szczęścia, dzieleniu się uśmiechem. W retrospekcjach, które są przytaczane, widziałam jak Molly stara się uprzyjemnić życie choremu ojcu, wywołać radość i śmiech. Jej rodzice kochali ją i każde na swój sposób to okazywało.

Jak gdybyś tańczyła to poruszająca historia o tym, jak wielką siłą destrukcyjną ma kłamstwo, jak wiele serca i troski trzeba włożyć w szczęście rodziny. To również opowieść o wybaczaniu i dojrzewaniu, gdyż nigdy nie jesteśmy za starzy, aby nauczyć się nowych rzeczy. Jak zawsze Diane Chamberlain stanęła na wysokości zadania, nie zawiodłam się na lekturze. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.




Recenzja znajduje się również na:

20:40:00

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

175. "Dziennik kasztelana" Evzen Bocek

Ostatnia arystokratka i Arystokratka w ukropie Evzena Bocka, to hity moich ostatnich czytelniczych miesięcy. Dałam się porwać autorowi, śmiejąc się w miejscach publicznych, a opowieść Marii Kostki stała się dla mnie rozweselającym narkotykiem, w dodatku w 100% zdrowym i dostępnym bez recepty. W oczekiwaniu na trzecią część przygód czeskiej arystokratki, sięgnęłam po inną powieść Bocka, Dziennik kasztelana.

Wiktor jest zmęczony mieszkaniem w wielkim mieście. Zostawia Pragę, aby zostać kasztelanem w morawskim zamku. O nowej pracy nie wie nic, ale z dala od zgiełku chce odpocząć, odnaleźć wewnętrzną równowagę, a także naprawić swoje małżeństwo. Los jednak chce inaczej, a kasztelan musi zapomnieć o swoich planach. Na zamku nawiedzają go bowiem duchy przeszłości, a dziwne wydarzenia zaburzają wymarzony spokój.

Wiedziałam, że nie ma co porównywać Dziennika kasztelana do Arystokratki w ukropie. To dwie inne historie, zupełnie inne klimaty. Gdzieś jednak w głębi serca liczyłam na podobną rozrywkę, dawkę czeskiego humoru. Owszem, wciąż dało się wyczuć ten porywający styl, jednak w mniejszym stopniu. Chociaż opowieść o Wiktorze ma swoje dobre, zabawne momenty, to jednak nie bawiła mnie tak mocno, jak inne opowieści Bocka.

Opis historii intrygował. Myślałam, że będzie to czeski humor wpleciony w powieść z nutką grozy (duchy przeszłości, straszny zamek, tajemniczy mieszkańcy). Ani razu nie czułam dreszczyku, ani napięcia. Miejsce akcji było mroczne, dziwne i niewyjaśnione zjawiska były tam na porządku dziennym, jednak nie wzbudzały one we mnie żadnych emocji. Przyznaję, że powieść Bocka traktuję w tym wypadku jako lekką historię z małą tajemnicą w tle i nutką humoru.

Widzicie, miało być groźnie, miały być duchy przeszłości, a tymczasem było więcej potworów z teraźniejszości. Wiedziałam, że Wiktor chce odpocząć od wielkiego miasta i naprawić małżeństwo, ale nie spodziewałam się, że wątek ten będzie stanowił aż tak mocny punkt powieści. Historia jego wzlotów i upadków w związku stanowiła sporą część książki. Dodając do tego troskę o ukochaną córkę. Zatem mało duchów, a sporo zwykłych codziennych niesnasków.

Nie zawiodłam się jednak na autorze. Jego styl sprawia, że książki czyta się w ekspresowym tempie. Dziennik kasztelana nie jest gruby, więc jego lektura zajmuje tylko kilka godzin, których – pomimo drobnych uwag – nie uznaje za zmarnowane. Uważam, że jest to kolejny punkt na mojej drodze do poznania czeskiej literatury.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Bonito || Empik || Gandalf
Copyright © 2016 Licencja na czytanie , Blogger